ajaowszem
03.07.12, 23:12
Sprawa jest skomplikowana, acz nie tyle rodzinna, co związkowa. Mam w głowie totalny mętlik, może tu znajdę jakąś poradę? Uprzedzam, będzie długo.
Mam 23 lata. Od pięciu lat spotykałam się z chłopakiem - fajnym, zabawnym, nieco starszym. Owszem, bywały kłopoty - wynikały głównie z tego, że chłopak nie podzielał moich pasji (literatura, polityka, historia) i wiecznie wygadywał, że zajmuję się bzdurami, podczas gdy mnie denerwowało jego kompletny brak zainteresowania tymi sprawami i podstawowe luki w wiedzy o świecie, których nie chciał za nic uzupełniać. Prowadziło to do scysji, ale dawało się uklepać. Gorsza sprawa dotyczyła naszych planów na przyszłość. Już kilka razy przeżywaliśmy dłuższe rozstania (mój 10-miesięczny wyjazd na au pair, jego półroczną pracę za granicą). Ostatnio jednak mój chłopak zrobił (wielkim wysiłkiem, trzeba mu to oddać) uprawnienia zawodowe w USA, znalazł tam pracę, dostał wizę i prawie rok temu wyjechał. Chce, żebym do niego dołączyła, ale nie oferuje niemal żadnej pomocy. Ja rozpoczęłam tu drugie studia, które mnie niebywale wciągnęły, a pierwszy kierunek skończę za rok. Tylko że nie chcę pracować w zawodzie, do którego przygotowały mnie moje pierwsze studia, chciałabym skończyć drugie i to w tym zawodzie pracować. Nie za bardzo byłam zresztą na tym etapie w stanie znaleźć jakąkolwiek robotę w Stanach, która jeszcze dałaby mi wizę. Na wyjazd turystyczny mnie nie za bardzo stać, zresztą to nie o to chodziło. Najłatwiej byłoby, gdybyśmy wzięli ślub (przysługiwałaby mi wiza), ale mojemu chłopakowi się nie spieszyło, mimo moich wyraźnych nacisków.
Tak wyglądała sytuacja, kiedy zaczęła się burza.
No więc, na tym fajnym drugim kierunku cholernie spodobał mi się pewien wykładowca. Nie dopuszczałam do siebie długo tej myśli (bo tu chłopak w Stanach, kłótnie o ślub...), ale taki fakt. Inteligentny, oczytany, zaimponował mi strasznie - pod tym względem jest przeciwieństwem mojego chłopaka. No i wiadomo: starałam się na jego zajęciach, łaziłam na dyżury, zgłosiłam się na pisanie pracy pisemnej. Coś się ruszyło. Jak była ładniejsza pogoda, omawialiśmy moją pracę w parku. Niepostrzeżenie zdarzało się zejść na tematy prywatne. Rozmowy trwały godzinami. Ale ja byłam potwornie spięta, nie przeszłam z człowiekiem na "ty", choć mi proponował. Coś rzuciłam o chłopaku, planach wyjazdu do Stanów. Byłam też przekonana, że mam do czynienia z żonatym gościem, co mnie dodatkowo blokowało. Dopiero niedawno okazało się, że jest po rozwodzie: w trakcie jakiejś rozmowy zaczął mi się zwierzać ze swojego nieudanego małżeństwa. Dzieci nie ma. Ogólnie rzecz biorąc, choć starszy o ponad 10 lat i choć wykładowca - to sprawa zaczynała się klarować. W końcu do mnie dotarło, co się kroi, więc przemyślałam sprawę, przeryczałam kilka nocy i postanowiłam wejść w ten układ, ale pod dwoma warunkami: że zerwę z moim chłopakiem i że zakończę wszystkie formalne związki z wykładowcą (czyli musiał się skończyć semestr). No i tak zrobiłam. Ciężko było, odchorowałam strasznie to zerwanie, przeprowadzone telefonicznie w środku nocy (różnica czasu) w kiblu (żeby nie budzić współlokatorek). Nie powiedziałam nic o tym drugim facecie, po prostu postawiłam na ostrzu noża sprawę ślubu i pod tym pretekstem zerwałam. Tymczasem starałam się trzymać mojego wykładowcę na jaki-taki dystans, raz czy drugi wymówiłam się od spotkania. Semestr się skończył, dostałam wszystkie oceny i postanowiłam powiedzieć o zerwaniu z chłopakiem.
