Czy jest szansa? Czy jest sens?

16.02.12, 23:31
Choć tu nie piszę, to czytam to forum często, najczęściej o przemocy w związku, bo problem dotyczy mnie osobiście. Mam 52 lata, od 27 lat jestem żoną przemocowca. Od zawsze mówiłam, że obydwoje „mamy charaktery”, jesteśmy „typem przywódcy” i stąd nasze konflikty. Ale w pewnym momencie „zaskoczyłam”, że mój mąż zachowuje się jak jego matka. Wychowała go sama, porzucił ją mąż. Na początku podobało mi się to, że on liczy się z matką dopóki nie zrozumiałam, że on jej się boi. Poza domem elegancka, inteligentna pani w domu była zwykłą przekupą z rozwrzeszczaną gębą, mającą stale i o wszystko pretensje i zainteresowanie okazywała za pomocą czepiactwa. Mój mąż mówił że nie należy z nią o niczym rozmawiać bo wszystko co może wykorzysta przeciwko mówiącemu. Po latach zrozumiałam, że on jest taki sam. Nie chce mi się do niego mówić, bo nigdy nie wiem w jakiej formie zostanie użyte. Przez wiele lat on jak coś mu się nie podobało to przestawał się do mnie odzywać np. przez tydzień. Tak robiła mu jego matka. Ja znalazłam na to sposób, jeśli do mnie się nie odzywał 3 dni, ja nie reagowałam, gdy on zaczynał to ja mówiłam, ze przedłużam milczenie o taki sam czas i to robiłam, Skutkowało. Nagle zorientowałam się, ze ja w życiu znajduję „sposoby” na mojego męża – kiedy i o czym z nim rozmawiać, kiedy unikać. Mimo tego od czasu do czasu i tak spotykałam się z jego agresją, bo obrazić, poniżyć to był jego normalny sposób życia. Myślałam, ze to się zmieni. Nie zmienia się.6 lata temu pierwszy raz pomyślałm, że ja tak dłużej nie chcę żyć. Jak mnie ośmieszy,że słabo znam niemiecki to ja uczę się niemieckiego, jak mnie ośmiesza, ze czytam „głupie gazety” („Pani”, „Twój Styl”) to je przed nim ukrywam, jak mnie ośmieszy …. to ukrywam wszystko. Po awanturze któ®ą mi urządził o coś tak bzdurnego, ze dziś nie pamiętam wzięłam papiery rozwodowe i złożyłam pozew. Błagał, że się zmieni. Wycofałam. I nic się nie zmieniło. Rok temu gdy na nartach wrzeszczał na mnie, że grzebię się z zakładaniem butów narciarskich bo mogłam je założyć w samochodzie podczas gdy on jedzie a ja tłumaczyłam mu, że nie da się ich tak założyć po prostu ściągnęłam je i jednym rzuciłam w niego a drugim waliłam w jego samochód. Zdecydowałam – rozwód. Na kolanach prosił, mówił, ze co tydzień w niedzielę będziemy siadać wieczorem i mówić sobie co nam się w związku nie podoba, co zmieniamy lub rozpracowujemy, że on wie z jakiego domu pochodzi, wie co robi źle i to zmieni. Usiedliśmy raz. Oczywiście było ok. Po tygodniu wpadli w niedzielę znajomi, wyszli rano i nie usiedliśmy. W następnym przygotowałam się ale … nawet nie zaproponował …i tak zleciał rok gdzie jego przemocowe zapędy widać co chwilę. Oczywiście, gdy mówię, ze urządza mi awanturę, że mówi napastliwie on zaprzecza, wcale nie krzyczy i wcale mnie nie obraża.
Wczoraj wieczorem wracając z pracy wkopałam się w zaspę. Wąska droga, naprzeciw mnie jechał TIR więc zjechałam maksymalnie na pobocze i zatrzymałam się. TIR złożył mi lusterko. Ja nie wyjechałam z zaspy. Zadzwoniłam do męża by przyjechał mi pomóc. Przyjechał z łopatą. Już jak wyszedł ze swojego samochodu to cały epatował wściekłością. Wrzeszczał, że jak nie potrafię jeździć to powinnam autobusem, że idiotkom dają prawo jazdy. Pomyślałam, że mogłam zadzwonić do kumpla nie byłoby tej awantury. Słyszałam te inwektywy po moim adresem i w pewnym momencie wyrwałam mu łopatę i powiedziałam by spadał na drzewo. Gdy wróciliśmy do domu on szybko zaparzył mi herbatę, nalał lampkę wina i skakał koło mnie jak ciapciuś. Rano stał, odśnieżył podjazd bym wyjechała…
Czy jest szansa na leczenie takiego człowieka? Gdzie? Do kogo się zwrócić?
Od kilku lat już wiem, ze go nie kocham. Mamy wspólny fajny dom, dużo wspólnych pasji ale ja z nim nie lubię spędzać czasu. Nie mam szacunku do tego człowieka. Widzę w nim żałosną teściową, z kompleksami i agresja. Bo jest agresywny, napastliwy i przemocowy. Nie jest moim przyjacielem, nie mówię mu o ważnych sprawach, nie ufam mu. Mamy wspólne konto, wspólne sprawy, pasje, nie zdradzamy się (choć od kilku lat unikam seksu jak mogę) ale mam wrażenie, ze żyjemy obok.
Wiem, ze jak wystapię o rozwód to znów będzie błagał, żęe zmieni nasze życie, ale nie wierzę w to. Chyba, że w większe piekło.
Szukać pomocy czy brać rozwód ? Czy w ogóle jest szansa na zmianę takiego człowieka ?
Jestem już nastawiona wewnętrznie na rozstanie. Zamykam oczy i myslę,że żyję sama, ze jestem gdzie indziej.
    • sinsi Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 16.02.12, 23:55
      > Czy jest szansa na leczenie takiego człowieka?

      Przeczytałam całość i za chiny ludowe nie mogę zrozumieć o co TY pytasz w tym tym zdaniu po przedstwieniu takiej treści?

      Idź na terapię, ulecz siebie. Z braku konsekwencji, z uzaleznienia od męża, z podporządkowania się. Bo innego dorosłego nie zmienisz jeśli on nie chce. A on nie chce. Już go nauczyłaś, że ma cię na własność. Wystarczy ci nawinąć trochę makaronu na uszy gdy nabroi i wszystko wraca do normy. DO JEGO NORMY. Ty się idealnie dostosowujesz.
      • nutka_re Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 17.02.12, 00:14
        Ja nie czuję się uzależniona. Ja po prostu nie mam innego pomysłu na życie. Nie jestem "kochliwa", nie nęcą mnie romase i miłostki. Mam fajną pracę, którą lubię, zarabiam sporo (często więcej od męża, co pewnie jest powodem jego frustracji), jeżdżę z mężem po świecie, realizuję wspólne pasje ale wiem, że żyję z przemocowcem, z człowiekiem który ma "odpały" i z którym nie stworzyłam i, obawiam się nie stworzę bliskiego związku. Może i on chce, ja kiedyś chciałam ale zastanawiam się czy jestem w stanie wpomóc jego leczenie tak by mógł.
        Najprościej byłoby zakochać się gdzieś poza związkiem. Jestem atrakcyjną, wysportowaną kobietą, nawet spotykam zainteresowanych, ale mnie to jakoś nie interesuje. Nie wiem, czy jestm kobietą jednego związku, czy po prostu nie powinnam żyć sama. Zastanawiam się czy i na jakich warunkach dać mężowi szanse.
        • bibe08 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 17.02.12, 00:32
          Jest szansa i jest sens. Swoim dotychczasowym postępowaniem nie zmuszałaś Go do zmiany. Mówiłaś o rozwodzie ale nie robiłaś nic, tylko mówiłaś. Twoje postępowanie utwierdzało Go w tym, że Ty tylko mówisz i nic nie robisz. Jeżeli chcesz żeby On chciał się zmienić, zmienić swoje postępowanie, zaczął szanować Ciebie Ty sama musisz zacząć szanować siebie. Ale czy chcesz, zastanów się.
          Byłem przemocowcem, zmieniłem siebie i swoje zachowania ale niestety małżeństwa już nie uratowałem, było za późno.
          • nutka_re Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 17.02.12, 10:13
            Myślisz, że gdybym siebie szanowała (czego by to nie oznaczało) to ta druga strona nie byłaby agresywna? na słowa o problemach w pracy nie usłyszałabym, że pewnie sama jestem sobie winna? na spiętrzenie pracy - że tylko głupi ludzie dają się wykorzystywać? Na to co czytam, -że pewnie durne, na to co oglądam np. filmy Saury - że dla kucharek tylko hiszpańskich? że nie widziałabym wściekłości kiedy na mnie musi kilka minut poczekać? że nie wypowiadałby się negatywnie o kobietach (pracujące zaniedbują dzieci, niepracujące to pasożyty, niemające dzieci - leniwe, mające - rodzą dzieci by na nich wisieć)?
            Pierwszy raz pomyslałam o tym, że to nie da się uratować, gdy po trudnej operacji i bardzo złych rokowaniach wyszłam z choroby a poniewaz schudłam, kupiłam kilka nowych ubrań. od męża, który to zobaczył usłyszałam,że dopiero co umierałam a juz latam po sklepach. Myslisz, ze jest jakieś "się szanowanie" by na to nie pozwolić?
            Czy Czy szanowanie siebie to wzięcie rozwodu? Od razu czy po 27 latach też?
            Przez lata próbowałam spokojnie rozmawiać, tłumaczyć co mnie boli ale w pewnym momencie zrozumiałam, że tak wystawiam się "na widelcu". On wie co boli i w co uderzyć w razie potrzeby. Bo to tak, że przez miesiąc, dwa - spokój po czym chamstwo zwalające z nóg, znów spokój i znów. Rozmowy nic nie dają. Przestałam mówic o moich sprawach, gdy słysze brdnie - wychodzę. zwykle radzę sobie sama i o pomoc nie proszę. zauwazyłam, ze na niego działa konragresja. gdy powie o głupich babach powiem,że kazdy cham mówi "głupia baba.
            Tylko ta agreresja kosztuje mnie juz za dużo.
        • kkalipso Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 21.02.12, 01:13
          ....po co tak się wychwalasz,przecież niby o problemie chciałaś napisać a nie o ty jaka ty piękna ,inteligetna i wysportowana! daj mu w końcu seksu może przestanie być taki nerwowy,piszesz,że kilka lat z nim juz nie sypiasz ,to z kim on sypia z rączkowką???
    • mama_myszkina Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 17.02.12, 00:00
      Jedyna szansa to taka, że mąż uda się na terapię. Zmienić to się nie zmieni pod wzgledem osobowości, ale może nauczyc sie rozpoznawać te stany i radzić sobie z frustracją w mniej raniacy dla bliskich sposób.

      Łączę sie w bólu, bo mój mąż też był wychowany przez kobietę z poważnymi zaburzeniami osobowości, w dodatku alkoholiczkę też widzę, że czasami powiela jej zachowania.
    • esteraj Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 17.02.12, 00:33
      nutka_re napisała:

      Rok temu gdy na nartach wrzes
      > zczał na mnie, że grzebię się z zakładaniem butów narciarskich bo mogłam je zał
      > ożyć w samochodzie podczas gdy on jedzie a ja tłumaczyłam mu, że nie da się ich
      > tak założyć po prostu ściągnęłam je i jednym rzuciłam w niego a drugim waliłam
      > w jego samochód.

