montambo
30.12.11, 16:05
Nie bardzo umiem rozmawiać ze swoją mamą. Uważam naszą relację za... skąplikowaną? Często napiętą.
Ja do końca nie odcięłam się od pępowiny do końca. Można powiedzieć że mieszkamy razem z mamą, albo pomieszkujemy. Ona mi teraz kupuje mieszkanie, planuje przynajmniej po części urządzić. Opłacała mi studia. W dzieciństwie niczego mi nie brakowało: wyjazdy na narty, własny pokój, kieszonkowe. Jestem za to wszystko ogromnie wdzięczna i doceniam, natomiast chyba nie potrafię okazać. Tyle przynajmniej słyszę ze strony mamy: że jestem nieczuła, niewdzięczna, uparta, że mam trudny charakter. Ciekawe, bo jeśli chodzi o charakter to mogłabym powiedzieć to samo.
Teraz jak ja widzę moją mamę: osobę nie do końca szczęśliwą, mama widzi siebie jako tą niedocenianą, przez moją babcię (która faworyzowała i faworyzuje mojego wójka), przez mojego ojca który ucieka w pracę żeby nie musieć znosić dociknów, pretencji i krytycyzmu ze strony mamy, przez dzieci które są uparte, nie wdzięczne i nie wiele warte. A przede wszystkim nie spełniające oczekiwań. Mama jest rozczarowana mną i moim bratem. (Brata pomińmy, osobny temat, ja nie o nim). Mama ma dużo pretensji i żalów do mojej osoby, mniej lub bardziej słusznych. Zdążyłam już popełnić szereg błędów w życiu. Miałam depresję, stany lękowe, przestałam chodzić na studia (kierunek którego nie chciałam studiować, na który siłą niemal wypchnęła mnie matka- prośby, groźby, łzy z jej strony) przez co mnie wylali, ale ja przez dłuuuugi czas ukrywałam to przed rodziną, okłamywałam ich że studiuję. W końcu prawda się wydała, ale ja miałam nadal problemy ze sobą. Uważałam że do niczego się nie nadaję, nie umiałam, nie chciałam, nie potrafiłam znaleźć pracy. W między czasie była terapia. Cały ten kryzys trwał 2 lata, choć wcześniej też miałam problemy emocjonalne i wcześniej leczyłam się na depresję/bulimię... Tak czy inaczej szukając pracy na odwal się i nie wierząc za bardzo w siebie udało mi się znaleźć robotę. To było rok temu. I dużo zmieniło. Odzyskałam dużą część wiary w siebie. Zaufanie mamy straciłam bezpowrotnie. Moja mama miała duże nadzieje związane ze mną: dobra praca, dobre zarobki, mąż, dzieci, mieszkanie, wspólne pogaduchy o babskich sprawach. Ale okrutnie się zawiodła. Nie rozumie mojego zachowania, moich decyzji. Nie bardzo daje mi miejsce na popełnianie błędów (nigdy za bardzo nie dawała) i dużo jest krytycyzmu w jej wypowiedziach.
Pamiętam z dzieciństwa, jak ja dostałam 4 z klasówki, jedna z moich koleżanek 5, reszta klasy: 2, 3, sporo jedynek. Ale byłam z siebie zadowolona! "Patrz mamo jak dobrze wypadłam. Mam 4, reszta 2 albo 3" "Ty weź przestań, nie porównuj się do tych gorszych, Agnieszka dostała 5, czemu nie ty?!" Taka sytuacja się powtarzała. Tak moja mama ma: dużo wymaga i oczekuje. I nie omieszka skrytykować jak widzi że coś robisz źle. I do tego ma wyrobione opinie. Na każdy temat. Wszystko wie najlepiej. Odmiennego zdania mieć nie można. Odmienne zdanie jest złe. Ona jest rozsądna i ona ma rację. Ja natomiast jestem "uparta".
I tu przechodzimy do sedna sprawy, według mojej mamy ja jestem:
- uparta, niesolidna, nic sobą nie reprezentuję, że gdyby nie te przez nią opłacone studia to nic nie byłabym warta. Nieczuła. A to że zawracam jej głowę duperelami i ona o moich sprawach słyszeć nie chce. A to że ja jej nic nie mówię i jestem skryta. Przy każdym konflikcie nie omieszka mi to wytknąć, to i moje uwalone studia. A mi jest ciężko, ja wierzę w to co mówi. Wierzę w to że jestem nie czego nie godnym zerem, jak tu nie wierzyć jak rodzona matka powtarza Ci to w kółko i na okrągło.
Na rozum wiem że to wszystko to moje kompleksy i że nie powinnam tak myśleć. Ale to nie tak łatwo.
I moją mamę też po części rozumiem. Ona inaczej nie potrafi. Wszystko to jest robione w dobrej wierze. Że jak wytknie mi co robię nie tak, to ja się zmienię. Naprawię. Poprawię.
Stasznie dużo jest tego do zmieniania. Do poprawiania. Czuję się tym przytłoczona. Jak jakąś część życia naprawię. Coś zmienię, mama wytyka 5 innych. Pracę teraz mam? Mam, ale mama nie rozumie jak tak można pójść na urlop po świętach i posiedzieć w domu robiąc rzeczy na studia. (Nie ufa że pracuję? Że mnie zwolnią z pracy? Czasami też zaczynam myśleć że mnie zwolnią? Czasami marzę o innej pracy. Ta na początku cieszyła, teraz męczy, ale to osobny temat). Właśnie jestem na studiach. Żeby nie było że niewykształcona prawda? Opłacam sama, uniezależniam się finansowo. Pomieszkiwanie u rodziców też planuję zakończyć, ileż można. Z resztą trochę dystansu wyjdzie nam na dobre. Mam partnera, próbuję układać sobie życie osobiste.
Zmieniam, naprawiam, robię. Czasem mnie to przytłacza. Czasem jest fajnie.
Tylko rozmawiać z mamą nie jestem w stanie. To się kończy zawsze we łzach (w mojej rodzinie łzy są złe - mi nie wolno płakać, denerwować ludzi, "wszczynać awantur", drążyć tematu, wogóle powinnam zawsze być zadowolona i uśmiechnięta! Ahoj!). Często marzę o wyjechaniu za granicę. Nie musieć tak na bieżąco kontaktować się z matką, oh, jakby było błogo. Wyrodne dziecko jestem, prawda? Okrutne. Niewdzięczne. To tylko marzenia, prawda jest taka ze mamę kocham i cenię i potrzebuję jej mimo wszystko.
Nadal próbuję ją usatysfakcjonować, co wiem jest nie mądre i odbije mi się czkawką (jak te studia). Jak tu znaleźć jakąś równowagę? Jak nauczyć się rozmawiać? Jak pogodzić ze sobą, własną przeszłością podbudować ego, żeby mniej emocjonalnie reagować jak mama wygarnia mi wady i przeszłe błędy?