Umówiliśmy się wieczorem (pierwszy raz się coś takiego zdarzyło). Łaziliśmy nad rzeką wiele godzin, wypiliśmy mnóstwo alkoholu, ja się pozwierzałam, iskrzyło jak diabli, uśmiechy, dotknięcia, ogólnie rzecz biorąc atmosfera była taka, że powinniśmy wylądować jeśli nie w łóżku, to przynajmniej obściskując się na trawie. A tu - nic.
No i o trzeciej nad ranem dowiedziałam się w czym rzecz. Otóż facet od czasu rozstania z żoną (a nawet wcześniej, jak już się sypało) smalił cholewki do pewnej dziewczyny. Która (skądinąd po naprawdę ostrych przejściach) nie chciała się angażować. I regularnie się z nim spotykała, ale nie pozwalała na nic więcej. Lecz - hahaha, teraz będzie ironicznie - jak zauważyła, że coś się dzieje między nami, to zmieniła zdanie. I dosłownie trzy dni przed naszą wyprawą w miasto, po jednym z tych razów, kiedy wymówiłam się od spotkania, umówiła się z nim i poszli do łóżka.
I teraz mój pan wykładowca czuje się w związku z tą dziewczyną, więc choć - cytat: "nie może powiedzieć, że się we mnie nie zakochał" (!!!), to nie może zrobić jej takiego świństwa, żeby z nią zerwać. Dwa dni później okazało się również, że dziewczyna sobie nie życzy, żebyśmy się widywali (no cóż, z jej strony rozsądnie, jeśli dobrze oceniam to, co między nami).
Mam wrażenie, że mnie coś po prostu rozrywa na kawałki z wewnętrznego bólu. Sprawa kosztuje mnie tyle, że niemal nie jestem w stanie tego unieść. Staram się jakoś poukładać wszystkie te kawałki, jakoś się pozbierać do kupy i nie mogę. Mam mnóstwo dobrej woli, staram się nie mieć żalu, ale mam - i to taki, że nie jestem w stanie tego opisać. Że jestem zakochana, to już wiem od jakiegoś czasu, teraz tylko czuję się jeszcze wykorzystana - choć z drugiej strony to przecież ja sama trzymałam dystans, żeby nie rzucać się w ramiona faceta, który miał mi zaraz wystawić trzy oceny na semestr. Pluję sobie w brodę (to mało powiedziane!), że chciałam być taka porządna (tak czy siak dostałam najlepsze możliwe stopnie, więc co to za różnica by była...).
Mój chłopak ze Stanów wydzwania do mnie po nocach i usiłuje przekonać, żebym do niego wróciła. Trochę się łamię, ale to przecież bez sensu: teraz zupełnie nie on mi w głowie, zresztą sytuacja się nie zmieniła: nie mam jak do niego przyjechać. Z drugiej strony wiem, że nie mam już szans u tego, na kim mi zależy. Idą wakacje, przez trzy miesiące nie będzie żadnego kontaktu, nieco zapomniana miłość mu się odświeży i tyle. Bądź co bądź facet przez kilka lat startował do dziewczyny, to teraz nie odpuści tak szybko. A i z jej strony (choć prawie jej nie znam) wydaje mi się, że długa przyjaźń i poczucie zagrożenia wystarczą, żeby faceta nie puścić. Nie wiem, jak ja przetrwam najbliższe miesiące: taka byłam pilna od tych wszystkich spraw, że nawet nie mam we wrześniu egzaminów. W planach wypad z koleżanką w góry i miesiąc pracy po pół dnia. Poza tym brak planów - pojadę do domu i będę ryczeć w poduszkę. Jakie to wszystko niesprawiedliwe! Jakieś rady, pocieszenia?