      Przyjechał z łopatą. Już jak wyszedł ze swojego samochodu to cały e
      > patował wściekłością. Wrzeszczał, że jak nie potrafię jeździć to powinnam autob
      > usem, że idiotkom dają prawo jazdy. Pomyślałam, że mogłam zadzwonić do kumpla n
      > ie byłoby tej awantury. Słyszałam te inwektywy po moim adresem i w pewnym momen
      > cie wyrwałam mu łopatę i powiedziałam by spadał na drzewo.

      Czy tylko Twój mąż jest przemocowcem?
      Jak często Ty stosujesz przemoc?

      Prawdopodobnie powiesz, że przecież Twoje zachowanie jest spowodowane jego agresją, a on tak się zachowuje bez powodu. Naprawdę?

      > (...) zastanawiam się czy jestem w stanie wpomóc jego leczenie tak by mógł.

      Może tutaj znajdziesz jakąś odpowiedź:
      www.youtube.com/results?search_query=zuzanna+celmer&oq=zuzanna+c&aq=0&aqi=g1g-s1g4&aql=&gs_sm=1&gs_upl=1890l10456l0l14603l9l9l0l2l2l0l388l1806l0.2.2.3l7l0
      • default Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 17.02.12, 07:51
        esteraj napisała:

        >> Czy tylko Twój mąż jest przemocowcem?
        > Jak często Ty stosujesz przemoc?>
        > Prawdopodobnie powiesz, że przecież Twoje zachowanie jest spowodowane jego agre
        > sją, a on tak się zachowuje bez powodu. Naprawdę?

        NAPRAWDĘ. Uwierz nutce_re, bo tak właśnie zachowują się przmocowcy - mogą człowieka wdeptać w ziemię bez żadnego powodu, a raczej - z powodu, który jest tylko w ich głowie. I jak czasem owemu wdeptywanemu puszczą nerwy, to nie ma to nic wspólnego z przemocą ani agresją - to rozpaczliwa próba obrony.
        Najwyraźniej nigdy nie spotkałaś takiego człowieka - i nie życzę Ci tego. Ale nie pisz o czymś, o czym nie masz pojęcia.
      • sanciasancia Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 17.02.12, 09:19
        > Czy tylko Twój mąż jest przemocowcem?
        > Jak często Ty stosujesz przemoc?
        Przemocowcy mają taką przykrą własność, że przemoc jest jedynym językiem, który dobrze rozumieją. Łagodne mówienie, że się sobie nie życzy pewnego zachowania wielokrotnie nie skutkuje.
        • nutka_re Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 17.02.12, 10:59
          Niestety, masz rację.
          Kiedy czekający na mnie kilka minut mąż wrzeszczy na mnie a ja spokojnie tłumaczę mu dlaczego czekał to usłyszę (podniesionym tonem), ze robię mu to celowo, pokazuję,że go nie szanuję, kiedy tłumaczę mu,że muszę te buty narciarskie załozyć tak by były wygodne i muszę mocno w nich stanąć a słucham pertensji, ze mogłam je w samochodzie (kto zakłda buty narciarskie wie). Kiedy na jego chamskie komentarze odpowiadam spokojnie to on je wyśmiewa. I kompletne niezrównoważenie !!! np. wczoraj mogło byc fanie, lampka wina i kominek wieczorem, siedzimy, gadamy, obejrzymy jakis film a dziś przychodzę zmęczona z pracy i słysze "mają cię w tej pracy za idiotkę". reagować? spkojnie tłumaczyć, że nie ma racji? życie pokazuje, że nalezy powiedzieć "każdy sadzi według siebie".
          Jadę po pracy do mamy bo muszę jej w czymś pomóc a w domu słyszę "znów pół dnia gadaccie o niczym" albo "kogo dzisiaj obgadywałyście" co jest o tyle złośliwe, ze moja mama nigdy nie mówi o innych ludziach źle i własciwie niewiele mówi o innych. Nie reagować? czy tak jak wyżej?
          Bardzo jestem już zmęczona.
          • marzeka1 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 17.02.12, 11:31
            Nie ma ofiar, są ochotnicy, ty jesteś ochotniczką już 27 lat. Nie szkoda ci zmarnowanego na gnojenie życia?
            • helusia007 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 17.02.12, 11:37
              Chcialam napisac dokladnie to co marzeka1. Jestes finansowo samowystarczalna, po co ci facet, ktory sie nie zmieni. Przez 27 lat dalas mu komfort wyladowywania zlosci na sobie. Jemu jest dobrze i nie jest zainteresowany zmiana. Po co chcesz to ciagnac? Nawet jezeli (jak piszesz) nie jestes kochliwa, to mozesz zyc sobie spokojnie bez wroga we wlasnym domu. A kto wie moze jak sie odkleisz emocjonalnie od przemocowca, otworzysz sie na innych mezczyzn. Nie rozumiem dlaczego rozwazasz dopasowywanie sie do faceta, ktorego zwyczajnie po ludzku nie lubisz. On sie nie zmieni. Byly juz takie watki tutaj i o ile przypominam sobie odpowiedzi pani ekspert to brzmialy one raczej: nauczyc sie asertywnosci i nauczyc sie z tym zyc. Pan sie nie zmieni. Podejmij decyzje. Pozdrawiam
              • nutka_re Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 17.02.12, 12:11
                Dlaczego tyle lat jestem z tym człowiekiem? Bo to, pomijając przemocowość oczywiście, jest człowiek inteligentny, ciekawy świata, rozwijający się zawodowo, stale się czegoś nowego uczący. Ma super pomysły na spędzanie wolnego czasu, w kilka dni zaplanuje i zorganizuje wypad do Japonii, Wietnamu czy Brazylii, narty w super-miejscach całej Europy, rowery w Skandynawii itp.
                Z drugieje strony faktem jest, że dziś nie zastanawiam sie gdzie moglibyśmy jeszcze pojechać mysle raczej w kategoriach "w jakim kraju jeszcze nie zrobił mi awantury".

                Ja chciałabym wiedzieć, czy jest szansa na "wyleczenie" takiego człowieka.
                • marzeka1 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 17.02.12, 12:20
                  KAŻDA z wymienionych zalet męża jest niczym wobec prostego faktu, że od 27 lat facet cię gnoi.I nawet najpiękniejsze podróże są niczym wobec faktu, że wszędzie byłaś przez niego gnojona. Wolałabym faceta, z którym stać mnie byłoby na wakacje pod namiotem na Mazurach, niż Chiny z takim psycholem. '
                  Tyle że ja widzą niefajne relacje między mężem a żoną we własnym domu na przykładzie własnych rodziców, powiedziałam sobie:NIGDY w życiu nie będę tak żyć i dlatego bardzo świadomie wybrałam sobie męża i po 23 latach ciągle wiem, ze to był mój najlepszy życiowy wybór.'Dlatego powtórzę: NIE MA OFIAR, SĄ OCHOTNICY.
                  • marzeka1 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 17.02.12, 12:39
                    Aha i wiesz, dlaczego jeszcze nie mogę zrozumieć twojej postawy? Bo jesteś kobietą pracującą, niezależną od męża, możesz sobie spokojnie pozwolić na inne życie- dlatego jednak uważam, że jesteś osobą współuzależnioną , tak na zasadzie jak żona alkoholika.
                    • aqua48 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 17.02.12, 13:14
                      A mnie się wydaje, że Ty i tak już od lat żyjesz sama, tylko obok męża, na którego cudowną zmianę wciąż liczysz.
                      Jesli mu na Tobie zależy, to się zmieni nawet po rozwodzie, i nie ma przeszkód żebyście się nie przyjaźnili dalej, nie pili wina. Ale wtedy jeśli Tobie będzie przeszkadzało jego zachowanie, czy podniesiony głos, to będziesz miała prawo w każdej chwili otworzyć drzwi od swojego mieszkania i powiedzieć: żegnam. I wybrać inne towarzystwo, ludzi, którzy będą się cieszyć, że poświęcasz im swój cenny czas i będą Cię za to szanować i cieszyć się Twoją obecnością.
                      Musisz sama przewartościować.
    • esteraj Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 17.02.12, 13:07
      nutka_re napisała:
      "Dlaczego tyle lat jestem z tym człowiekiem? Bo to, pomijając przemocowość oczywiście, jest człowiek inteligentny, ciekawy świata, rozwijający się zawodowo, stale się czegoś nowego uczący.
      Z drugieje strony faktem jest, że dziś nie zastanawiam sie gdzie moglibyśmy jeszcze pojechać mysle raczej w kategoriach "w jakim kraju jeszcze nie zrobił mi awantury".


      Masz rzeczywisty obraz swojego małżeństwa. Jesteś świadoma jak to realnie wygląda.
      Mając wiedzę na ten temat, dokonujesz świadomego wyboru.
      Wiesz dobrze, że przez 27 lat nie potrafiłaś zmienić swojego męża. Owszem, znalazłaś kilka sposobów by na niego wpłynąć, ale on nadal wykazuje przemoc.
      Zatem co jest dla Ciebie korzystniejsze: spędzać ciekawie czas i być poniżaną, czy organizować sobie samej życie, ale być wolną od przemocy?

      Do tej pory łudziłaś się nadzieją, że jesteś jeszcze w stanie coś w nim zmienić, stąd Twoje wahania.
      Zamiast patrzeć w przyszłość, co może być albo nie być, zacznij oceniać sytuację teraźniejszą, jak jest w danej chwili.
      Tu i teraz Twój mąż wykazuje przemoc i agresję. Czy tu i teraz chcesz tak żyć?
    • aloiw1985 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 17.02.12, 13:07
      Jak sama piszesz macie wspólne pasje, jesteś jego kobieta od 27 lat, piszesz ze już go nie kochasz, choć nie bardzo mi się chce w to wierzyć ./
      Walcz!!! Ja bym walczyła. pokazała mu obrazowo jego matkę i jego samego - połapie się i jeśli nie będzie chciał być nią- a wiadomo ze nie dala mu miłości jakiej potrzebował, będzie nad sobą pracował. Ty musisz mu pomoc stawiaj realne bariery, nie groź rozwodem a później odpuszczaj bo to sensu nie ma. oczekuj szacunku do siebie ale jednocześnie szanuj jego i sama siebie.
      Pobądź z nim jak z człowiekiem, zróbcie razem coś wspólnie, na nowo odkopcie swoje pasje i przypomnijcie sobie co to radość bycia z kimś kogo się zna tak długo- będzie dobrze. Wierze w to i trzymam za Ciebie kciuki
      • marzeka1 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 17.02.12, 13:16
        aloiw1985 napisała:

