Rozwód, pochopna decyzja.

27.10.11, 12:13
Ktoś z Was żałuje? Lepiej czekać aż wszystko się posypie czy jednak zrobić to wcześniej i nie patrzeć na dramatyczny rozpad zwiąku? Łatwiej żyć z myślą że może by sie jednak poukładało i to mogła być pochopna decyzja czy z myślą że szkoda że tak późno się na to zdecydowaliśmy i tkwiliśmy do końca w bezsensownej sytuacji?
Ja jestem w tym momencie. Da się żyć. Można by naprawiać błędy ale nie znosze takich odsmażanych kotletów..... Już zawsze będzie to dla mnie taki ledwo wyratowany związek, taka świadomość powoduje że wole nie mieć nic niż takie g....o. Patrze na chłopa i codzień przypominają mi sie te akcje, słowa które padły nawet lata temu i wiem że to już zawsze będzie między nami wisiało. Pewnie dojdą nowe smutne sprawy. Ciężko mi sobie wyobrazić że tak będzie już codziennie.... nie chce.... ale czy to wystarczy żeby odejść?
Wiem że zauroczenie już nie wróci, to równia pochyła, życie. Ale wole chyba mieć święty spokój i czyste sumienie, świadomość że nie dałam się prozie życia.
Ktoś żałuje że nie "walczył" do końca i odszedł kiedy jeszcze można było to zrobić z podniesioną głową?
    • agnieszka_iwaszkiewicz Re: Rozwód, pochopna decyzja. 27.10.11, 15:38

      Jeśli dla Pani istotna jest bardziej nadbudowa niż baza, warto się rozstać .
      Jeśli w Pani subiektywnych kategoriach, doszła Pani już do nieprzekraczalnej granicy, też warto się rozstać.
      Jeśli ma Pani skłonność do dewaluowania prozy życia, warto się zastanowić czego Pani oczekuje i nie rozstawać się. Tu bowiem może mieścić się tendencja do idealizacji wiecznego uniesienia.
      Pyta Pani o ochronę ryzyka. Chyba się tego nie da subiektywnie zanalizować. Każda ważna i nieodwracalna decyzja może rodzić różne, wzajemnie sprzeczne uczucia, jeszcze długo po jej podjęciu. Co nie oznacza, że została źle podjęta. Po prostu różnie się ja przeżywa.
      Dobrze jest dojrzale je przyjąć jako konsekwencje wyboru. Agnieszka Iwaszkiewicz
      • tempera_tura Re: Rozwód, pochopna decyzja. 27.10.11, 16:10
        Tak, ważniejsze jest dla mnie nadbudowa niż baza. Sama się tym zdziwiłam bo przecież zasdaniczo wydaje się że to baza jest najistotniejsze. Może jednak moja baza nie była wcale tak solidna jak mi się do tej pory wydawało.
        Prowadzę wyjątkowo "prozaiczne" życie, samo to nie jest problemem, moja proza została ukształtowana dość świadomie przeze mnie, tak miał być i to nie tu leży problem. W porzednim wątku może źle użyłam tego sformułowania bardziej chodziło mi o naturalne i oczywiste zmiany jakie zachodzą w związku z upływem czasu. Mam uczucie że w moim zwiąku zachodzą zbyt szybko i przestałam to kontrolować. Nigy nie wierzyłam że malżeństwo to pasmo uniesień, to wcale nie to co lubie najbardziej. Chciałam takiego "normalnego" zwiąku bez jakiś wybitnych emocji pozytywnych i negatywnych, spokoju ducha. Takiego który nie obciąża w żadną strone zbyt mocno. A mój pełen jest emocji ale niestety nie są to "dobre" emocje. Po latach docierania myślałam że i tych fajnych i tych mniej fajnych emocji będzie po równo mniej niż na początku. A tu jest inaczej, dobrych już prawie nie ma a złe narastają mimo że tak naprawdę nie ma do tego powodów. Jesteśmy młodzi, lubimy się,niczego nam nie brakuje, decyzja o ślubie nie była podyktowana przez ciąże czy inne czynniki, mamy małego syna którego bardzo kochamy, sielanka:) A jednak nie tak sielsko.
        Obseruje świat i związki i wiem jak się to skończy. Oczywiście mogłabym wychodzić z siebie i robić wszystko żeby było inaczej ale obawiam się że stracę szacunek do relacji sztucznie utrzymywanej przy życiu. Pomijam już fakt że nie chce żeby dziecko rosło w środowisku które mogłoby wypaczyć w przyszłosci jego patrzenie na związki. Obawiam się że pewnego dnia zobaczy że rodzice "kochają się" tylko dla niego, starają się to fakt ale gdyby nie "konieczność" już dawno by odpuścili.
      • pendzacy_krolik Re: Rozwód, pochopna decyzja. 27.10.11, 20:40
        nie wypada mi polemizowac z opinia fachowca,jednak zdziwila mnie ponizsza wypowiedz.
        Nie bardzo tez ja rozumiem. czy to oznacza,ze nalezy wybaczac wszystko? nawet najgorsze obelgi? wprawdzie autorka watku nie napisala, jakie konkretnie slowa padly z ust meza w przeszlosci,ale widocznie trzeba samemu cos przezyc,aby zrozumiec druga osobe.ja ja rozumiem.
        dlaczego mam nie przezywac "wiecznego uniesienia"? jesli partner czuje to samo co ja to nic prostszego,by cale zycie unosic sie poza chmurami (za wyjatkiem sytuacji, w ktorych nalezy jak najbardziej twardo stapac po ziemi).
        pozdrawiam
        Realistka z dusza romantyczki

        agnieszka_iwaszkiewicz napisała:

