babcia.stefa
26.06.12, 14:52
Dotąd miałam do niej podejście dość obojętne, zdarzało nam się widywać przy jakichś okazjach, rozmawiałyśmy o tym i owym, ale jakichś kontaktów poza spotkaniami w większym gronie nie było.
Aż ostatnio zaczęły się jazdy.
Gwoli wyjaśnienia – ona jest sporo starsza od mojego M., samotna, wymyśliła sobie, że po śmierci rodziców będzie mu matkować (ponadtrzydziestoletniemu facetowi, he, he), a przez parę lat, kiedy on był sam, utrzymywali kontakty dość ożywione, spotykali się na mieście przy kawie, chodzili do siebie na obiady w weekendy, do kina, jeździli razem na wycieczki itp.
To uległo ograniczeniu, kiedy zaczęliśmy być razem. Zrozumiałe, że M. spędza weekend ze mną, a nie z siostrą. Mamy też ogólnie mało czasu, pracujemy intensywnie, budujemy dom, jeden dzień weekendu zwykle idzie na jakieś sprawy gospodarcze, tak naprawdę zostaje jeden dzień, żeby odpocząć, gdzieś wyjechać, coś zobaczyć, pobyć ze sobą i staramy się, żeby to był dzień głównie dla nas. Pomysły, żeby w weekend on pojechał do siostry, a ja do rodziców, nie wchodzą w grę, nie po to jesteśmy razem.
Absolutnie nie było tak, że ją po prostu odcięliśmy. Zapraszaliśmy ją - żeby wpadła do nas, żeby z nami się gdzieś wybrała, z nami obojgiem, na nasze wspólne wycieczki i wyjazdy. Zawsze odmawiała. Nie to nie, wołami ciągnąć nie będziemy. Zresztą widywali się razem, ale raczej były to szybkie wypady typu kawa na mieście.
Ostatnio są jazdy na całego – maniakalnie wydzwania do mojego M. i te telefony są jak telefony od matki Korbena Dallasa w "Piątym elemencie" - rozwścieczone i rozżalone monologi. Że on ją olewa, że nie chce się z nią widywać, że zachowuje się, jakby żył własnym życiem (sic), że nie chce słuchać jej rad, że robi wszystko po swojemu, że to ona jest jego rodziną i powinna być dla niego najważniejsza. Że z nami, w trójkę, nie będzie się widywać, bo czuje się "jak na doczepkę" i on powinien się widywać wyłącznie z nią. Z fajniejszych rzeczy - że powinien znaleźć sobie "prawdziwą dziewczynę" (dużo bym dała za rozwinięcie tej światłej myśli – nie, nie jestem po operacji zmiany płci ani nic w ten deseń). Były też pretensje, że jej utrudniamy korzystanie z domku letniego (jest ich wspólną własnością, po rodzicach), bo jak ja tam jestem, to ona nie może przyjechać.
Sytuacja oczywista i banalna – nienawidzi mnie, bo "zabrałam" jej brata, który dotąd był na każde zawołanie, i do skręcania szafy, i do pójścia do kina, i choć trochę był plasterkiem na samotność. M. mówi, żebym się nie przejmowała, bo to nie ma nic wspólnego ze mną jako ze mną, on nie zamierza jej pozwalać, żeby cokolwiek na nim wymuszała, nie ma ochoty się z nią widywać sam na sam, jakoś szczególnie często, bo to żadna atrakcja, a jeśli ona nie ma ochoty widywać się z nami, to jej problem, ale widzę, że po każdej takiej rozmowie jest roztrzęsiony, a ja z taką dawką ukierunkowanej na mnie nienawiści źle się czuję.