        > Jak sama piszesz macie wspólne pasje, jesteś jego kobieta od 27 lat, piszesz ze
        > już go nie kochasz, choć nie bardzo mi się chce w to wierzyć ./
        > Walcz!!! Ja bym walczyła. pokazała mu obrazowo jego matkę i jego samego - połap
        > ie się i jeśli nie będzie chciał być nią- a wiadomo ze nie dala mu miłości jaki
        > ej potrzebował, będzie nad sobą pracował. Ty musisz mu pomoc stawiaj realne bar
        > iery, nie groź rozwodem a później odpuszczaj bo to sensu nie ma. oczekuj szacun
        > ku do siebie ale jednocześnie szanuj jego i sama siebie.
        > Pobądź z nim jak z człowiekiem, zróbcie razem coś wspólnie, na nowo odkopcie sw
        > oje pasje i przypomnijcie sobie co to radość bycia z kimś kogo się zna tak dług
        > o- będzie dobrze. Wierze w to i trzymam za Ciebie kciuki

        po prostu padłam , jak czytam te rady.Ona próbuje, walczy- zabrało jej to 27 lat niefajnego życia małżeńskiego. Masz tak duży staż związkowy, by w ogóle sobie wyobrazić, JAK duża to część życia?
        Aha, ona ma z nim pobyć "jak z człowiekiem", ale on już nie musi traktować jej jak człowieka? Bo nie traktuje, traktuje jak psychiczny worek treningowy, na który można wyrzygać swoje frustracje, złość itp.
        Serio, rozumiałabym upór kobiety, gdyby była udupiona ekonomiczną zależnością, wtedy mogłaby sobie pogadać i tyle; ale ona doskonale poradziłaby sobie sama.
        • aloiw1985 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 17.02.12, 16:20
          to padaj dalej,
          nie walczyła przez 27 lat tylko traktowała to małżeństwo tak jak i on- czyli jest wiec jakoś będzie.
          Nie najeżdżam teraz na autorkę wątku
          ale złożenie papierów rozwodowych a potem ich wycofanie to żadna walka/

          Jak sama Autorka pisze - znalazła na niego sposób, kontratak-
          Niestety wina nie leży tylko w nim- tak został wychowany, nie czerpał żadnych innych wzorców.
          Nie doradzam autorce wątku tkwij w tym na zawsze choćby nie wiem co, tylko weź sprawy w swoje ręce, jeśli nie wyjdzie będzie przynajmniej świadoma ze zrobiła coś by było lepiej. A skoro on nie podejmie próby to cóż... pozostaje spakować się i odejść.
    • mama_myszkina Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 17.02.12, 15:15
      Po przeczytaniu Twoich dodatkowych wypowiedzi wnioskuję, że to zachowanie to jest po prostu nieodłączna cecha chrakteru meża, taki choleryzm,który jest integralnie związany z jego charakterem. On tego już nie zmieni, moze to kontrolować. Jeśli bilans zwiazku wypada na plus, idźcie razem do terapeuty, żeby on się nauczył choć kontrolowac te wybuchy a Ty żebyś nauczyła się nimi tak nie przejmować. Chyba mąż powinien zrozumieć, że to jedyna droga,a by ocalić ten związek. Dla niego, jak dla większości choleryków te wybuchy nie mają aż takiego znaczenia jak dla Ciebie i być moze on nie rozumie, że w efekcie małżeństwo wisi na włosku.
    • zuzi.1 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 17.02.12, 18:32
      Nutka-re bardzo Ci współczuję, ale nie podoba mi się jedno, dlaczego ten facet w dalszym ciągu ma na Ciebie wpływ tj. " jak mnie ośmieszy, że nie znam niemieckiego, to ja uczę się niemieckiego, jak powie, że czytam głupie gazety, to je ukrywam, itp." A ja się zapytam a dlaczego tak postępujesz? Jak do Ciebie coś takiego mówi to mu nalezy odpowiedziec tak, żeby mu poszło w stopy, żeby spadał i zajął się swoimi sprawami, a nie Twoimi. Nie szanujesz się i swoich granic, pozwalasz sobą manipulowac. Po co? Krótka odpowiedź wystarczy ale taka, żeby panu w buty poszło na długo. Taki facet powinien czuc do Ciebie respekt, szacunek, powinien się trochę Ciebie bac, tak jak mamusi. Zastosuj jego metody nękania go, jak mu coś nie wychodzi, dowal mu słownie ostro i tak dosyc często, niech nie będzie taki pewny siebie. On się Tobą bawi, a Ty mu na to pozwalasz. Powiedz mu, że od zakładania butów narciarskich an stoku, to masz jego, sama nie musisz się z tym siłowac, podobnie z odkopywaniem samochodu. Facet się na tobie mści za zachowania jego matki w stosunku do niego. Nie wiem, czy robi to świadomie czy nie. Musisz z nim walczyc jego sposobami, tj. ostro raz na jakiś czas mu przywalic słownie, a anastępnie byc miła, podobnie jak on. Swoich granic powinnas przy takim człowieku pilnowac jak drogocennej kolii i każdy przypadek jego niewłaściwego zachowania b. ostro traktowac, opieprz maksymalny. Albo się facet trochę opamięta i przestraszy i zacznie się normalniej zachowywac, albo droga wolna... On szacunek to będzie miał, ale do takiej wiedźmy jaką była/jest jego mamusia. W stosunku do tak łagodnej, miękkiej i niekonsekwentnej osoby jak Ty szacunku miał nie będzie. Pobaw się w jego mamusię i traktuj go z tzw. buta przez jakiś czas i zobacz, czy to przynosi jakiś efekt. Mam nadzieję, że z jego strony jest tylko przemoc emocj. a nie fizyczna?
      • zuzi.1 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 17.02.12, 18:52
        Wydaje mi się, że przemocowca nie da się wyleczyc, są rózne poziomy tej przemocowości, jedne są delikatne, a inne ostre. Pewnie czytałaś wyjaśnienia na niebieskiej linii, może warto byłoby porozmawiac tel. z psychologami tam zatrudnionymi, opowiedziec o swoim związku i zapytac czy jest tu jeszcze jakaś szansa. Ty już b. długo próbujesz go "naprawiac", może robisz to zbyt słabo, niekonsekwentnie, a może przypadek Twojego męża jest po prostu beznadziejny.
      • notting_hill Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 17.02.12, 18:58
        No, pięknie, tylko chciałabym zauważyć, że małżeństwo/związek/rodzina nie powinno być polem walki. Jeśli ktoś tak lubi funkcjonować i takie klimaty obu stronom pasują, to wszystko ok, chociaż zdrowe to z pewnością nie jest. Ale autorka najwyraźniej nie toleruje takich zachowań i nie ma ochoty być taką samą wiedźmą, i ma prawo do spokoju i braku przemocy, choćby tylko słownej.
        • marzeka1 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 17.02.12, 19:07
          " Ale autorka najwyraźniej nie toleruje takich zachowań i nie ma ochoty być taką samą wiedźmą, i ma prawo do spokoju i braku przemocy, choćby tylko słownej. "

