nutka_re
16.02.12, 23:31
Choć tu nie piszę, to czytam to forum często, najczęściej o przemocy w związku, bo problem dotyczy mnie osobiście. Mam 52 lata, od 27 lat jestem żoną przemocowca. Od zawsze mówiłam, że obydwoje „mamy charaktery”, jesteśmy „typem przywódcy” i stąd nasze konflikty. Ale w pewnym momencie „zaskoczyłam”, że mój mąż zachowuje się jak jego matka. Wychowała go sama, porzucił ją mąż. Na początku podobało mi się to, że on liczy się z matką dopóki nie zrozumiałam, że on jej się boi. Poza domem elegancka, inteligentna pani w domu była zwykłą przekupą z rozwrzeszczaną gębą, mającą stale i o wszystko pretensje i zainteresowanie okazywała za pomocą czepiactwa. Mój mąż mówił że nie należy z nią o niczym rozmawiać bo wszystko co może wykorzysta przeciwko mówiącemu. Po latach zrozumiałam, że on jest taki sam. Nie chce mi się do niego mówić, bo nigdy nie wiem w jakiej formie zostanie użyte. Przez wiele lat on jak coś mu się nie podobało to przestawał się do mnie odzywać np. przez tydzień. Tak robiła mu jego matka. Ja znalazłam na to sposób, jeśli do mnie się nie odzywał 3 dni, ja nie reagowałam, gdy on zaczynał to ja mówiłam, ze przedłużam milczenie o taki sam czas i to robiłam, Skutkowało. Nagle zorientowałam się, ze ja w życiu znajduję „sposoby” na mojego męża – kiedy i o czym z nim rozmawiać, kiedy unikać. Mimo tego od czasu do czasu i tak spotykałam się z jego agresją, bo obrazić, poniżyć to był jego normalny sposób życia. Myślałam, ze to się zmieni. Nie zmienia się.6 lata temu pierwszy raz pomyślałm, że ja tak dłużej nie chcę żyć. Jak mnie ośmieszy,że słabo znam niemiecki to ja uczę się niemieckiego, jak mnie ośmiesza, ze czytam „głupie gazety” („Pani”, „Twój Styl”) to je przed nim ukrywam, jak mnie ośmieszy …. to ukrywam wszystko. Po awanturze któ®ą mi urządził o coś tak bzdurnego, ze dziś nie pamiętam wzięłam papiery rozwodowe i złożyłam pozew. Błagał, że się zmieni. Wycofałam. I nic się nie zmieniło. Rok temu gdy na nartach wrzeszczał na mnie, że grzebię się z zakładaniem butów narciarskich bo mogłam je założyć w samochodzie podczas gdy on jedzie a ja tłumaczyłam mu, że nie da się ich tak założyć po prostu ściągnęłam je i jednym rzuciłam w niego a drugim waliłam w jego samochód. Zdecydowałam – rozwód. Na kolanach prosił, mówił, ze co tydzień w niedzielę będziemy siadać wieczorem i mówić sobie co nam się w związku nie podoba, co zmieniamy lub rozpracowujemy, że on wie z jakiego domu pochodzi, wie co robi źle i to zmieni. Usiedliśmy raz. Oczywiście było ok. Po tygodniu wpadli w niedzielę znajomi, wyszli rano i nie usiedliśmy. W następnym przygotowałam się ale … nawet nie zaproponował …i tak zleciał rok gdzie jego przemocowe zapędy widać co chwilę. Oczywiście, gdy mówię, ze urządza mi awanturę, że mówi napastliwie on zaprzecza, wcale nie krzyczy i wcale mnie nie obraża.
Wczoraj wieczorem wracając z pracy wkopałam się w zaspę. Wąska droga, naprzeciw mnie jechał TIR więc zjechałam maksymalnie na pobocze i zatrzymałam się. TIR złożył mi lusterko. Ja nie wyjechałam z zaspy. Zadzwoniłam do męża by przyjechał mi pomóc. Przyjechał z łopatą. Już jak wyszedł ze swojego samochodu to cały epatował wściekłością. Wrzeszczał, że jak nie potrafię jeździć to powinnam autobusem, że idiotkom dają prawo jazdy. Pomyślałam, że mogłam zadzwonić do kumpla nie byłoby tej awantury. Słyszałam te inwektywy po moim adresem i w pewnym momencie wyrwałam mu łopatę i powiedziałam by spadał na drzewo. Gdy wróciliśmy do domu on szybko zaparzył mi herbatę, nalał lampkę wina i skakał koło mnie jak ciapciuś. Rano stał, odśnieżył podjazd bym wyjechała…
Czy jest szansa na leczenie takiego człowieka? Gdzie? Do kogo się zwrócić?
Od kilku lat już wiem, ze go nie kocham. Mamy wspólny fajny dom, dużo wspólnych pasji ale ja z nim nie lubię spędzać czasu. Nie mam szacunku do tego człowieka. Widzę w nim żałosną teściową, z kompleksami i agresja. Bo jest agresywny, napastliwy i przemocowy. Nie jest moim przyjacielem, nie mówię mu o ważnych sprawach, nie ufam mu. Mamy wspólne konto, wspólne sprawy, pasje, nie zdradzamy się (choć od kilku lat unikam seksu jak mogę) ale mam wrażenie, ze żyjemy obok.
Wiem, ze jak wystapię o rozwód to znów będzie błagał, żęe zmieni nasze życie, ale nie wierzę w to. Chyba, że w większe piekło.
Szukać pomocy czy brać rozwód ? Czy w ogóle jest szansa na zmianę takiego człowieka ?
Jestem już nastawiona wewnętrznie na rozstanie. Zamykam oczy i myslę,że żyję sama, ze jestem gdzie indziej.