        > Jesli ma Pani skłonność do dewaluowania prozy życia, warto się zastanowić czego
        > Pani oczekuje i nie rozstawać się. Tu bowiem może mieścić się tendencja do ide
        > alizacji wiecznego uniesienia.
        • agnieszka_iwaszkiewicz Re: Rozwód, pochopna decyzja. 29.10.11, 16:33
          pendzacy_krolik napisała:

          > nie wypada mi polemizowac z opinia fachowca,jednak zdziwila mnie ponizsza wypow
          > iedz.
          oraz
          > .ja ja rozumiem.
          > dlaczego mam nie przezywac "wiecznego uniesienia"? jesli partner czuje to samo
          > co ja to nic prostszego,by cale zycie unosic sie poza chmurami (za wyjatkiem sy
          > tuacji, w ktorych nalezy jak najbardziej twardo stapac po ziemi).
          > pozdrawiam
          >
          Idealizacja i dewaluacja to subiektywne mechanizmy. Każdy posługuje się nimi, ale każdy w innych obszarach.
          Moja odpowiedź była skierowana do konkretnej osoby i konkretnego przypadku. Tam nie ma sformułowań służących wszystkim lub generalnie opisujący związki.
          Dlatego Pani, "Króliku", może pozostać romantyczką bez przeszkód. Agnieszka Iwaszkiewicz
          >
          >
      • nutka_re Re: Rozwód, pochopna decyzja. 30.10.11, 13:28
        A co jest baza a co nadbudową? Czy związek sam w sobie jest wartością czy też musi wnosić wartości pozytywne dla których warto byc ze sobą?
        Mam duże wątpliwości ... pewnie jak każdy, uważam, ze związek by był powinien być bliski, z uczuciem i zaufaniem, z uczciwością i wiernością. A dwie osoby wnoszą w związek własne wyobrażenie i, nierzadko powielają relacje wyniesione z domów rodzinnych.
        Żyję w przemocowym związku. Moja tesciowa jest przemocowa, jej rodzina jest przemocowa, duzo niesnasek, kłótni, nieodzywające się do siebie dzieci-rodzice i sporo rozwodów. W rodzinie mojej teściowej niczego nie załatwia się rozmową, wszystko jest w kłótniach i pretensjach. Jej zdaniem każdy coś "jej chce pokazać" i cokolwiek by robił to ona czuje się w tle tych poczynań (a powinna być na przedzie !). Mój mąż, jeszcze jako chłopak mówił mi,że z nią nie wolno o niczym rozmawiać, wszystko co się powie ona w przedziwny sposób potrafi obrócic przciwok mówiącemu.
        Przez dwadzieścia-kilka lat małżeństwa wydawało mi się, że jakoś radzę sobie w naszym małżeństwie. Jedno - już dorosłe i samodzielne -dziecko, bardzo duzo pracuję, mam fajną satysfakcjonującą i dobrze płatną pracę, z mężem dużo współnych zainteresowań (uprawiamy różne sporty, zwiedziliśmy sporo swiata). Współne konto, wspólne decyzje, bez zdrad tylko ... wszystko z awanturami i zero wsparcia, wręcz przeciwnie. Całe zycie słyszę jaka to matką jestem głupią, żoną do niczego, kobieta nijaką. I to,że grosza nie da na dom, dziecko, że podzielimy konta. Nie, nie codziennie słyszę, słyszę od czasu do czasu. Czasem doprowadzona do kresu wytrzymałości wyrzucałam jego rzeczy z szafy a jego za drzwi, czasem przyjmowałam jego zachowania - gdy nie odzywał się do mnie przez 3 dni, ja dokłdałam nastepne 3 i nie odzywałam się do niego, gdy odgrażał się podziałem konta - załozyłam swoje oddzielne, gdy mówił,że nie jestem dobrą zoną - przestawałam prać (jego rzeczy), prasować (jego rzeczy), gotować i sprzątać. Jakoś zawsze dochodziliśmy do zgody i nagle dwa lata temu po jego, jak zwykle, złych słowach cos mi zaświtało - zobaczyłam w nim tą samą przemoc którą epatowała zawsze jego matka. Podłe, wredne słowa po których przechodziło sie do zycia jakby nigdy nic, po pewnym czasie wmawianie, że w ogóle takie słowa nie padły, chamskie zagrania i wmawianie później, że intencje były szlachetne, że to obiekt chamstwa złosliwie cos interpretuje. Paranoja.
        Syn na swoim, my w nowym domu, wydawało się, że juz będzie tylko lepiej ... a tu taka sama pyskówka z gó...arskimi zagraniami jak na początku docierającego się małżeństwa, walczącego "o uchwyt" ...