          - autorka jak najbardziej to toleruje, skoro znosi 27 lat.
          • notting_hill Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 17.02.12, 19:15
            No, ok, znosi i nic z tym nie robi, prawda. Ale nie musi się jej to podobać. Naturalnie, że proste rozwiązania są najlepsze- nie podoba mi się, mówię o tym, jak nie ma odzewu to działam i robię tak, żeby uzyskać pożądany stan. Raczej niewielu jest w życiu takich klarownie pozbieranych osobników, chociaż pewnie fajnie by było gdyby wszyscy byli.
        • zuzi.1 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 17.02.12, 19:11
          To prawda notting_hill, ale takie zachowania (pole walki/ mają za cel doprowadzenie do zmiany zachowania takiego przemocowca, zależnie od charakteru tego pana taką terapię szokową należałoby przeprowadzic przez jakiś czas, jak długi trudno powiedziec, może przez m-c a może przez 3. Przemocowiec może się trochę zmienic, trzeba go tylko do tego mocno zmotywowac. Pytanie tylko, czy te zmiany w jego zachowaniu, o ile nastąpią w wyniku takiej terapii szokowej będą wystarczające dla autorki wątku. Pytanie też, czy pan nie używa przemocy fizycznej, bo jesli używa, to nie warto ryzykowac, tylko należałoby się z nim rozstac.
          • sebalda Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 17.02.12, 20:03
            Jestem w podobnej sytuacji, ale kilka kroków dalej. Wiem na temat przemocy psychicznej bardzo dużo, przeczytałam kilka książek, przeszłam terapię, męża udało się wysłać na warsztaty radzenia sobie ze złością (dwudniowe tylko). Stosowałam wszystkie sposoby równie długo jak Ty. Ustępowanie, przemilczanie, schodzenie z drogi, tysiące godzin rozmów, tłumaczenia i wysłuchiwania, ostry sprzeciw i kontratak, kłótnie do rana, przeczekiwanie cichych dni, proby stawiania granic, zmiana siebie, organizowanie sobie życia poza związkiem, wyjścia z przyjaciółmi, poznawanie nowych ludzi, próby olewania, wychodzenie w trakcie ataku, zamykanie się w łazience i przeczekiwanie ataku. I wiele innych metod. ŻADNE nie są skuteczne wobec klasycznego przemocowca. Skłonność do przemocy wobec bliskich jest nieuleczalna i nieodwracalna, może przycichnąć na chwilę, by rozgorzeć ze zdwojoną siłą. Próby osobnego życia i emancypacji ofiary wzmagają agresję.
            Powiem coś przykrego: NIE MA SZANSY. Twój mąż jest momentami fajny. Mój momentami jest wspaniały. W okresie miodowego miesiąca jest najbardziej oddanym mężem i ojcem. Ale powinnaś wiedzieć, że po czymś takim jego atak boli jeszcze bardziej.
            Nie piszesz o dzieciach. Macie dzieci?
            Odejście od takiego człowieka po tylu latach jest potwornie trudne, trzeba przekreślić taki kawał życia. Ja jeszcze nie zebrałam sił do takiego kroku, ale jestem na najlepszej drodze. Czasami wstydzę się, że zajmuje mi to tyle czasu, czasami usprawiedliwiam się jak Ty, że to takie trudne, takie bolesne. Ale o ile bardziej bolesne jest tkwienie w takim bagnie? Na własne życzenie? W imię czego? Wyobrażasz sobie być do końca swoich dni z kimś takim. Ja na myśl o tym, mam ochotę krzyczeć. Mam nadzieję, że ta chęć krzyku zaowocuje jak najszybciej konkretnym działaniem.
            Wierz mi, on się nie zmieni. Probowałam wszystkiego, żeby naprawić swój związek, zmieniłam się sama, ale bez jego zmiany to wciąż jest związek kata i ofiary, uzależnionego i współuzależnionej, związek toksyczny i patologiczny. Nie zmienisz tego, choćbyś nie wiem jak chciała. Przykro mi.
            • ada16 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 18.02.12, 14:00
              Sebalda , to był kubeł zimnej wody na głowę
            • nutka_re Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 19.02.12, 00:15
              Jeśli chodzi o przemoc fizyczną to wiele wiele lat temu podczas jakiejś wielkiej kłótni (wcześniej nie wchodziłam w kłótnie - małe dziecko słucha, a tu wieczór bez dziecka, mała u babci) mąż w złości wykręcił mi rękę, zabolało i sam nie wiedział kiedy wielkim lopem przeleciał przez pokój i całym ciężarem rozpłaszczył drewnianą ławę. Ja drobna i szczupła a on rosły męzczyzna, wcześniej hehe, podsmiechujący się ze moich sztuk walki które wcześniej ćwiczyłam. Okazało się, że on "chciał mnie powstrzymać i przytulić" a to ja zareagowałam agresywnie. Więc ustaliłam,że jeszcze raz boleśnie będzie mnie powstrzymywał i przytulał to mogę być bardzo groźna. Córkę uderzył raz. Zereagowałam od razu ustalając, że jeszcze raz to zrobi a wezwę policję.
              Agresja mojego męża jest psychiczna i "domowa". Na zewnątrz to sympatyczny, misowaty spokojny facet. Przy innych nigdy nie zachowuje się agresywnie. jego koleżanka z pracy, z która przyjaźnię się od kilku lat opowiada mi jak on cierpliwie wysłuchuje o jej problemach zdrowotnych, kłopotach z dziecmi i rodziną. I doradza. Normalnie, cud-facet.
              W domu, gdy mu sie ktos nie podoba (mój gość) traktuje go jak powietrze, przy znajomych córki paradował po domu w bieliźnie (jej wstyd). i mówił - robię to bo mi się tak podoba.
              5 lat temu zmarła i z niego jakby uszła agresja, jakby wcześniej ktos trzmał go za gardło. Mówił o rzeczach które w jej zachowaniu go bolały. Mieliśmy dobry rok, wydawało mi się, że coś się zmieniło. Kupilismy nowy dom za oszczędnosci naszego życia, sprzedaliśmy nasze mieszkanie, wyposażyliśmy dom i ... mamy impas. Jak my ten dom sprzedamy? teraz?
              Na szczęście nie sprzedałam mieszkania po mojej babci, dałam go córce, mimo protestów męża. Ona ma 25 lat, Od 3 lat pracuje, rok temu skończyła studia. Od 2 lat mieszka na swoim. Stosunki z ojcem zmieniły jej sie z "wewnętrznych" na "zwenętrzne".
              Ja fizycznie nigdy męża się nie bałam, obawy przed jego reakcjami też juz dawno minęły, ja po prostu nie moge, nie chcę żyć z nieprzyjacielem pod jednym dachem. Po tylu latach ludzie powinni sie choćby lubić a na pewno przyjaźnić, liczyć na siebie, być pewnym swojej pomocy i dobrych intencji. I nie słuchac chamstwa. A mnie nawet nie chce się z nim rozmawiać. Wiem co odpowiedziec by go zabolało, jak go ponizyć jak on poniży mnie, przerabiałam robienie mu "atmosfery jego rodzinnego domu" tylko to nie jest mój styl, nie moje zycie. poniżanie drugiego człowieka uderza w moją własną godność, kontragresja samą mnie obraża. Dlaczego ktos zmusza mnie do zachowań jakie normalnie mnie oburzają?
              Wychowano mnie w przekonaniu, że innym ludziom nalezy robic to czego i od nich oczekujemy i nie robić tego czego byśmy od innych nie chcieli. Dlaczego musze najpierw obrazić drugiego człowieka albo się na niego obrazić i nie odzywać (czyli przemoc na przemoc) by potem w ramach przeprosin ustalić, ze ta druga strona też podziela moje zdanie? Do następnego razu ....
              • nutka_re Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 19.02.12, 14:25
                Ja się nad tym zastanawiam to widzę, jak całę zycie walczę o siebie i jak ten mąż od czasu do czasu tym lopem (w przenośni) przelatuje i ustalam jakies nowe warunki.
                Pamiętam jak na początku zdominował mnie, żądził naszymi pieniędzmi i nawet majtek bez jego zgody nie mogłam kupić, on decydował co mogę - najtańsze oczywiście. Pamiętam jak założył wcześniej zeszyt a potem w Excelu program gdzie wpisywałam wszystkie moje wydatki na opłaty, jedzenie, ubranie, kulturę i kombinowałam by ukryć niektóre. Odgrażał się,że podzilimy pieniądze, on za nic nie będzie płacił. Pamiętam jak w tym programnie dołożył rubryczkę "X"-imię córki i gdy nie potrafił powiedzieć mi co w niej ma być - czy jedzenie, ubranie, ksiązki mają znaleć się pod wcześniej ustalonymi, czy robimy wyliczenie ile kosztuje nas dziecko. Wyzwolił we mnie tyle złości,ze slkasowałam te wszytskie programy, wyrzuciłam wcześniejsze zeszyty, wybrałam sporą cześć pieniędzy kupiłam sobie i córce nowe ubrania. . No i skończyło się zapisywanie wydatków. Pamietam jak decydował na co odkładamy pieniądze - na zagraniczne wycieczki i w domu co rusz wybuchały awantury dlaczego na coś wydałam pieniądze. Pamiętam jak mieliśmy wyjechać na objazdówkę po Ameryce środkowej za duze pieniądze. W tym czasie do szpitala trafił mój ojciec i musiałm wspomóc rodziców pieniędzmi. Mąż urządził mi piekło, że on nie ma zamiaru pomagać moim rodzicom,że oni powinni byli sobie odkładać na taką okoliczność i on grosza nie da i na wycieczkę jedzie. Wybrałam z konta mają połowę i dałam mamie po czym założyłam swoje odzielne konto bankowe. Pamiętam , pamietam, pamiętam .... takie wszystkie "kroki milowe" czyli zmiany bo maż już przegiął. Kiedy po jego awanturach o pieniadze i odgrażanie się, ze oddzielimy kasę wybierałam z konta 2,3,5 tysiecy i wydawałam na ciuchy, ksiązki, CD, kosmetyki. A on przycichał do następnego "odpału". Jedno się kończyło a osaczało mnie następne. A to poprzednie i tak tkwi w głowie. Teraz nie powiedziałby,ze na coś nie da mi pieniądzy, że nie mogę pomóc mamie czy córce ale może robić inne rzeczy. A ja reguję na najmniejsze przejawy jego agresji ...
                Sytuacja sprzed ponad roku .... siedzę w salonie i oglądam film. Przede mną na ławie leży jego laptop. W domu nie mamy TP SA, internet radiowy, rozmowy z mającymi telefony stacjonarne przez Skype'a. Często dzwonimi do jego starej, mieszkającej samotnie cioci, która bardzo źle słyszy. On podchodzi do mnie i agresywnym tonem mówi "idź stąd, bo chcę zadzwonić". Już wiem co się zaczyna, więc sopkojnie (jak tylko mogę) mówię, że oglądam film i jeśli chce zadzwonić to moze skrzystać z mojego komputera na górze. On siada w fotelu naprzeciw, przesuwa laptop, i dzwoni do cioci. No i krzyczy, bo przecież ciocia nie słyszy. Ja biorę pilot i pogłaśniam TV. On wrzeszczy do mnie "ścisz to", więc biorę pilot od N-ki i pogłaśniam jeszcze mocniej. Pokój dudni. On krzyczy "ścisz !!!!" a ja krzyczę "oglądam!!!!!!!". On zabiera swój laptop i idzie na górę "rozmawiać" z ciocią. Rozmowę słychać nawet na dole. oczywiście, bo ciocia źle słyszy. W co drugim zdaniu słyszę "nie krzyczę na ciebie ciociu, tylko głośno mówię, bo ty nie słyszysz". Kończy się film, wyłączam TV, zamykam się w łazience z książką w wannie. Po półgodzinie on się dobija. Za drzwi robi mi awanturę, ze mam drugi telewizor na górze i jak on chce porozmawiać to mogę oglądać na górze. Nie odzywam się. Po godzinie gdy wychodzę, on koniecznie chce ze mną rozmawiać i tłumaczyć mi,ze to ja spowodowałam to spięcie ale właściwie nic się nie stało. Gdy dalej go ignoruje bez słowa mówi "przepraszam, nie będziemy się przeciez gniewać o bzdury". Ustaliłam,że ma iść do psychologa, powiedział,ze sam sobie poradzi i będzi się starał i już tak nie postąpi. A potem te buty, a następnie ta zaspa. W międzyczasie jeszcze awantura o to jaka ja głupia matka jestem bo podwiozłam walizki do córki (słyszałam, że "wszystko do niej wywożę", a zawiozłam 3 z kilkunastu zalegających strych,bo córka wyjeżdżą na miesiąc i nie wie do której się spakuje. Potem przeprosił uzupełnił że w ogóle chodziło mu o to,ze to córka powinna do nas w charakterze prośbity a nie ja na każde jej gwizdnięcie. A mnie wydwało sie,ze mówię do niego infromację neutralną.
                Nie ma neutralnych informacji.
                • zuzi.1 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 19.02.12, 17:36
                  OJP, współczuję Ci jeszcze raz, silna babka z Ciebie jest, kobieto powiedz mu prosto z mostu SPIEPRZAJ DZIADU z mojego życia, bo mam cię dosc...Nie no, ja bym mu powiedziała, że jeszcze jedno takie zachowanie i składam sprawę o rozwód. I tym razem nie zamierzam już papierów wycofywac z sądu. Facet jest chory na umyśle, zapewne ta przypadłosc przeszła mu po mamusi. Dziecko masz już dorosłe, na co czekasz? Faktycznie, to jak mieszkanie z szurniętym na umyśle wrogiem pod jednym dachem. Koszmar. Kurcze, masz szansę jeszcze na poznanie kogoś normalnego. Ja szczerze powiedziawszy wolałabym byc nawet sama, a nie w związku z takim wariatem...
                • squirrel9 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 19.02.12, 23:39
                  Pewnie takiego bym otruła. To byłoby humanitarene, niech sie łoś nie męczy.
                • urquhart wspólne ustalenia, a wkurw rzekomo wrednego męża 20.02.12, 07:06
                  nutka_re napisała:
                  > Pamiętam jak mieliśmy wyjechać n
                  > a objazdówkę po Ameryce środkowej za duze pieniądze. (...)
                  > że on nie ma zamiaru pomagać moim rodzicom,że oni powinni byli sobie odkładać
                  > na taką okoliczność i on grosza nie da i na wycieczkę jedzie. Wybrałam z konta
                  > mają połowę i dałam mamie po czym założyłam swoje odzielne konto bankowe. Pamię
                  > tam , pamietam, pamiętam .... takie wszystkie "kroki milowe" czyli zmiany bo ma
                  > ż już przegiął. Kiedy po jego awanturach o pieniadze i odgrażanie się, ze oddzi
                  > elimy kasę wybierałam z konta 2,3,5 tysiecy i wydawałam na ciuchy, ksiązki, CD,
                  > kosmetyki. A on przycichał do następnego "odpału".

                  Dziwi mnie tak bezrefleksyjny przykład braku dostrzegania własnego wkładu w rozkład związku jak ten Nutki.
                  Zgadzasz się że mieliście razem wyjechać na objazdówkę, ale to on wrednie pilnował odkładania pieniędzy, a ty się wyzwalałaś z pod tej kontroli kupując ciuchy i CD??? Co za Hipokryzja.

