luciolalu
05.07.11, 14:25
Mam dylemat z ktorym sie dziwnie czuje. Moja bardzo bliska znajoma ktora znam dlugie lata ma kochanka. Poznala go gdy miala problemy w malzenstwie, rozwiodla sie, ja jej pomagalam to przezyc, bylam powiernica wszystkich jej trosk podczas walk z okropnym mezem.
Od poczatku bylam zniesmaczona tym kochankiem i wprost to mowilam.
Kochanek jest zonaty Nie rozwiodl sie po jej rozwodzie, nadal sie spotykaja, facet prowadzi podwojne zycie, spokoj i stabilizacja w domu i atrakcje oraz wyzalanie sie do kochanki jak to mu zle z zona. A jest mu wygodnie i znajoma wie o tym ale woli sie ludzic ze moze jednak sie to zmieni i spotykac sie z nim nadal. To trwa juz w sumie kilka lat.
Wysluchiwalam zwierzen znajomej na zlego meza ale mam juz powyzej uszu wysluchiwania jej opowiesci jaki kochanek jest cudowny na zmiane z opowiesciami jak ja olewa i nie okazuje milosci.
Powiedzialam od razu, ze nie zycze sobie by go przyprowadzala do mnie do domu, albo aranzowala spotkania z nim zebym go poznala. I ze nie bede w kwestii kochanka jej pelnoetatowym psychologiem tak jak bylam codziennym ratunkiem przy jej rozwodzie. Dopoki ten facet jest zonaty i nic z tym nie robi to nie chce go znac ani sciskac mu reki na powitanie.
Znajoma wie, ze mam inne zyciowe zasady, mowie jej ze co zrobi to to bedzie miala, powtarzalam kilkakrotnie ze nie chce o tym panu rozmawiac ani jego zachowan roztrzasac bo w tej sprawie wszystko juz powiedzialam.
Ale ona swoje. Podczas kazdej naszej rozmowy wychodzi jego temat, ona oczekuje ze jakos skomentuje jej dylematy, pokieruje nia, ze sie mi bedzie wyplakiwac na ramieniu na niego.
A gdy ja mowie co mysle o zonatych zdradzaczach to znowu zaczyna tyrady w jego obronie.
Zawsze ja chetnie wysluchiwalam i pomagalam radami, ale po prostu nie mam ochoty sie babrac jakimis zdradzaczami.
Mam dosc.
Powiedzcie mi, czy ja przesadzam, ze zaczyna mnie to meczyc? Kiedys chiala bym im uzyczala mieszkania gdy wyjezdzam by mieli sie gdzie spokojnie spotykac bez koniecznosci placenia za holet na godziny. Kategorycznie odmowilam.
Moze jako dobra przyjaciolka powinnam wysluchiwac kolezanki i byc workiem na zrzucenie jej problemow bez wzgledu na to czy to partner czy kochanek. Moze nie powinnam nie zyczyc sobie poznawania tego faceta. Naprawde nasluchalam sie juz o nim, bo sytuacja sie ciagnie ktorys rok i znajoma zawsze cos o nim przemyci w rozmowie, wiec nie wyobrazam sobie jakos radosnego uscisniecia mu reki.
Ja juz bym wolala gdyby to byl kochanek na zasadzie zaspokojenia potrzeby seksu, gdzie uklad jest czysty dla obu stron, jakos bardziej to moge zaakceptować niz trzymanie sie faceta ktory sie nie rozwodzi i epatowanie mnie na zmiane rozmowami 'ja dopne swego on kiedys bedzie moj' 'jaki on jest cudowny' 'wiem ze sie nie rozwiedzie zamierzam to skonczyc' 'jak on mogl sie tak zachowac jak przeciez wie jak mi trudno'. .....
Potwornie mnie zmeczyla.