        I po prostu przestałam człowieka kochać, zdałam sobie sprawę, że nie mam z tym cżłowiekiem żadnego poczucia bliskości ani zaufania.
        On myslał, że - jak zwykle - mi przejdzie, ale nie przeszło. Pół roku, nie wiem jak przezyłam - pełny stres - nowy dom, w który wpakowaliśmy całe nasze oszczędności, kredyt na karku i to dno a nie małżeństwo. Gdybym nie biegała 10-20 km dziennie to chyba stres by mnie zjadł.
        On próbowała mnie przekonywać, ze jesteśmy przecież "dobrym małżeństwem", że to jest dla nas najważniejsze. A ja, szczegółowo opisałam mu jego zachowania które spowodowały, że nie mam do niego zaufania jako do drugiego cżłwoieka, że nie mam poczucia jakiegokolwiek wsparcia, że nie mam z nim poczucia bliskości, że nie chcę z nim sypiać ani z nim być. Zapytałam, czy chciałby miec żonę taką jak jego matką, szczerze odpowiedział, że nie. Na to powiedziałam,że ja mam małżeństwo z człowiekiem takim jak jego matka czyli z nim. I,że więcej nie będzie. Rozmów było kilka, on obiecywał,że się zmieni. Oczywiście, zmienił się. Nagle zauważa,że jest ładna i zgrabna, że dobrze wychowałam syna, że świetnie gotuję (choć robię to juz dość rzadko), że jak jestem w domu to od razu widać. Gdy podjeżdżam pod dom to od razu wychodzi bo a nuż mam zakupy do zabrania (dawniej na 3 piętro nie chciał wynosić zakupów - jak sobie kupiłam to sobie mogę dźwigać), posprząta dom nawet nieproszony (nie mrucząc przy tym, że jako kobieta to jestem brudas, jak zwykł czynić gdy musiał wziąć się za odkurzacz), umyje mój samochód, pyta czy miałam ciężki dzień ( a nie jak zwykle gdy zaczynałąm cos mówić słyszałam, ze jego nie interesuje moja praca), pyta co u mojej rodziny (a nie jak zwykle - jego nie interesuje moja rodzina), próbuje dyskutować o artukułach z gazety, oglądanym filmie ( a nie jak zwykle - nie interesuje go moje zdanie, jakbym była mądrzejsza to i psychologie bym skończyła). Rejestruję zmiany bo trwa to ponad rok tego innego, lepszego wydania mojego męża. Jakim cudem da się? Co się stało? Czy to, że od dwóch lat nie sypiamy ze sobą i jego próby zmiany (wchodzi do mojej sypialni gdy kładę się spać i pyta czy może sie do mnie przytulić a ja mówię,że nie) są bezskuteczne? Bo ja po prostu już go nie kocham, nie pragnę i nie mam potrzeby otrzymywania czegoś czego przez 26 lat nie dostawałam. Dlaczego jeszcze jesteśmy razem? Ponad rok temy on stracił pracę. Dobrze płatną na wysokim stanowisku. Znalazł coś zastępczego, niskopłatnego ale uparcie szuka i dziękuje mi za to,że mu pomagam i wspieram go. No i spłacam kredyt. Namawiałam go by spróbował w Anglii (zna język świetnie) ale on nie chce. Mówi,że będzie walczył o nasze małżeństwo. Jak mam mu powiedzieć, że nie ma już o co walczyć? jak mam to skończyć ?
        Żałuję, że nie skończyłam tego związku wcześniej, chwil, gdy dochodziłam "do ściany" miałam sporo i nie rozumiem dlaczego tego nie skończyłam wcześniej, gdy od strony logistycznej byłoby to proste.
    • kajda28 Re: Rozwód, pochopna decyzja. 29.10.11, 20:07
      > Ktoś żałuje że nie "walczył" do końca i odszedł kiedy jeszcze można było to zro
      > bić z podniesioną głową?

      Walczyłam do końca i odeszłam z podniesioną głową - nie wiem dlaczego wg ciebie te rzeczy się negują - dla mnie idą w parze.

      Nie żałuje raz podjętej decyzji, zawsze robię to co w danej chwili uważam za najwłaściwsze.
      • tempera_tura Re: Rozwód, pochopna decyzja. 01.11.11, 18:06
        W mojej sytuacji walczenie do końca oznacza brak podniesionej głowy:) Nie bede sie wdawać w szczegóły.
        • mruwa9 Re: Rozwód, pochopna decyzja. 01.11.11, 21:18
          To zrob tak, aby zachowac szacunek do samej siebie.
Inne wątki na temat:
Pełna wersja