                  Dla mnie nutka wchodzi w ustalenia, po czym zrywa pokazując facetowi jak mało jego zdanie znaczy i że go nie szanuje i pomiata pod hasłem że che ją zdominować. On stawia sobie jakąś finansową samodyscyplinę (nie rozpuszcza pieniędzy) i oczekuje od niej podobnego zachowania w imię jakiś dalekosiężnych Wspólnych celów. Ma jakieś marzenia które chce zrealizować z Żoną, jemu wydaje sie że uzgodnione, nie sam, a ona rozprasza energię i zasoby owego zwiazku na dziecko, swoich rodziców, inne oddzielne przyjemności i wspólne ustalenia mając gdzieś.
                  Klasyka.
                  Też bym się nieźle wku...ł.
                  • zuzi.1 Re: wspólne ustalenia, a wkurw rzekomo wrednego m 20.02.12, 11:16
                    Tak, a długo planowany wyjazd do Ameryki środkowej i brak pomocy fin. potrzebującym rodzicom, gdy są w prawdziwej potrzebie z uwagi na poważne problemy zdrowotne, byłby jak najbardziej ok Twoim zdaniem urquart, jak widac niektórzy nieco inaczej rozumieją kwestię człowieczeństwa, dla niektórych empatia, życzliwośc i więzy rodzinne to tylko czcze gadanie...
                    Ten mąż nutki to niezły kawał GNOJA jest i nic go nie usprawiedliwia. Kawał gada.
                    • urquhart Re: wspólne ustalenia, a wkurw rzekomo wrednego m 20.02.12, 11:38
                      zuzi.1 napisała:

                      > Tak, a długo planowany wyjazd do Ameryki środkowej i brak pomocy fin. potrzebuj
                      > ącym rodzicom, gdy są w prawdziwej potrzebie z uwagi na poważne problemy zdrowo
                      > tne, byłby jak najbardziej ok Twoim zdaniem urquart,

                      A kupowanie ciuchów i CD?
                      To jedynie jeden wieloznaczny przykład.
                      Nie wiem na ile Pan to gad i zły człowiek, a na ile nutka prowokuje brakiem szacunku, ale po tonie konfrontacyjnym wypowiedzi wcale nie jest to dla mnie oczywiste. Dla mnie nutka forsuje swoje zdanie metodą faktów dokonanych, widać brak chęci kompromisu i wynegocjowania drogi po środku i jednocześnie utyskuje się że tak potraktowana osoba reaguje agresywnie.

                      Powinien się przecież podporządkować bo to Ona ma racje i wie lepiej, nie?
                      • zuzi.1 Re: wspólne ustalenia, a wkurw rzekomo wrednego m 20.02.12, 14:18
                        Chyba jednak urquart niewiele zrozumiałes z tego co nutkare napisała, Ty widzisz brak chęci pójścia na kompromis, a ja widzę MARNE ŻYCIE z szurniętym przemocowcem. Dziwię się nutcere, że tyle czasu poświeciła na takie dziwne życie z tym dziwnym panem.
                      • nutka_re Re: wspólne ustalenia, a wkurw rzekomo wrednego m 20.02.12, 17:34
                        Nie piszę o tym,że biorę pieniądze które z pewnym finansowym wysiłkiem odkłdamy na marzenia. Obydwoje zarabialiśmy tyle,że bez akcji "odkładania" ,mogliśmy pojechać na wycieczkę, nawet pięć w roku. Ale takie ustalanie odkładania kończyło sie awanturami o wydane pieniądze na cokolwiek - Jesli to były moje ksiązki, moje ubrania, krem(niedrogi) to odpuszczałam. Ale dochodziło do tego,że awantura odbywała się o niekoniecznośc kupienia butów dla córki. No cóż, ze poprzednie za małe, powinna jakoś obchodzić zimę !!! Możemy zrezygnować z jej angielskiego, chce niech się uczy sama !!! Oszczędności dotyczyły nas, nie jego. Jego tona słodyczy była obowiązkowa . z basenu, siłowni zrezygnowac nie mógł. przy takiej ilości słodyczy gdzieś to trzeba gubić.
                        A nam potrafił urządzić awanturę o za duzo zjedzonej wędliny (przecież oszczędzamy). Kilka takich "akcji" nauczyło mnie barć kasę i robić zakupy. Tak na złość, przemoc przemocą. Zrezygnował w końcu z akcji oszczędzania. Rozmowy nic nie dawały.
                        Teraz myślę,że próbował coś kontrolować, nie wiem co.
                        Jak to piszę, to sama jestem przerażona.
                        • squirrel9 Re: wspólne ustalenia, a wkurw rzekomo wrednego m 20.02.12, 21:40
                          O bosze, nic nie zrobisz. Przemocowiec to przemocowiec. Może gdyby udało się go posłać do jakiegos psychiatry od przemocy jak alkoholika do fachowca od uzaleznień i on sam poszedłyby tam jak ten upadły alkoholik, to byłby cień nadziei. Obawiam się jednak,że już jest za późno. Dałaś się wciągnąć w przmocowe zycie. Głowę daję,że twój facet uważa wasze małżeństwo za szczęsliwe i jest przekonany, że on jest świetnym mężem i ojcem.
                          Mam przemocowego brata. Jego pierwsza żona, też taka sama silna kobieta dawała sobie radę aż zrezygnowała z dawania sobie rady na rzecz normalnego życia. Mój brat uważa do dziś,że ona i my wszyscy jestesmy winni temu,że takie dobre małżeństwo się rozpadło bo wpieprzelismy się w jego rodzinę. A poza tym on ma dowody,ze ona kogos już miała. No jasne, winni są inni. Z drugą, którą ostrzegalismy posżło szybko. Oczywiście, winni byliśmy my bo ją źle do niego nastawiliśmy. A poza tym on wie,że ona kogos miała. Po kolejnych przemocowych zawiązkach trafił na taką która w awanturze połamała mu ręce co potwierdziło jego przekonanie,że kobiety to suki. Patrzę na niego i widzę zero refleksji, ani śladu powiązywania skutków własnych działań z tymi działaniami, 100% przekonanie o tym,ze on jest ok a inni (inne) są źli.
                          Moim zdaniem humanitarnie byłoby takiego uśpić, niech się nie męczy i nie męczy innych.
                          Może zadzwoń na niebieską linię porozmawiaj z jakimś fachowcem i on ci powie jak i czy w ogóle jest sens stawiać takiemu jakies warunki.
                          • zuzi.1 Re: wspólne ustalenia, a wkurw rzekomo wrednego m 20.02.12, 22:03
                            Squirell, a zastanawiałaś się nad tym dlaczego Twój brat jest przemocowcem, a Ty nie, skoro pochodzicie z jednej rodziny. Ciekawa jestem Twoich przemyśleń.
                            • squirrel9 Re: wspólne ustalenia, a wkurw rzekomo wrednego m 20.02.12, 23:34
                              Tak, ja wiem. On jest w rzeczywistości moim starszym kuzynem. Miał 11 lat gdy po śmierci cioci moi rodzice adpotowali go, by jego ojciec, który miał odebrane prawa rodzicielskie nie upomniał się o syna. Pochodzi z przemocowej rodziny, gdzie ojciec pił i bił. Moi rodzice byli przekonani, że to się da wyrównać, zawsze uwazali go za pokrzywdzonego przez życie. Na pewno to prawda. Ale z drugiej strony przez wiele lat żył z nami w normalnym domu, gdzie ludzie się szanowali, pomagali sobie. Zawsze mówię o nim "brat". Na pewno były incydenty które zdradzały jego przeszłość i charakter ale nigdy nikomu z nas nie przyszłoby do głowy, że będzie facetem z ogromną pogardą dla dla słabszych, szczególnie kobiet. A głównie to w nim widzę. Kontakty z nim są w pewien sposób przemocowe i dla nas też (mam jeszcze dwóch starszych braci), bo nie mówimy mu,że on jest ok.
                              • zuzi.1 Re: wspólne ustalenia, a wkurw rzekomo wrednego m 21.02.12, 00:06
                                No właśnie skąd ta pogarda dla słabszych, szczególnie kobiet, gdy lał go ojciec, to ciekawe...
                                • squirrel9 Re: wspólne ustalenia, a wkurw rzekomo wrednego m 21.02.12, 00:46
                                  Obawiam się, że ojciec lał i jego i jego matkę. I mimo rozwodu i odebrania praw rodzicielskich (wiem o drastycznych rzeczach) , ciocia mieszkała z tym tłukącym ich sukinsynem. Chyba raczej nieciekawe ....
                                  Moim zdaniem on tą przemoc wobec siebie i matki powinien był przepracować z psychologiem od przemocy. I być może moi rodzice winni byli to przewidzieć a oni uważali,że dobrym przykładem go nauczą.
                                  • zuzi.1 Re: wspólne ustalenia, a wkurw rzekomo wrednego m 21.02.12, 01:03
                                    No tak, masz rację, kogoś, komu przetrącono kręgosłup, nie da się nauczyc dobrym przykładem. Szkoda, że nie byli świadomi, że psycholog w takim przypadku i terapia to koniecznosc.
                                  • squirrel9 PS 21.02.12, 01:05
                                    Uważam, że na przemocowe zachowania nalezy reagować od razu zanim człowiek je stosujący wobec nas wpadnie w recydywę i we własnej głowe ułozy sobie je jako coś normalnego. Utrwalone własne przemocowe zachowania przestają byc przez siebie postrzegane jako przemocowe. Tak widzę z obserwacji mojego brata.
                                    Dlatego uwazam, że nutka niewiele już zdziała. Jej mąż zaserwował jej tyle przemocy, że pewnie agresywne własne zachowania nie uważa za przemocowe. Jej przemoc na jego przemoc (choćby tylko bierna) jakby potwierdzała mu to,że wszyscy tak postepują. A on jest dobry bo jak trzeba to ustępuje. W niej siedzi cała jego przemoc a on uważa,że od czasu do czasu się pokółcą.
                                    Gorzej będzie, gdy ona będzie porzebowała jego rzeczywistej pomocy. A on juz nie będzie obawiał się,że ona wyjdzie i zamknie się w łazience. I co wtedy?
    • kropeczka455 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 18.02.12, 21:45
      nutka_re napisała:

      >Mam 52 lata, od 27 lat jestem żoną przemocowca.
      Od tylu lat bawisz sie w siostre milosierdzia wobec swego męża. Pogoń drania zycie za krótko trwa aby meczyć sie z kretynem.
      Dobra matka nie pozwala by jej dzieci wychowywały sie w patologicznej rodzinie. Dzieci nie miały wyboru musiały w takim bagnie sie wychowywać.
      Najprawdopodobniej przeniosa wzorce i zachowania w swoje dorosłe zycie. I to dopiero bedzie dramat!!!
    • gdziekolwiek1 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 19.02.12, 19:36
      Nutko oczekujesz chyba społecznego przyzwolenia na wyzwolenie się z takiego układu. Myślę tak, ponieważ Twoja historia to kopia mojego 20-letniego małżeństwa.
      W związku z powyższym ja od siebie udzielam Ci przyzwolenia na pokierowanie SWOIM życiem, bo do tej pory , wiem to , żyłaś życiem innych. Zrób to , zrób kochana i nie oglądaj się na nikogo. Trzymam kciuki za Ciebie ale i za siebie(potrafię już być egoistką :)) Żyj dla siebie.
      Pozdrawiam ciepło
    • woda_woda Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 20.02.12, 12:02
      Nie ma ani szansy, ani sensu.

