z_jakiejs_bajki
26.08.12, 23:26
Nie wiedziałam jak zatytułować. I w sumie nie wiem czego oczekiwać. Czytam tu wiele mądrych rad/ przemysleń - może spojrzycie na moją sytuację z boku i podpowiecie co dalej?
A może po prostu się wygadam.
Kilka lat temu dowiedziałam się, że mąż mnie zdradzał. Było to w czasie kryzysu naszego związku i nie podejrzewałam, że mąż kogoś ma. Dowiedziałam się długo po fakcie, gdy w naszym związku już wszystko grało i gdy pojawiły się dzieci. Przebaczyłam, nie zapomniałam, udało się nam wyjść na prostą.
Po kilku latach mąż wszedł w romans znowu z tą samą kobietą. Znowu nie podejrzewałam, że kogoś ma. Tym razem u nas kryzysu nie było. On ma pracę taką, że nie dziwiły mnie późne powroty (zresztą nie aż tak częste). Nie powiem, że u nas było idealnie ale ogólnie było dobrze. Co więcej, w czasie gdy odnowił z nią znajomość, byłam w ciąży.
Dowiedziałam się przez przypadek. Wybielałam go i nie wierzyłam, że romans miał miejsce. Otwierano mi oczy, stopniowo przynosząc nowe fakty bo on wypierał się a ja naiwnie mu wierzyłam. W końcu wszystko wyszło na jaw - romans trwał około roku, twierdził, że z nią przede wszystkim był wyjątkowy seks. Stawiał jej sprawę jasno - że ode mnie nie ma zamiaru odchodzić. Że jej nie kocha. Spotkałam się z kochanką - ona od początku nie kłamała a on wypierał wszystkiego i przyznawał się dopiero, gdy złapałam za rękę.
Błagał bym nie odchodziła, że mnie kocha, że kłamał aby zrobić sobie pewien bufor (co zresztą poskutkowało, bo gdybym za jednym razem została potraktowana taką wielką ilością prawdy o tym co się wydarzyło, to chyba bym odeszła od razu). Wchodził na strony o samobójstwie - i raczej nie po to by wzbudzić we mnie litość bo nie wiedział, że będę miała dostęp do historii (włamałam się do jego komputera).
Ostatecznie, po wielu godzinach rozmów, wyjaśniania dlaczego on to zrobił, itp., itd. zdecydowałam się nie odchodzić - głównie ze względu na dzieci, które go bardzo kochają i którymi zajmuje się bez zastrzeżeń. Nie chciałam im tego zrobić...
Nasz związek zaczął wyglądać prawie tak jak było zanim dowiedziałam się o zdradzie (drugiej) - czyli nie było jakiś mega czułości na codzień, może trochę więcej na początku. Więcej zapewniania, że jestem dla niego najważniejsza, itp. Dodam, że w czasie tej drugiej zdrady nie miałam jakiś większych zastrzeżeń co do naszych relacji. Jedynie brakowało mi zbliżeń intymnych ale byłam w końcówce ciąży, połogu, karmiąca - poprzednimi razy też w tym okresie nie przejawiał zainteresowania seksem, ja specjalnie też nie nalegałam. Ale później seks już był (a jednocześnie z kochanką).
Jeszcze na początku, gdy wałkowaliśmy temat zdrady, zaproponowałam mu terapię małżeńską, jakąś wizytę u psychologa. Odpowiedział, że nie pójdzie bo nie będzie opowiadać komuś o naszym związku oraz, że ja mu teraz funduję takie pranie mózgu, że nie ma ochoty.
Odstąpiłam, żałuję, że nie nalegałam jako warunek bycia dalej razem.
Teraz, po kilku miesiącach, jestem w dołku. Czuję się g... warta. Zawsze miałam niską samoocenę ale teraz to jakaś masakra. Roztkliwiam się nad sobą - jak to zostałam przez niego skrzywdzona, jaka to ja jestem do d..., na dodatek (to już ocena realna) już nie młoda, nie ładna, nie atrakcyjna.
Czuję, że zbyt łatwo mu poszło mnie udobruchać. Ostatnio miałam urodziny- zanim wstałam, wyjeżdżał w podróż służbową na kilka dni. Powiedział tylko wszystkiego najlepszego, po powrocie kupił róże i powiedział, że musimy się wybrac po prezent bo nie miał czasu (a jego ojciec miał kilka dni później i dla niego prezent miał). Takie pierdoły w sumie (normalnie bym machnęła ręką na prezent) pogarszają mi humor bardzo. Czuję się coraz gorzej. Jest mi przykro i jak już napisałam, żalę nad sobą. Popłakuję wieczorami, gdy idę spać. W dzień tego nie ma bo nie mam czasu na analizowanie swojej beznadziejności (praca, dzieci) ale wszystko co przemawia na moją niekorzyść potęguję po kilkakroć.
On nie ma potrzeby rozmawiać więcej o tym co się wydarzyło, ja przeciwnie. Odpowiada na moje pytania jeśli padną ale te pytania się powtarzają a jego odpowiedzi nie są dla mnie wystarczające.
Chciałabym słyszeć - byłem mega durniem, ty jesteś naj... powtarzane wielkokrotnie aż uwierzę. A słyszę to zbyt rzadko albo jeśli słyszę, dopowiadam sobie końcówkę na swoją niekorzyść.
Generalnie niby w naszym związku jest ok, ja wybaczyłam, żyjemy dalej. Dbamy o dzieci, rozmawiamy, spędzamy razem czas. Ale do wszystkich zachowań, które powinny mnie utwierdzać w przekonaniu, że jestem ważna i dobra, dopowiadam sobie coś co neguje. Np. jesteś mądrą kobietą i wspaniałą matką. Odpowiedz (w myślach): ale beznadziejną w łóżku w porównianiu do tego co miałeś z kochanką.
W depresję się nie wpędzę bo nie mam na to czasu. Tylko wieczorami mi tak smutno czasami.
Ps. ale mi długo wyszło.