amazurka
26.09.11, 03:30
Prosze poradzcie mi jak sie zachowac w takiej sytuacji. Jestem z moim facetem ok 2,5 roku. Od stycznia zeszlego roku mieszkamy razem w jego mieszkaniu. Jest nam razem dobrze, powtarza mi czesto, ze jest szczesliwy i lubi mnie polzartem zapytac, czy ja tez jestem. Klocimy sie rzadko, ale sie zdarza. Ostatnio wczoraj wieczorem. Poszlo w sumie o drobiazg, a zrobila sie wieksza sprawa, przede wszystkim przez slowa, ktore on wypowiedzial. Moj facet jest balaganiarzem. Zwracalam mu juz na to uwage, od dluzszego czasu przestalam, ale irytuje mnie ze jak cos rozpakuje (cukierka, tabletke, list, gazete), to nie wyrzuca opakowania, tylko zostawia je na stole, kanapie, gdziekolwiek. Zwrocilam mu na to uwage w sobote wieczorem. Zareagowal krzykiem: zejdz mi z oczu. Skonczylam temat. Wrocil do niego w niedziele przy sniadaniu. Powiedzial, ze nie powinien krzyczec i postara sie byc uwazniejszy, po czym rozszerzyl, ze powinnam zaakceptowac jaki jest a jak nie umiem, to wyciagnac z tego swoje wnioski. Znowu podniosl glos, co mnie wkurzylo i wstalam od stolu. On sprzatnal po sniadaniu, po jakiejs godzinie wrocilam do tematu. On zaczal sugerowac ze ja jestem rowniez czescia problem, podczas gdy mi chodzilo tylko o ten jeden aspekt balaganiarstwa. On sie wkurzyl I wyszedl z mieszkania, wrocil po 20 minutach, powiedzial, zebym mu powiedziala jak bede otwarta na rozmowe I poszedl grac na saksofonie (jego hobby). Ja sie wybralam do miasta na jakies 2 godziny, zeby odetchnac od tej awantury. Jestem przeziebiona, wiec nie czulam sie zbyt dobrze, wrocilam i polozylam sie do lozka. On zrobil kolacje. Zjedlismy razem w milczeniu. Musialam potem cos skonczyc do pracy. Ok 22.00 powiedzialam, ze ja juz tematu zaczynac nie bede, bo chcialam rozmawiac w dzien i on wyszedl. Powiedzialam, ze moj glowny punkt, to zeby nie zostawial po sobie smieci. On na to, ze on chcial rozmawiac o caloksztalcie, ze ja tez jestem czescia problem, a ja nie bylam w stanie tego dostrzec. I wyszedl do sypialni. Wrocil po 2 minutach wkurzony I powiedzial, ze caly dzien myslal, ze postara sie poprawic, natomiast ja zachowuje sie jak dzieciak z nadmuchanym ego I nie potrafie zobaczyc wlasnego udzialu w sprawie. Wyszedl, wrocil po 2 minutach I powiedzial, ze jak tak dalej bedzie, to bede musiala sie wyprowadzic. Wyszedl I wrocil znowu I stwierdzil, ze wymieni zamki. Ta ostatnia ‘runda’ trwala jakies 5 minut, a on sie coraz bardziej nakrecal. Skonczylam co mialam zrobic do pracy, poszlam do niego I zapytalam go zimnym tonem, czy to wlasnie chcial mi powiedziec, ze mam sie wyprowadzic, w srodku nocy, wiedzac, ze nie mam mieszkania I jestem do tego przeziebiona. Powiedzial, ze tak, skoro nie potrafie byc otwarta na dyskusje. Zapytalam (po oswiadczeniach o wyprowadzce), co chce mi powiedziec, bo to moze jego ostatnia szansa. Zaczelismy rozmawiac. Stwierdzil, ze on juz rano przyznal, ze nie powinien byl krzyczec I postara sie poprawic, a ja nie potrafie uznac czesci swojej odpowiedzialnosci za sytuacje I to go wkurzylo, ze jestem tak skoncentrowana na tym czego chece I zeby wykazac jego wine, ze nie widze siebie, ze krzyk albo ta gadka o przeprowadzce to wyraz jego bezsilnosci, bo jak mowi normalnie, to do mnie nie dociera. W koncu przyznal, ze to byl glupi tekst I krzyk tez byl nie na miejscu. Zapytal, co ma robic na przyszlosc, zeby do mnie dotzrec. Powiedzialam: nie krzyczec I starac sie lepiej wytlumaczyc sprawe.
Kurcze, moze troche ma racje, ale … jestem rozczarowana …, taki glupi temat I takie powazne stwierdzenia o wyprowadzce, wymianie zamkow … Jak to mowil, powaznie rozwazalam pakowanie walizki, ostatecznie nie zrobilam tego, zeby uniknac eskalacji. Taka sytuacja zdarzyla sie juz raz z rok temu, chyba w podobnym kontekscie. Poza tym uwazam, z eta jego rozmowa o caloksztalcie to troche szukanie usprawiedliwienia, zeby nie bylo tylko o jego balaganiarstwie. Czasami bylam czepliwa w sprawie porzadkow, ale celowo przestalam. Nie moze byc jednak tak, ze nie moge nic powiedziec. Nie wiem, co o tym myslec. Mimo, ze mnie nie wyzywal (ja jego tez nie), to uwazam, ze zle mnie potraktowal: krzyki, to zejdz mi z oczu I ten tekst o wyprowadzce. Jutro (w zasadzie juz dzisiaj) wyjezdzam na kilka dni w podroz sluzbowa, a nie moge spac. Niby jest miedzy nami dobrze, a tu przy takim drobiazgu wychodza takie rzeczy. Zastanawiam sie, czy jeszcze raz pociagnac temat. Ja niby wiem, ze to nie bylo calkiem na powaznie, ale to juz 2 raz. Moze powinnam sie byla spakowac, zeby nie myslal, ze takie rzeczy mozna mowic od tak sobie.
Poradzcie jak zareagowac. Bede wdzieczna rowniez za opinie pani ekspert.