      Po co mieszkać pod jednym dachem z kimś, kogo się (z wzajemnością) nie lubi, jeśli nie jest to z jakichś powodów konieczne?
    • waszahanusia Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 21.02.12, 20:32
      Przepraszam ze na Ty :) Jestes 10 lat młodsza od mojej mamy. Jako dziecko i ktos kto posrednio zył w podobnym domu, uwazam ze powinnac sie rozstac. Przemeczysz sie pol roku (jesli go kochasz, choc mysle ze tu bardziej przyzywyczasjenie, przywiazanie i strach ze teraz wszystko bedzie inaczej) Zobaczysz jak odzyjesz, bedziesz robic co bedziesz chciała, nikt nie bedzie Cie obrazał, ublizał, smucił, beształ z błotem. Bedziesz Pania swojego domu i swojego zycia. Powodzenia!!!!!
    • agnieszka_iwaszkiewicz Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 24.02.12, 01:41
      Gdybym miała odpowiedzieć na tytułowe pytanie po przeczytaniu większości Pani wypowiedzi, powiedziałbym: nie ma szansy i nie ma sensu.
      Po pierwsze dlatego, że oczekuje Pani zmiany od męża. A on nie ma ku temu motywacji. Z Pani opisu wynika, że mąż jest przywiązany do swoich przekonań na temat Pani i reszty świata. Po co mu zmiana w takiej sytuacji ?
      Po drugie, i chyba ważniejsze, Pani bardzo zdewaluowała męża. Nie chcę tym stwierdzeniem pomniejszyć czy też niedowierzyć w jego agresywne zachowania, bo być może ta dewaluacja właśnie z tego wynika. Ale Pani ma już bardzo konkretne myśli i sądy na temat męża. Obawiam się, że nie są one do modyfikacji. Przez wiele lat utwierdzała się Pani w swoich sądach o nim . Tych pozytywnych i tych negatywnych.
      Po trzecie, i nie mniej ważne, mąż nie ma także o Pani dobrego mniemania. Jego agresja ma nie tylko źródło w przeszłych doświadczeniach z toksyczną matką, ale też w jego światopoglądzie, wartościach, i zdaniu na Pani temat jako kobiety.
      Po czwarte, może być i tak, że ten permanentny stan napięcia między Wami, jest esencją związku, dlatego trudno zrezygnować z wzajemnych utarczek i konfrontacji. Zawsze każde z Was może przeżywać przewagę i triumf nad tym drugim.
      Powinna Pani porozmyślać na ten temat, bo po 27 latach małżeństwa rozstanie jest tylko jednym z rozwiązań. Niekoniecznie tym najlepszym, choć pozornie takie wydaje się najrozsądniejsze. Agnieszka Iwaszkiewicz

      Agnieszka Iwaszkiewicz


      • nutka_re Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 26.02.12, 20:07
        Dziękuję za odpowiedź. Spodziewałam się troszkę więcej … stwierdzenia na temat konkretnych myśli i sądów to taki pleonazm, bo właśnie „na gorąco” je wyrażam i to widać. Wyrzuciłam z siebie żal i rozczarowanie bo dopadło mnie jakby ze zdwojoną mocą. Nieprawdą jest, że miałam niezmienialne przekonania o mężu. Dwa fajne lata (mimo może dlatego – zakupu domu w surowym stanie i wyposażaniu go), bez kłótni, zaczepek z jego strony i awantur o kompletnie bzdurne sprawy, przekonały mnie, że możemy być fajnym małżeństwem. I po tych dwóch latach nagle wpadają do mnie znajomi na rowerach a mój mąż zachowuje się w stosunku do nich niegrzecznie, jak do intruzów. Na moje pytanie dlaczego to zrobił pada odpowiedź, że wolno mu bo jest u siebie. Po przemyśleniu mówi mi, ze mogę ich zaprosić. Przedszkolak? Niezrównoważony? Już takie zachowanie przerabialiśmy, mam znajomych, którzy po takich wstawkach więcej się u mnie nie pokazali.
        Co powinnam w takich sytuacjach robić by nie utrwalać jego złego mniemania o mnie jako kobiecie a moich o nim jako przemocowcu?
        Bo on, oczywiście deklaratywnie chciałby mieć żonę cichą spokojną i subtelną, chuchającą na ognisko domowe, problem w tym, ze takich kobiet nie szanuje, o takich wyraża się z pogardą. A o jakich nie? To pytanie ... zawsze można o przeciwnych ...
        Może dobrze byłoby dać konkretne rady na konkretne sytuacje … Co powinna zrobić kobieta, gdy od miesiąca wie ona i jej mąż, że ona wyjeżdża na tygodniowe ważne zawodowo szkolenie a w przeddzień tego wyjazdu, w niedzielny wieczór jej mąż pyta co zamierza zrobic z ich 7-letnim dzieckiem? Bo on nie ma zamiaru zajmować się dzieciem – z uwagą, że każda dobra matka zajmuje się swoim dzieckiem. Powinna:
        a) zrezygnować z kursu
        b) odwieźć dziecko do swojej matki
        c) błagać męża by jednak zajął się dzieckiem (chodzącym już do szkoły)
        d) wyjechać zostawiając mężowi problem na głowie ?
        Do tego dodac muszę (2 moje takie historie pokazały) , ze po pół roku w przypadku a) usłyszy,że jest mało ambitna i uczyć się jej niczego nie chce jak każdej babie która urodzi dziecko i to cały jej wyczyn, a w przypadku b), że co z niej za matka, że szanująca się kobieta i matka dziecka jak kukułka nie podrzuca byle gdzie.
        Może ktoś odpowie jak powinna zachowywac się kobieta by nie było to przemocowe, było ambitne i macierzyńskie. No i by nie utrwalało złych przekonań być może wyniesionych od matki a żonie jako kobiecie. Jak rozmawiać z człowiekiem który mówi „nie będę z tobą niczego ustalał bo nie muszę”? I to tak ni stąd ni z owąd, było dobrze ale już nie musi.
        Jest jeszcze jedna sprawa, która chyba tą czarę goryczy przelała. Mój mąz ma ciotkę, ponad 80-letnią siostrę swojej matki (pisałam o niej wyżej), która od 2 lat musimy się opiekować bo porusza się z trudem (komplikacje z biodrem po upadku), mocno niedosłyszy i ma sporo kłopotów ze zdrowiem. Na moich oczach widzę zmiany zachowania mojego męża a jej siostrzeńca w stosunku do niej – jest agresywny, wrzeszczy na nią z byle powodu i bywa,że ją obraża. Na moje uwagi mówi, ze musi bo ciotka nie rozumie co się do niej mówi jak mówi spokojnie. Jeszcze niedawno sprawna kobieta, do której nigdy by się tak nie odezwał zrobiła się bezradna. Dla każdego normalnego człowieka bezradność bliskich budzi odruch pomocy, u mojego męża bezradność ciotki budzi złe uczucia. Pomaga jej dużo ale we własnych oczach (i mózgu) usprawiedliwia to jego chamstwo. Nie musi być grzeczny to nie jest. Odbieram telefon od cioci i słyszę prośbę bym to ja pojechała z nią na badania. I pyta dlaczego jest siostrzeniec zachowuje się tak wobec niej i czy to przypadkiem nie ja go nastawiam przeciwko niej (!!!)
        Czy, by mój mąż nie utrwalał sobie złego pojęcia o swojej ciotce jako człowieku co powinnam jej poradzić: ?
        a) dopóki jest sprawna znaleźć sobie dobry dom opieki, zapłacić obcym
        b) ustalić, że jeszcze jeden raz podniesie głos lub odezwie się niegrzecznie to ona nie zapisze mu obiecanej kawalerki w której mieszka
        c) znosić to z pokorą, w końcu to jej rodzina i lepiej nie będzie nigdzie ?
        Mam mamę trochę młodszą od ciotki, nie chciałabym dla niej takiej opieki, nawet pomocy w opiece. Dla siebie też nie.
        Mąż, niestety robi wszystko, by … co? Nie nudzić się? Mieć poczucie władzy? Już mnie to jakoś mało interesuje.

        Ja już podjęłam decyzję, daję mu czas, pół roku na terapię. Jeśli specjalista od przemocy do którego pójdzie, pod koniec sierpnia nie powie mi, że mój maż rozumie co się dzieje i chce to zmienić, to 3 września składam podanie o rozwód. I jeśli jeszcze raz usłyszę, że wrzeszczał lub obrażał ciotkę – umowa wygasa. Zastanawiam się, czy na ten czas powinnam się wyprowadzić z domu czy prowadzić pozory normalnego życia… Ja mam, niestety przekonanie, że to się nie uda, że to czas na ogarnięcie spraw ze sprzedażą domu.
        Wiem, że mąż mnie kocha … na swój sposób. Tylko, że mnie ten sposób jakoś nie odpowiada. Ani nie potrzebuję stanów napięciowych ani nie mam poczucia przewagi. Mam wrażenie, ze dałam się w to wkręcić licząc na dobrą wolę i uczucie. Tak samo liczyłam kiedyś na to, że nieprzyjazna teściowa jak mnie pozna to będzie dobrze. Dobrze okazało się dopiero wtedy gdy na jej niegrzeczności odpowiadałam lub zachowywałam się równie niegrzecznie. Nawet wyprzedzające niegrzeczności bywały wskazane. Stąd rozumiałam skąd ma to mąż. Nadal rozumiem ale nie chcę już w tym brać udziału.
        Pozdrawiam

    • rycerzowa Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 26.02.12, 20:42
      Nutko, ale jak sama piszesz, dopiero w pewnej chwili NAGLE zrozumiałaś, że masz za męża przemocowca. Przez pierwsze 20 lat tego nie widziałaś?
      Nie przeszkadzało ci to?
      Widziałaś, ale kochaliście się, byliście młodzi.
      To staje się już nudne, gdy małżonkowie po latach wspólnego życia nagle zaczynają widzieć wszystkie swoje wady, czasem wyimaginowane ale najczęściej realne.
      Ludzie w tym wieku już się nie zmienią.

      Czy ma sens rozstanie?
      Bardziej prawdopodobny jest inny scenariusz, też nudny i powtarzalny: któreś z was ciężko zachoruje, bo jesteście po pięćdziesiątce. I nagle wszystko złe przestaje być ważne.
      Powiem więcej - rzadko która wdowa pamięta, jakim przemocowcem był mąż.
      Przynajmniej żadna z tych, które znam.
      • tully.makker no nie wtrzymalam 26.02.12, 21:14
        Po piecdziesiatce to faktycznie juz tylko miare na trumne zdejmowac...


