danaide
30.08.12, 03:34
Na to forum wysłały mnie dziewczyny z forum tematycznego, bo zanudzałam je swoimi problemami.
Postaram się opisać króciutko, w miarę potrzeby rozwinę:
- jestem samotną matką od ponad dwóch lat, córeczka wkrótce skończy 3 lata.
- ojciec małej, obcokrajowiec wrócił do siebie, przyjeżdża 2 - 3 razy w roku na kilka dni, widuje małą co tydzień przez Skype, jest zainteresowany utrzymaniem kontaktu z dzieckiem. Płacił alimenty wg własnego uznania, od paru miesięcy płaci wg uznania polskiego sądu. Powierzono mi opiekę nad dzieckiem, nieznacznie ograniczając jego władzę.
- nie mam klasycznego wsparcia ze strony rodziny, mieszkam w mieszkaniu należącym do rodziców w Wawie, moja matka przyjeżdżała z wizytą, dwa razy po kilka dni, czasem na parę godzin, kontakt mailowy/telefoniczny, ale za dużo żalu (mojego) o przeszłość, która się odbija czkawką, mój ojciec - nękał sms-ami, wyzywał, groził wyrzuceniem z domu, wydziedziczył - zerwałam kontakt, moja siostra - reakcje histeryczne - zawiesiłam kontakt. Za parę dni idę na pierwsze spotkanie z psy w celu ustalenia czy kwalifikuję się na terapię ddx/ddd/dda.
- ograniczony kontakt z ludźmi/przyjaciółmi. Jedna znajoma SM, trochę nowych znajomości z forum in statu nascendi.
- kilka miesięcy po tym jak zostałam SM i rozpoczęłam urlop wychowawczy rozpoczęto procedurę usunięcia mnie z pracy. Dziś żeby wrócić do pracy musiałabym ją najpierw znaleźć lub sobie stworzyć.
- nie mam opiekunki, miałam ze 2 miesiące na początku i 2 miesiące niedawno, ale mam problem z emocjami, a opiekunki nie muszą się przecież narażać na stresy. Jak zbyt głośno protestuję przeciw ich zachowaniom to zostaję bez nich. Ostatnio uznałam, że chyba nie lubię ludzi w domu.
- chodziłam do psy jeszcze będąc z eks (najbliższy adres: zaburzenia depresyjno-lękowe), potem terapia była raczej rwana (w obecności dziecka, zimą zawieszana) i jak dla mnie niesatysfakcjonująca. Parę rzeczy przewaliłam, ale kiedy zjawiłam się latem 2011, bo płonął mi dom dostałam szklankę wody. Teraz planuję powrót tylko muszę ustalić kierunek. Plus jakiś kopd/dzieci niczyje na porady w sprawie emocji a propos córeczki.
- zdecydowany plus, który mnie ratuje (a może pogrąża, bo nie ruszyłam z miejsca) - mam obecnie stabilną sytuację finansową.
Córeczka. Wkrótce 3 lata. Dziecka chciał eks. Ja... nigdy nie chciałam mieć dzieci, właściwie miałam jakieś 35 lat i rok czy dwa wcześniej wymyśliłam sobie, że akurat dziecka nie zdążę (organizm się zmobilizował mi na złość?). Miałam w sobie ufność, byłam zakochana i dziś wiem, że chyba chciałam też coś osiągnąć - całe życie byłam sama i jakby poza. Chciałam płynąć głównym nurtem. Byłam zawsze niszowa, chciałam być mainstreamowa - tak to ładnie można ująć. Zgodziłam się. Ciąża - błyskawicznie. Przebieg - pozytywny. Poród - ujdzie. Baby blues - tak. Depresja poporodowa - może nie od razu. Mam wrażenie, że przez pierwsze 9 miesięcy życia córeczki zajmowałam się bardziej układaniem związku niż nią. Poznaliśmy się z eks za granicą, on przyjechał tu na dwa tygodnie przez planowanym rozwiązaniem, zrezygnował z dobrze płatnej choć niesatysfakcjonującej go pracy i przez 9 miesięcy nie mógł znaleźć nowej. Przesypiał dnie, wstawał między 13tą a 17tą, w zależności od ilości wypitego alkoholu, pił hektolitry piwa, potem siedział na kompie i szukał pracy, a wieczorami siedział na kompie i grał w gry by się zrelaksować. Może nie zawsze, ale zdecydowanie taki obraz związku po urodzeniu małej mam w głowie. Tak więc depresja poporodowa - jeśli nie od razu to po jakimś czasie tak. Ja - do psy, bo problemy w związku są przeze mnie. Bez leków, bo karmiłam piersią. Jako mama - ok, karmiłam bo lubiłam, przytulałam, bo lubiłam. Mała spokojna i bezproblemowa.
