raczek47
17.02.12, 22:21
Naszego małżeństwa będzie 14 lat w tym roku. Dwoje dzieci 9 i 13 lat. Od nie wiem jak długiego czasu myślę o rozwodzie, ale tylko myślę, bo mąż o ile mężem jest okropnym, ojcem jest dobrym, z dziećmi jest b. związany i im oddany.
To forum poczytuje od niedawna i dopiero teraz, po przeczytaniu wypowiedzi innych trochę rozjaśniło mi się w głowie co do mojego związku, zrozumiałam ,ze żyję z psychicznym przemocowcem, terrorystą, od którego jestem uzależniona.
Przemocy fizycznej nie ma, natomiast jest słowna i psychiczna, z tym, że do niedawna jakoś nie próbowałam tego sklasyfikować jako przemoc, dopiero niedawno .
Od zawsze mąż mnie poniżał i upokarzał –przy dzieciach, rodzinie, obcych. Zawsze jakoś łagodziłam to , obracając w żart, śmiechem itp. Mąż potrafi wpaść w furię z błahego, niepozornego powodu-sytuacja z przedwczoraj-odbieram dzwoniący telefon, jego matka mówi: „Dzień dobry, mogę rozmawiać z (imię męża), ja: ”Proszę, już daję” i podaję mężowi słuchawkę. On po skończonej rozmowie z matką zaczyna na mnie wrzeszczeć, dlaczego nie zapytałam mamusi o zdrowie, jak się czuje. Nauczyłam się nie wchodzić z nim w dyskusje, gdy jest zdenerwowany, bo i tak po prostu wrzeszczy głośniej i kończy się na bluzgach z jego strony, czego przy dzieciach unikam. Oczywiście nazwał mnie: p…ą hrabiną, egoistką, powiedział, że moja matka też ma taki parszywy charakter. Kazał sobie nałożyć obiad, a gdy postawiłam na stole, powiedział, żebym sama sobie go zjadła i wyszedł z domu.
To przykładowa sytuacja ,najświeższa, podobnych są dziesiątki. Byłam nazywana j…ą suką, mówił do mnie: „s…j, wyzywał moją rodzinę itp. Na spotkaniu wielkanocnym z jego rodziną głównym tematem stało się to, jak to ja nie umiem wyhodować ładnych kwiatów na balkonie i powyrzucał mi skrzynki. Rok temu, po kilkumiesięcznej chorobie zmarł mój tata, co bardzo przeżyłam i do tej pory się tym nie mogę pogodzić, jest mi go bardzo brak. Mąż zdążył już stwierdzić ,że mój ojciec jest w piekle (tata był niewierzący) i ,że ja ze swoją matką wpędziłyśmy go do grobu(tata miał udar, w trakcie pobytu w szpitalu okazało się ,ze ma raka jelita grubego).Nawet teraz, gdy to piszę, płaczę, tak bolesne i krzywdzące są to słowa. Świeżo po zrobieniu prawa jazdy odwoziłam naszą wspólna znajomą z synkiem do domu, mąż też był w aucie i całą drogę wytykał mi błędy-to nie ten bieg, to źle zmieniam pas, a gdy zapytałam koleżanki, gdzie skręcić do jej posesji zaczął wrzeszczeć, że jak mogę tego nie pamiętać, skoro tyle razy tu byłam (jako pasażer), znajoma wysiadła w szoku.Upokorzył mnie tak, że z nerwów ledwo wróciłam tym autem do domu. Często głośno wytyka mi jakieś błędy, albo czyni uwagi do mojego charakteru(parszywego, jak określa) na ulicy, przy ludziach, oni się oglądają a ja palę ze wstydu.
To są wybiórcze sytuacje , których jest naprawdę mnóstwo. O co mi chodzi? Jak się bronić
w takich sytuacjach , jak sobie z tym radzić .Nienawidzę siebie za swoje reakcje-jak on wychodzi obrażony z domu, jak przedwczoraj, robi mi się prawie niedobrze, cały czas myślę o tym, czy się gniewa, szukam jakiegoś błahego pretekstu, żeby do niego zadzwonić i sprawdzić , czy już mu złość minęła. Czuję się wtedy obrzydliwie, wiem, że się upokarzam.
ale nie potrafię inaczej. Nigdy mnie nie przeprosił za swoje słowa czy zachowanie
Zawsze łagodzę te awantury przed dziećmi ,obracam w żart bo gdy parę razy , doprowadzona do ostateczności próbowałam powiedzieć, że sobie tego czy tamtego nie życzę, rozpętał takie piekło ,że …ech, szkoda nerwów i płaczu dzieci. Ale może jakoś można sobie z tym radzić? Ja nie umiem przeklinać, wrzeszczeć, obrazić, trafiając ”w żywe mięso”, a on tak. Boję się wspomnieć o rozwodzie, bo kiedyś on stwierdził, że ma dość życia ze mną , rozwiedzie się
i zabierze mi dzieci. Miałby dość siły, żeby tak zrobić, a ja nie A one są dla mnie wszystkim, i on to wie. Może dlatego pozwala sobie mnie wyzywać i upokarzać przy nich, bo jest pewien, że ja nie zareaguję, by miały spokój, najwyżej popłaczę sobie w jakimś kącie ,gdy dzieci nie widzą.(on widział nieraz jak płaczę przez jego słowa, ale nigdy nie przeprosił, tylko zawsze stwierdzał: sama sobie jesteś winna, to przez ciebie itp.)
Czy jest jakiś sposób, żeby przestać być takim cielakiem, jak ja ,żeby choć trochę przestał się czepiać i zaczął uważać na to, co mówi. Ja jestem przekonana, że wezmę z nim rozwód, bo za dużo krzywd mi wyrządził, ale jeszcze nie teraz, poczekam, aż dzieci pójdą na studia, wtedy będzie mi łatwiej. Muszę wytrzymać jakieś 10 lat, choć trochę chciałabym się umieć obronić. Czy mam pójść na jakąś terapię ? Nie cierpię samej siebie za tę uległość ,ale nie potrafię być inna.