        Przed Nutka jeszcze ze 30 - 40 lat zycia, po co ma ie marnowac?
        • rycerzowa Re: no nie wtrzymalam 26.02.12, 21:27
          Tully, a kto jej każe marnować?
          Ja tylko przewiduję najbardziej prawdopodobny, znany z życia scenariusz.

          I zastanawia mnie , dlaczego nie widziały gały co brały.
          Wzrok, to widocznie jest zmysł, który dopiero z wiekiem się na dobre wyostrza.
          • sanciasancia Re: no nie wtrzymalam 26.02.12, 21:54
            > I zastanawia mnie , dlaczego nie widziały gały co brały.
            Z wiekiem się charakteropatia mężowi pogłebiła, a żonie motylki z brzucha dawno wyparowały i klapki z oczu spadły.
          • annb Re: no nie wtrzymalam 27.02.12, 08:35
            Wyrażenie-widziały gały co brały jest wg mnie najpodlejszą rzeczą jaką można powiedziec osobie tkwiącej w związku z przemocowcem.
          • aandzia43 Re: no nie wtrzymalam 27.02.12, 20:32
            > I zastanawia mnie , dlaczego nie widziały gały co brały.
            > Wzrok, to widocznie jest zmysł, który dopiero z wiekiem się na dobre wyostrza.

            Tak, wzrok się z wiekeim wyostrza, a konkretnie: człowiek (choć nie każdy) dojrzewa. Poznaje siebie, swoje potrzeby, uniezależnia się od okruchów z pańskiego stołu, od ochłapów rzucanych przez ludzi, którzy ochłap, owszem, rzucą, ale jeszcze więcej sobie odbiorą. Jak człowiek dojrzeje, to nie leci jak mucha do miodu na każdy przyjazny gest, nie merda ogonkiem na skinienie ręki - człowiek się ceni. Motyle w brzuchu przestają się kotłować już w pierwszych latach małżeństwa. Autorka postu przejrzała na oczy po dwudziestu - twoja teoria o motylach jako przyczynie trwania w chorych związkach jest co najmniej niemądra. Nie będę prorokiem i odkrywcą Ameryki, jeśli napiszę, że przyczyny wchodzenia i pozostawania w takich niezdrowych relacjach to brak własnego zdrowia. Ale ludzie często zdrowieją, tzn. dojrzewają, zaś druga strona nie bardzo. I wtedy dla podtrzymania świeżo odzyskanego zdrowia psychicznego strona ozdrowiona powinna się rozstać. Brednie o kobietach napierdzielanych i poniżanych, które następnie gładko wskoczyły w role zbolałych wdów dotkniętych amnezją możesz sobie wsadzić w buty - nie wątpię, że stwory o tak zdegenerowanej duchowej i moralnej kondycji istnieją, ale wejście w tak podłą rolę to ostatnie, czego bym życzyła komukolwiek.
            Jeśli zaś chodzi ci o wybaczenie, grubą kreskę i nowe szanse, to owszem, one jak najbardziej mogą mieć miejsce. Warunkiem jest jednak POKUTA. Pokuta czyli żal za grzechy i próby zadośćuczynienia. Ażeby odczuć żal za grzechy trzeba mieć w mózgu struktury umożliwiające zaistnienie pewnych procesów umysłowych. Jak sobie wyobrażasz żal za grzechy u kogoś, kto ma w głowie sieczkę, która to sieczka uniemożliwia mu dokonanie wglądu w siebie na poziomie chociażby dziesięciolatka?
            Pisząc "widziały gały co brały" chcesz za wszelką cenę zatrzymać bieg rzeczy, przemiany zachodzące w jednostkach, dojrzewanie, zdrowienie, wzrastanie? Nie lubisz, jak komuś zaczyna się dziać lepiej w głowie i w życiu, niż działo się do tej pory? Nie lubisz wyciągania trupów z szafy, bo sama musiałabyś wyciągnąć swojego? Byle zagnać do swego bagna?
      • swinka-morska Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 27.02.12, 10:41
        > Powiem więcej - rzadko która wdowa pamięta, jakim przemocowcem był mąż.

        Nutka, musisz postarać się zostać wdową.
        Wtedy i problem się rozwiąże, i wspomnienia może pamięć litościwie zatrze.
        • zuzi.1 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 27.02.12, 12:09
          Nutka re rób to, co uważasz za słuszne. To Twoje życie i to Ty masz byc szczęśliwa, powodzenia !!!! Nie ważne co sądzą na ten temat inni, ważne co Ty sądzisz...Na początek można zacząc od separacji i rozdzielności majątkowej. Na rozwód zawsze jest czas.
      • squirrel9 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 29.02.12, 02:24
        Super, kobieta pisze na podstawie stosunku jej męża do opiekowanej się przez nich starej ciotki,że z takim psa by nie zostawiła a ty jej snujesz opowieści dziwnej treści o troskiliwym w chorobie przemocowym męzu.
        To raczej scenariusz na horror.
    • rycerzowa Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 27.02.12, 13:31
      sanciasancia napisała:

      > > I zastanawia mnie , dlaczego nie widziały gały co brały.
      > Z wiekiem się charakteropatia mężowi pogłebiła, a żonie motylki z brzucha dawno
      > wyparowały i klapki z oczu spadły.

      No właśnie mi się wydaje, że to jest kwestia "motylków".
      Są motylki - to kobiety lubią brutali i nawet nazywają ich słodkimi.
      A mężczyźni kochają zołzy.
      Motylki odlatują - klapki z oczu spadają.

      A jedną z najbardziej nieetycznych rzeczy, jaką może człowiek zrobić, to zafundować swoim dzieciom rodzica-przemocowca, podczas gdy widziały gały...
      A jak nie widziały, to szybko przejrzały.
      • aandzia43 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 27.02.12, 20:40
        > No właśnie mi się wydaje, że to jest kwestia "motylków".
        > Są motylki - to kobiety lubią brutali i nawet nazywają ich słodkimi.
        > A mężczyźni kochają zołzy.
        > Motylki odlatują - klapki z oczu spadają.

        Nie odróżniasz "słodkiego brutala" czyli normalnego osobowościowo, atrakcyjnego seksualnie faceta z lekkim rysem macho od zaburzonego przemocowca? Nie odróżniasz normalnej, świadomej swojej seksualności kobiety z feblikiem do silnych facetów od ofiary przemocy? Ile masz lat, kobieto? Moja córka i większość jej koleżanek nie wygłosiłyby takiego tekstu nawet w wieku 16 lat.
        • triss_merigold6 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 27.02.12, 20:43
          Ja lubię macho takich z Twojej wersji. Lubię męskie szowinistyczne świnie. I naprawdę macho nie jest tożsamy z przemocowcem i manipulantem.
          • aandzia43 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 27.02.12, 20:56
            Och Triss, ja też lubię :-) Majtki mi same spadają przez głowę. Ale ja nie mam skłonności do przemocowców! I każda babka, co lubi mocnych facetów ale lania ani poniewierania nigdy nie zaznała, dobrze wyczuwa po kilku zdaniach rozmowy i kilku gestach z kim ma do czynienia. Z silnym facetem czy z przemocowcem. A wiedza ta ma podstawy w świadomosci, że te dwa typy facetów to są kompletnie odmienne światy. A jeszcze głebiej: w świadomości, że przejawiający w swoim zachowaniu dozę zdecydowania, szorstkości i energii mężczyźni w ogóle rożnią się między sobą ;-P
      • aandzia43 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 27.02.12, 20:46
        > A jedną z najbardziej nieetycznych rzeczy, jaką może człowiek zrobić, to zafun
        > dować swoim dzieciom rodzica-przemocowca, podczas gdy widziały gały...
        > A jak nie widziały, to szybko przejrzały.

        To mnie zastanowiło. To brzmi jak oskarżenie np. matki o podtrzymywanie rodziny (z niejakim upodobaniem, jak podejrzewać można), w której ma miejsce znęcanie się ojca nad dziećmi. W każdym razie jak oskarżenie ofiary przemocy o to, że nie walczyła nie tylko o siebie, ale i o istoty jeszcze bardziej bezbronne niż ona. Najczęściej dzieci. I że niby co? Za karę za zmarnowane dzieciństwo dzieci mamusia ma pokutować z tatusiem do śmierci? Acha, tak to sobie wymyśliłaś?
        • rycerzowa Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 27.02.12, 20:57
          aandzia43 napisała:


          > Acha, tak to sobie wymyśliłaś?

          Wymyśliłam sobie, że się za przemocowca za mąż nie wychodzi, a jeśli się już ten błąd popełniło, to się go rzuca od razu, gdy tylko się okazuje przemocowcem, zamiast mieć pretensje nie wiadomo do kogo po 27 latach, gdy się życie dzieciom zmarnowało.
          Czy to jasne?
          • verdana Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 27.02.12, 21:12
            Nie rozumiesz w ogóle fenomeny przemocowca - pomylilo Ci się z brutalem i damskim bokserem.
            Kobieta, która wyszła za mąż za takiego faceta, na ogół przez wiele lat jest przekonana, ze ma w domu troskliwego, sympatycznego, zaradnego faceta, który troszczy sie o nia i dzieci, jest uroczy i sympatyczny - a co pewien czas wybucha - bo musi. Bo ona zrobila coś naprawdę głupiego, bo on się stara, a ona znowu wszystko popsuła, bo on jest inteligentny i tylko dzięki niemu wszyscy mają dom, a ona może najwyzej coś zepsuć i gdyby jego nie było, to świat by się zawalił.
            To nie ejst przypadek pijanego faceta, lejącego zonę, bo zupa byla za słona. To przypadek uroczego zawzwyczaj faceta, któremu udało się wmówić zonie, ze bez niego nie jest nic warta i ze przesolenie zupy to nie przypadek, a bezmyslne marnowanie ciężko zarobionych pieniedzy. Po awanturze (bez przemocy fizycznej) o za słoną zupę taka kobieta jest przekonana, ze maż naprawde ma rację, a pieklo robi z troski o rodzinę - a ona, jak zwykle, nawaliła, głupia taka.
            Często trzeba lat, albo czegoś przelomowego, aby kobieta w ogóle mogla zorientować sie,z ę jest ofiara przemocy, a nie troskliwości.
            Obwinianie jej o to,z ę zyje wiele lat z takim facetem to kompletne niezrozumienie mechanizmu tego typu przemocy, ktora zoatawia w całości ciało,a robi wode z mózgu.
            Problem w tym,z e gdy kobieta sie ocknie ma do wyboru - zostać z facetem, do którego włascie straciła zaufanie, uczucie i szacunek, albo całkowicie zmienić swoje życie, liczac się z tym, ze resztę zycia spedzi samotnie. I tu powiem coś, co chyba nie dla wszystkich jest oczywiste - sporo osób nienawdzi samotności i w oli znane zło, od bycia samotnym. To jest wybór, wcale nie całkowicei irracjonalny, szczególnie wtedy, gdy w domu nie ma dzieci.
            • sebalda Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 01.03.12, 23:53
              Verdano, to jeden z mądrzejszych wpisów na temat przemocy psychicznej, jaki czytałam. I wyjątkowo prawdziwy. To niesamowite, że osoba, ktora tego nie zaznała, umie na to tak spojrzeć jak Ty. Myślę, że niejeden doświadczony psycholog nie zrozumiałby tego mechanizmu lepiej. Szkoda, że tak mało ludzi umie na to tak spojrzeć. Większość osób najchętniej krytykuje, potępia, wyraża pogardę wobec kobiet, ktore wiele lat nie widziały patologii w swoim domu, ale takim osobom najwyraźniej nie dostaje wyobraźni, wyczucia, wyrozumiałości i znajomości psychiki ludzkiej. Są też osoby, które same po przejściach nie umieją znaleźć zrozumienia dla tych, ktore jeszcze się wahają, nie potrafią się dość szybko wyzwolić z zależności od drugiej osoby, ktora trwała bardzo długo. Takie osoby są bardzo surowe, czasami aż za.
              Dziękuję Ci, Verdano, za ten post:) Jesteś wielka:)
          • aandzia43 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 27.02.12, 21:13

            > Wymyśliłam sobie, że się za przemocowca za mąż nie wychodzi, a jeśli się już te
            > n błąd popełniło, to się go rzuca od razu, gdy tylko się okazuje przemocowcem,
            > zamiast mieć pretensje nie wiadomo do kogo po 27 latach, gdy się życie dzieciom
            > zmarnowało.
            > Czy to jasne?