Eks zostawił mnie w dniu gdy mała miała 9 miesięcy, zakomunikował decyzję o odejściu i poszedł, wcześniej kilka dni ciszy przed burzą w domu jego rodziców (czytaj: mamusi). Zostałam sama, kompletnie, zaczęłam chudnąć, tracić mleko. Rodzina daleko, ojciec ubliża, matka jęczy przez telefon, ale nie przyjedzie, siostra gratuluje, że pozbyłam się d... Ledwo odstawiłam córeczkę od piersi i przestawiłam na butelkę - rozpoczyna się proces wywalania mnie z pracy. Zaczęły się lęki. Nie spałam nocami. Szukałam grup wsparcia, pomocy, ale źle szukałam. Na fora nie wchodziłam, myślałam, że to jakieś pseudoproblemy, wszyscy o zasiłkach, a ja że sama. Zwolniono mnie 30 czerwca 2011. 1 lipca zaczęłam krzyczeć na córeczkę. Miała półtora roku. Wcześniej tego nie robiłam, nawet nie płakałam w domu. Wszystko we mnie pękło. Zaczęłam mieć duszności, budziłam się nie mogąc złapać tchu. Poszłam do psy, ale mi nie pomógł. Przez ten rok córeczka zrobiła się bardziej nerwowa, bardziej uwrażliwiona na płacz, krzyk. Ja przeszłam przez grupę wsparcia, mało profesjonalną, ale dla mnie ważną, edycja zimowa, potem się rozpadła, szkolenie z asertywności, jakiś coaching ze złości. Trochę się uspokoiłam, ale w relacjach z córeczką coś się popsuło. Z domu często wybywamy, bo na zewnątrz się uspakajam. Po dwóch latach zaczęłam więcej się uśmiechać, chętniej bawić, ale dalekie jest to od ideału - czyli odpowiedzenia na jej prośby, w sumie i tak dużo bawi się sama. Do tego po dwóch latach sama z dzieckiem siadam już fizycznie, permanentne zmęczenie, plecy, kolana, wieczorne padanie i niemożność zakończenia dnia (nakarmić, umyć, poczytać, utulić - nie do przejścia, czasem mała włóczy się do północy). Wreszcie... eks jest pasożytem i leniem z natury/wychowania. Czuję, że mam wykonać całą robotę przy dziecku, którego on chciał, a on kiedyś, jak zapowiadał (na razie nie) pomyśli o opiece naprzemiennej (na razie mała nawet nie mówi w jego języku). Wolałabym - tak - żeby sobie poszedł z tymi swoimi alimentami. Last but not least, boję się, że coraz częściej zdarza mi się - tak, teoretycznie znam teorię - mówić źle o nim przy małej, mówić źle o niej w jego kontekście. Ona zaczyna ostatnio czuć moją niechęć, rezerwę. Tłumaczę to wszystko zmęczeniem, ale wiem, że jest coś więcej. Uwikłanie mnie w sytuację, co do której nie mam zgody. Ojciec jest 1300 km stąd i nie wyobrażam sobie dalszego funkcjonowania jako samotna matka. Rozwiązanie: córeczka zacznie wyjeżdżać do niego (i zakochanej w niej babci) na coraz dłuższe wakacje. Albo ja przeniosę się gdzieś bliżej... Samotna matka i samotny człowiek lat 40 w Polsce może wojażować za pracą ile dusza zapragnie, w końcu najgorsze stanowiska pracy już obsadziła.
Za kilka dni córeczka idzie do przedszkola. Nie wiem na ile to pomoże, ale jeśli to nie pomoże, to już nic.
To tyle, w skrócie.
Proszę o wszelkie refleksje, sugestie, linki, porady ekspertów, wszystko, cokolwiek.