smutekmamwekrwi
04.07.11, 08:26
Witam. Od dłuższego czasu zbieram się w sobie żeby napisać tutaj. Mój problem dotyczy męża/małżeństwa. Jesteśmy 6 lat po ślubie, wcześniej jako para i niepara znaliśmy się kolejne 7 lat, więc w sumie znamy się dłużej niż nieznamy:) (oboje jesteśmy przed 30stka). Mamy 2 cudownych dzieci. W małżeństwie jak to bywa są wzloty i upadki, ale zawsze czułam (mam nadzieję że czuliśmy, ale nie będę się wypowiadać za męża) że jestem kochana, że mam wsparcie z drugiej strony. Od jakiegoś roku coś się posypało. Zaczęły się kłótnie o pierdoły typu kto ma wyrzucić śmieci, sprzątnąć, a kto wstać do dziecka po raz 10 w nocy. Wcześniej dzieliliśmy się obowiązkami i mężowi to nie przeszkadzało. Do tego doszło zmęczenie (małe dziecko), kłopoty finansowe (po urlopie macierzyńskim moja firma przestała istnieć) i nagle małe problemy zaczęły rosnąć do ogromnych rozmiarów i nie można ich było normalnie rozwiązać. Nie było żadnego wielkiego BUM (zawsze wydawało mi się że to jest potrzebne żeby małżeństwo się rozpadło) a wszystko zaczęło się rozsypywać. Walczyliśmy o nas oboje, dla siebie, dla dzieci. Miliony rozmów, przepłakanych nocy, jak to się mogło stać, przecież tak bardzo się kochaliśmy. Kilka tygodni temu podczas jednej z kłótni (o to że jestem nieodpowiedzialna, bo mąż uważa mnie za roztrzepaną trzpiotkę) mąż powiedział że mnie nie nawidzi i jestem dla niego nikim. Uderzyłam go w tej złości w twarz, mąż się obraził i mieliśmy kilka cichych dni. Widziałam że przegięłam, ale po prostu zabrakło mi argumentów, sił na dalszą kłótnię. Mąż poweidział mi później że jego matka (której notabene zwyczajnie nie kocha a nawet nie lubi) go biła i za to stracił do niej jakikolwiek szacunek. Zrobiło mi się ogromnie wstyd, nie jesteśmy żadną patologiczną rodziną (a może już jesteśmy?) a doszło do takich scen:( Dałam (daliśmy) nam czas do końca czerwca, żeby poukładać sobie życie i albo zmienić coś w związku na tyle, żeby zacząć żyć jak mąż z żoną a nie wróg z wrogiem, albo wyprowadzić się i złożyć pozew. Próbowaliśmy naprawić nasze relacje, wyszliśmy kilka razy sami (bo brakowało nam czasu tylko dla siebie), uważaliśmy na słowa które padają podczas sprzeczek, przymykaliśmy oko na nieodkurzony dywan, kiedy w perspektywie mieliśmy spędzić wolny wieczór. Było ciągle"jakoś", ale we mnie coś pękło. Seks przestał istnieć, mimo wielu prób i starań (a nigdy nie mieliśmy przerwy dłuższej niż 3 tygodnie i to tylko podczas połogu) nie mogłam się przełamać żeby TO zrobić. Przytulenie męża to dla mnie coś ponad siły. Zaczęłam się zastanawiać czy go kocham, chociaż wcześniej nie miałam żadnych wątpliwości, nawet kiedy kłóciliśmy się w najlepsze. Bałam się powiedzieć o tym mężowi, żeby nie odwrócił się odemnie, ale w końcu sam zauważył, bo trudno tego nie zauważyć. Wczoraj mieliśmy kolejną kłótnię o "nic". Mąż chciał iść do sklepu, ja obiecałam dzieciom że pojedziemy do parku, i tak rozjechaliśmy się każdy w swoją stronę. Spotkaliśmy się po godzinie pod domem, usłyszałam że jestem idiotką, ignorowałam to bo dzieci słuchały, ale w końcu w domu wybuchliśmy oboje. Mąż próbował wyjść z domu, bo jak stwierdził jest taki zły że nie może mnie oglądać. Nie pozwoliłam mu na to, bo potem ja zostaję z dziećmi, które przecież widzą że coś się dzieję, jest mi tak samo źle i smutno a muszę udawać że nic się nie stało. Mąż odepchnął mnie, a ja znowu go uderzyłam. Powinien mi wtedy oddać, pewnie bym się otrząsnęła:( Powiedział że pękło mu pół serca, to pół, które należało do mnie. Spytał mnie czy ja go kocham, a ja nie umiałam mu odpowiedzieć. Bo sama nie wiem? Albo wiem tylko boję się przyznać? Mąż powiedział że w takim razie nie powinniśmy spać razem, ale kiedy przyniosłam sobie wieczorem materac, to sam go odniósł i pościelił nam razem...
Nie spałam całą noc, bijąc się z myślami. Nie wiem czy to co czuję to miłość, czy zwykłe przyzwyczajenie i strach o to co będzie bez niego? Jak poradzę sobie ja, co poczują dzieci? I czy to możliwe żeby rozwalić nasz związek bez powodu, przez codzienne awantury, bez zdrady czy czegoś równie potwornego?
Po prostu wspólne życie nas przerosło?