            Całkiem jasne, już po poprzednim twoim poście było jasne ;-) Tylko wyjaśnij mi, czym ma być trwanie w piekiełku przez następne 27 lat? Pokutą za przerąbane dzieciństwo dzieci? Czyścem już teraz, na ziemi? No wiesz, ja jednak jestem zwolenniczką prób wychodzenia z bagna już za życia. Za krzywdę dzieci spowodowaną głupotą/zaślepieniem/skazą psychiczną/fatalną samooceną matka (jeśli nie jest zbyt mocno skrzywiona) ma piekielne wyrzuty sumienia każdego dnia. Czy chcesz jej dowalić jeszcze niemożnością uwolnienia się od tyrana i niemożnością przeżycia paru lat w spokoju i z podniesioną głową? To ani po chrześcijańsku, ani przyzwoicie z punktu widzenia jakiejkolwiek moralności. Poza moralnością Kalego ;-)
            • aandzia43 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 27.02.12, 21:16
              Poza moralnością Kalego ;-)

              Oj, sorry, miało być "moralnością psa ogrodnika"
              • rycerzowa Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 27.02.12, 21:38
                Ależ Andziu! Kto jej każe być z nim dalej przez kolejne 27 lat?!!! Ja???!!!
                Ja tylko mówię, że ona z nim najprawdopodobniej będzie.
                Bo ja takie znam. Zaradne, kulturalne i wykształcone.
                A w razie choroby będzie się nim czule opiekować a potem go opłakiwać.
                • aandzia43 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 27.02.12, 22:16
                  Twój scenariusz jest jak najbardziej prawdopodobny, ale nie jedyny. "Bo ja takie znam"? A ja znam inne :-) ? Jak już sie zaczynają ruszać, jak wychodzą poza międlenie tematu i kręcenie się w kółko, jak dojrzewają, to nie ma już powrotu do dawnego zycia. Pojęcia nie mam, co ostatecznie zrobi nasza bohaterka, ale pisanie jej z mety: "To staje się już nudne, gdy małżonkowie po latach wspólnego życia nagle zaczynają widzieć wszystkie swoje wady, czasem wyimaginowane ale najczęściej realne.
                  Ludzie w tym wieku już się nie zmienią.
                  Czy ma sens rozstanie?"
                  nie jest budujące, przyznasz? Nasza bohaterka nie musi być tak samo rozczarowująca, jak rozczarowujące były znane ci kobiety w analogicznych sytuacjach.
    • rycerzowa Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 29.02.12, 13:48
      verdana napisała:

      > Nie rozumiesz w ogóle fenomenu przemocowca - pomylilo Ci się z brutalem i damsk
      > im bokserem.

      Nic mi się nie pomyliło.
      Czy przemoc psychiczna, chamstwo i pogarda wobec współmałżonka, choćby nie na co dzień, są mniej niszczące dla dzieci, niż klasyczny boks?
      Dzieci źle znoszą nawet momenty "miodowe". Bywa, że szczególnie źle. Bo je mdli.

      aandzia43 napisała:

      > Pojęcia nie mam, co ostatecznie zrobi nasza bohaterka, ale pis
      > anie jej z mety: ....
      > nie jest budujące, przyznasz? Nasza bohaterka nie musi być tak samo rozczarowuj
      > ąca, jak rozczarowujące były znane ci kobiety w analogicznych sytuacjach.

      Doświadczenie mnie uczy, że gdy się takim osobom mówi rzeczy "budujące", to się na nic nie zdaje. Może czasem warto potrząsnąć?
      • verdana Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 02.03.12, 18:09
        Wiesz, Ty nadal nic nie rozumiesz.
        Nic a nic. przede wszystkim tego,z e kobieta wiele lat w ogóle NIE WIE, ze jest ofiarą przemocy psychicznej. Jest przejkonana, ze żyje u boku troskliwego faceta, który tylko koryguje jej oczywiste błędy - i ze bardzo wiele mu zawdzięcza, bez niego by zginęła.
        Ta kobieta nie ma pojecia, ze jej mężem jest cham, który nią pogardza. Jest pewna, ze jej mężem jest człowiek o niebo od niej inteligentniejszy, który nia kieruje. Że on robi to, co powinien robić.
        Gdy kobieta się ocknie, często jest za późo na nowe zycie. A nie każdy marzy ozyciuw samotności,z ę o biedzie nie wspomnę.
        No, ale mądre kobiety oczywiście nigdy by nie popadły w tego typu uzaleznienie, a głupim można powiedzieć z wyższości swojego dobrego małżeństwa,z ę są głupie - i poczuć się lepiej.
        • rycerzowa Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 02.03.12, 18:29
          Ej, Verdana, dla ciebie wszystko jest proste, jak reguła trzech.
          Powiem tak - gdyby NIE WIEDZIAŁA, to by mi się nie skarżyła, nie płakała w przysłowiowy mankiet.
          Najpierw od czasu do czasu.
          Jak "motylki" miną - non stop.
          • verdana Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 02.03.12, 20:20
            Nadal nie rozumiesz, albo nie chcesz.
            Te kobiety po latach dopiero budza sie iw widza, ze związek opiera sie na przemocy. Wtedy czesto jest juz za późno, aby od zera ułożyć sobie życie, choćby dlatego,z ę maż przez te lata pozbawił te kobiety wiary w siebie i inicjatywy.
            Tak, po 10, 20 latach te kobiety widzą czasem w co się wpakowały i zaczynają się skarzyć - często nie będąc nawet pewne, czy naprawdę mają podstawe do skarg.
            I nie dlatego,z e "motylki" minęły, tylko dlatego, że albo mąż zaczął przesadzać i przejrzały na oczy, albo ktos je uświadomił, ze tego typu zwiazek nie jest normalny, albo poszły z wlasnymi problemami do terapeuty, a ten im uświadomił, kto jest przyczyną problemu.
            Mam wrażenie, ze to własnie dla Ciebie jest proste - ot, głupie idiotki, tkwią w zlym związku i sa takie bierne, ze skarżą się, zamiast trzasnąć drzwiami i dzielnie rozpocząć nowe, wspaniałe zycie.
            • rycerzowa Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 02.03.12, 21:33
              Rzekłaś - masz wrażenie.
              Ja o gruszce, ty o pietruszce.

              Zresztą, nie o moje poglądy tu chodzi.

              Co masz do zaproponowania takiej kobiecie (albo takiemu mężczyźnie, bo problem dotyczy obu płci)? Oprócz swojego wspaniałomyślnego zrozumienia i współczucia?
              "Tak, ciebie skrzywdzono, nie ponosisz za swoje życie żadnej odpowiedzialności, w końcu jak mogłaś przed upływem 20 lat zrozumieć, w co się wpakowałaś, to przecież przekracza możliwości umysłowe człowieka, winny jest zawsze ten drugi, drań paskudny, co z ciebie zrobił, do czego cię doprowadził, i doskonale cię rozumiem, że nie masz siły zerwać, po co masz być samotna, głasku, głasku, głasku".
              Wszyscy prawie tak im mówią. No, może z wyjątkiem Tris, która jest zdania, że "nie ma ofiar, są tylko ochotnicy".
              • woda_woda Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 02.03.12, 21:56
                rycerzowa napisała:

                > Rzekłaś - masz wrażenie.


                Ja zaś nie mam wrażenia, ja wiem, że nie jesteś w stanie zrozumieć - bo przekracza to twoje możliwości - mechanizmu opisanego przez verdanę.
              • aandzia43 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 03.03.12, 00:53
                > "Tak, ciebie skrzywdzono, nie ponosisz za swoje życie żadnej odpowiedzialności,
                > w końcu jak mogłaś przed upływem 20 lat zrozumieć, w co się wpakowałaś, to pr
                > zecież przekracza możliwości umysłowe człowieka, winny jest zawsze ten drugi,
                > drań paskudny, co z ciebie zrobił, do czego cię doprowadził, i doskonale cię r
                > ozumiem, że nie masz siły zerwać, po co masz być samotna, głasku, głasku, głask
                > u".
                > Wszyscy prawie tak im mówią. No, może z wyjątkiem Tris, która jest zdania, że "
                > nie ma ofiar, są tylko ochotnicy".

                Ale kto tu mówi o braku odpowiedzialności za zaistniałą sytuację?! Oczywiście, że nie ma ofiar są tylko ochotnicy. Na pewnej płaszczyźnie tak właśnie jest. Ale bredzenie o jakichś motylkach, odmawianie prawa do współczucia i szacunku ofiarom prania mózgu i przemocy świadczy jednak o twoim kompletnym niezrozumieniu tematu. To, że dotknęło cię osobiście uczestniczenie w życiu takiej pary, to nie znaczy, że rozumiesz dobrze o co tu biega. Za dużo emocji w tym, co piszesz.
    • nutka_re Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 01.03.12, 09:34
      Dziękuję wszystkim za wpisy. Szczególnie Pani Agnieszce. Przeczytałam to co Pani napisała jeszcze raz i jeszcze ...zabolało mocno ale przemyslałam i widzę, że ma Pani 100% racji. Brak szacunku i złe mniemanie jednej strony związku o drugiej pociąga brak szacunku i złe mniemanie tej drugiej. Nie szanuje się kogoś kto nas nie szanuje. Może trudno jest nam w to uwierzyć, że ktoś może nas nie szanować, że prowadzi z nami wspólne życie a wyraża się z pogardą, postępuje lekceważąco i nie liczy się z nami. To boli i wolimy takie mysli wyprzeć. Szukamy usprawiedliwień poza związkiem i pewnie one tam tkwią ale nic nie zwalnia człowieka od odpowiedzilności za własne czyny..
      Ja wybrałam.
      Dziękuję bardzo.
      • zuzi.1 Re: Czy jest szansa? Czy jest sens? 01.03.12, 16:27
        Nutka napisz za jakiś czas jak się sytuacja ułożyła, jak się mąż zachowywał.
Inne wątki na temat:
Pełna wersja