onakasia1
14.06.12, 12:54
Od 7 lat zyje na emigracji i ciagle chce wrocic do Polski. Wydaje mi sie, ze mam lekka obsesje na tym punkcie... Cale moje zycie zaczelo sie krecic wokol tego tematu, a jest to tym tragiczniejsze, ze powrot jest wlasciwie niemozliwy. Jestem tutaj jak w wiezieniu. Mam 3 malutkich dzieci, wlasnie okazalo sie, ze (mimo zabezpieczen) znow jestem w ciazy. Jedynie maz pracuje, ja od wielu lat na macierzynskim. W Polsce zawodowo jestem zerem (wiadomo, jak kazda matka, ktora "siedziala" z dziecmi ptrzez tyle lat...). Tylko od maza zalezy, czy wrocimy, bo musimy miec prace, zeby wrocic. w Polsce nie mamy oczywiscie nic - zadnego domu, czy czegokolwiek. Tak wiec zdalam sobie sprawe z tego, ze moje zycie nie zalezy ode mnie, a jedynie od tego, czy maz znajdzie prace, czy mu sie uda, czy go ktos zatrudni w Polsce. Zalamuje mnie to. Wyc mi sie chce, ze tak sie wplatalam w potworna sytuacje zyciowa. Teraz musze znow urodzic, odchowac, czyli kolejne 2, 3 lata jestem "udupiona" w domu, z dziecmi...
Wyzalilam sie. Wiem co mi zaraz odpiszecie. Zebym sie wziela w garsc, zalozyla wlasna firme, doszkolila w trzech jezykach, narobila certyfikatow i zrobila kolejny kierunek studiow. Tylko, ze ja ani nie mam do tego checi, anio czasu, ani zdolnosci, ani sily. Jestem przecietniaczkiem i nie dla mnie wlasne dzialalnosci gospodarcze, zakladanie sklepow, czy prowadzenie firmy...
Wyobrazam sobie, ze powrot bylby dla mnie jednak bardzo dobry. Koniec z izolacja, osamotnieniem, koniec z poczuciem, ze jest sie u kogos, ze sie mieszka katem u kogos. Jak ja bym chcia byc wreszcie u siebie! Slyszec ludzi po polsku mowiacych na ulicach, jesc polskie jedzenie, miec polskie slonce i ciepelko w lecie, a snieg w zimie, jesc truskawki za 5 zlotych, a nie za 25 (i odmawiac sobie ich, bo takie drugie i lepiej, zeby dzieci jadly, a nie ja...). Chcialabym wrocic do przyjaciol i do rodziny. A wiem, ze nie wroce...