ali37
03.06.12, 11:04
Jesteśmy małżeństwem od 10 lat i mamy dwójkę dzieci: 8 lat i 4 lata. Od urodzenia drugiego dziecka było między nami źle, ale miałam nadzieję, że to się poprawi. Zaciskałam zęby, nie prowokowałam rozmów na drażliwe tematy (głównie finansowe), ale już nie mam siły.
Pracuję na pełny etat, zajmuję się domem i 2 dzieci i chyba mam kryzys.
Najlepiej mi jest gdy mąż wyjeżdża (a wyjeżdża dosyć często na delegacje), wtedy wszystko działa tak jak należy i relacje między mną i dziećmi są spokojne (nie ma między dziećmi bijatyk, krzyków). Ogarniam cały dom, jak chcę wyjść wieczorem to proszę o pomoc moich rodziców i wszystko jest ok.
Jak tylko mąż wraca to podnosi mi się ciśnienie (dosłownie i w przenośni). Co chwilę coś mu się nie podoba i przestaje się odzywać. To jest jego metoda od początku naszego związku, czyli "ciche dni". Dzieci robią się nerwowe, mąż denerwuje się o wszystko i reaguje "fochami". od kilku lat ma już między nami rozmów, wspólnych tematów, potrzeby przytulenia, a kiedyś to było. Został jeszcze sporadyczny seks - jedyna dziedzina w której jeszcze się dogadujemy.
Największy problem to sprawy finansowe. Zawsze mieliśmy osobne konta i na początku naszego związku (gdy nie było dzieci) ustaliliśmy w miarę sprawiedliwy podział kto za co płaci. Ale od kilku lat proporcje naszych wynagrodzeń i wydatków się zmieniły i efekt jest taki, że ja zarabiam niecałą średnią krajową i płacę za wszystkie wydatki związane z dziećmi, zakupy i utrzymanie auta, a mąż zarabia dwa razy więcej i płaci głównie rachunki za gaz, prąd. Proponowałam, żeby o tym porozmawiać, np. przez 1 miesiąc zapisywać wszystkie wydatki i zobaczyć jaka jest różnica. Proponowałam, żeby założyć wspólne konto na które będziemy proporcjonalnie do naszych zarobków przelewać pieniądze na wydatki związane z domem, dziećmi i autem. Obraził się i znowu nie chce rozmawiać. My w ogóle nie kłócimy się - są tylko długie ciche dni.
Mam już dość, coraz częściej wieczorami wychodzę z domu, bo nie mogę znieść tej atmosfery. Zrobiłam się nerwowa (a zawsze byłam bardzo spokojna), biorę leki na nadciśnienie i powoli planuję rozstanie. Na razie postawiłam mu ultimatum: terapia małżeńska albo rozwód i czekam na decyzję.
Tylko, że boję się o dzieci (zwłaszcza o syna, który jest bardzo wrażliwym dzieckiem). Mój mąż jest fajnym ojcem, w weekendy bawi się z dziećmi godzinami, są świetnymi kumplami. Gdyby nie dzieci nic by mnie nie trzymało, ale jeśli jest jeszcze jakaś szansa to będę próbować dla dobra dzieci. Czy komuś udało się odbudować relacje, wrócić do tego co było kiedyś? Można wrócić do momentu, kiedy wracasz do domu szczęśliwa, że zobaczysz ukochanego męża i że spędzicie razem czas?