samotnazonaa
29.02.12, 14:52
Witam,
Nawet nie wiem od czego zacząć... to trwa już tyle lat..
Jesteśmy parą od 11 lat,małżeństwem od 4... 7-8lat temu byłam młodą, energiczną osobą, miałam mnóstwo znajomych... niestety miałam też swoje wady.. będąc z moim mężem (wówczas chłopakiem) czasem zdarzyło mi się go oszukać (najczęściej w sytuacjach, gdy np. spotykałam się ze znajomymi, wśród których byli mężczyźni), po to aby nie mieć z jego strony bezpodstawnych awantur, ponieważ mąż nie uznaje „męskich” znajomych.. ba on w ogóle nie uznaje moich znajomych... dlaczego? Ponieważ jeden z nich kiedyś mnie kokietował, żartowaliśmy sobie razem... podobnie z innym kolegą, z którym rozmawiałam, czasem się spotkałam, kokietowaliśmy się nawzajem... nigdy nie zdradziłam męża. jest pierwszym i jedynym facetem z jakim byłam. A on nawet w to nie wierzy... W każdym razie do czego zdążam, to to, że od tylu lat on ciągle mi wypomina, że według niego nie byłam fair, ponieważ spotykałam się, rozmawiałam z innymi facetami... – o czym dowiadywał się najczęściej przypadkiem. Od tamtej pory on mi nie ufa, nie wierzy, ciągle jest podejrzliwy, doszukuje się drugiego dna we wszystkim (np. wrócę z pracy pół godz później – gdzie byłaś? Pewnie się z kimś spotkałaś?”) Ja wiem, że on miał podstawy żeby tak myśleć, żeby czuc się źle, oszukanym, ale na tym etapie naszego związku, to on przez 2,5 roku spotykał się równocześnie ze mną i ze swoją eks.. ja dowiedziałam się o tym dużo później.. niemniej jednak postanowiłam, albo zapominamy o tym i zaczynamy od nowa, albo się rozstajemy. I zaczęliśmy. Tylko że od tamtego okresu minęło mnóstwo czasu... wzięliśmy ślub, mamy 2,5 letnie dziecko, ... a ta przeszłość i jego żal do mnie ciągle jest.. przy czym nie jest to jakieś tylko wypominanie... Powodem kłótni może być cokolwiek (np. że źle postawiłam garnek), a kończy się zawsze tym samym: „ty kur.., nie potrafisz kochać, nie potrafisz dawać, wypier... stąd, nigdy nie darzyłem, nie darzę i nie będę cię darzyć żadnym szacunkiem...sama sobie na to zasłużyłaś... wszystko zawdzięczasz sobie... było nie pieprz... się z kim popadnie to miałabyś normalny dom... zresztą to u Ciebie rodzinne... twoja matka to zły człowiek... (ponieważ 20 lat temu się rozwiodła)... itd.itp. Zawsze słucham obelg. Zazwyczaj w domu robię tylko wszystko źle, nie umiem sprzątac, nie umiem tego tamtego, wychowuję syna zbyt łagodnie, bo jestem „chołotą z małego miasteczka, która myśli że wszystkie rozumy zjadła” a „nie znam życia...”.. Zaznaczę, że to ja utrzymuje dom, nas, dziecko, spłacam kredyty... pracuję i zawsze pracowałam (z przerwą na urlop macierzyński), mąż nie pracuje – czasami w letnim sezonie zarobi 5-6tys.zł i to wszystko...i o ile zdążę mu zabrać aby nie przegrał kasy na automatach... Ostatni o zaczął mi wykrzykiwać (zawsze krzyczy, on nie rozmawia tylko krzyczy), że „nie chce ze mną być – chociaż to właściwie słyszę od 10 lat... że tak mu zje...ałam życie, żebym się wyprowadziła a dziecko i tak zostanie z nim... i żebym go lepiej nie sprawdzała, bo mi taki numer wytnie, że się nie pozbieram..” On ma strasznie trudny charakter, ale wiem, że w głębi serca jest dobrym człowiekiem.. czy go kocham? Tego właśnie nie wiem już... nie wiem jak on może się tak zachowywać... traktuje mnie bardzo źle... nigdy nie składa mi życzeń na urodziny, imieniny, Święta, itd itp. nie przytula, nie całuje (oprócz seksu – od którego jest uzależniony), nie daje z siebie nic.. od ponad roku nawet nie nosi obrączki ... nigdzie razem nie wychodzimy – barrdzo rzadko.. on siedzi w domu i jest wiecznie zdołowany życiem, tym że nie może znaleźć pracy (której tak po prawdzie wcale nie szuka)... i są własnie takie dni, kiedy strasznie się kłócimy (a to wtedy kiedy ja się odezwę, bo jak mu przytakuję to zazwyczaj jest ok, chociaż tez nie zawsze..), on mnie wyzywa, wyrzuca z domu.. ciągle wykrzykując moje błędy z przeszłości (czy one były aż takie straszne??).. staram się być dobrą matką, oddaną żoną... nie piję, nie palę, nie imprezuje... cały wolny czas poświęcam dziecku i jemu... nawet w pracy nie wychodzę na żadne imprezy integracyjne (chociaż szczerze mówiąc to chyba bym chciała), bo mój mąż uważa że są one po to aby ktoś z kimś się pieprzył itp... „więc po co mam tam chodzić? Szukać wrażeń?”... on prawie nie ma znajomych, pomijając 3-4 kolegów do wódki pod sklepem... z moimi nie chce wychodzić (kiedyś miałam zgraną paczkę, ale się od nich odizolowałam...) bardzo niewiele ludzi go lubi, tak ogólnie... jego rodzina jest bardzo podobna.. tam się nie obchodzi urodzin, imienin, zero jakichkolwiek uczuć okazywanych, rodzice po rozwodzie... ale nadal razem – i to według mojego męża jest mądrość, bo jak kobieta się rozwodzi i po jakims czasie wiąże się z innym to jest kur... i tyle...
Ja już się pogubiłam.. czasem myślę, że on w ogóle nie ma racji, myli się w 100% w tym co mówi, bo przecież go nie oszukuję, nie zdradzam, jestem fair, słucham.. (i słucham się) i wkurzam się i postanawiam odejść, a drugim razem zaczynam analizować i dochodzę do wniosku, że to chyba jednak ja we wszystkim zawiniłam... może on przeze mnie jest taki a nie inny... to wszystko jest strasznie skomplikowane... ja się boję jego, jak wracam do domu to jestem cała w stresie: „co tym razem źle zrobiłam... boję się odejść, bo straszy że zabierze mi dziecko... i chyba gdzieś w środku ja ciągle mam nadzieję, że nam się uda, że gdyby nie te jego cholerne podejrzenia i durne „zasady” to byłoby naprawdę pięknie... ale też wiem, że tak nie będzie... i dlatego nie potrafię siebie zrozumieć? Dlaczego nie potrafię po prostu odejść? A jeśli jestem z nim, dlaczego nie potrafię do końca z nim być? Nie mam siły za każdym razem dawać, chciałabym też czuć się kochana, czuć że mu zależy, że chce być ze mną....
Co ja mam robić... ja naprawdę nie wiem.. po prostu nie wiem... i wegetuję, wyjąc co dzień po kryjomu..bo nie chcę mieszać innych w moje problemy/...
Czy ktos może pomóc? Czy ktoś może powiedzieć, czy to że go kiedyś okłamywałam, to daje mu prawo tak mnie teraz traktować? Czy rzeczywiście jestem takim złym człowiekiem?