sorvina
14.09.12, 13:03
Do tej pory udzielałam się w innych wątkach. Teraz potrzebuję się wygadać i uzyskać kilka porad dla siebie.
Jutro jadę na wesele brata ciotecznego. Nie widziałam tej rodziny od 6 lat, bardzo im zależy na mojej obecności, więc przełamałam niechęć do spotkania z moją toksyczną rodziną, by być z nim w ważnej dla niego chwili. Natomiast im bliżej do wesela tym bardziej wychodzą niedobitki lęków i brak pewności co do tego jak się zachować, jeśli mama z babcią postanowią wykorzystać okazję by coś ugrać. Z powodu ich zachowania zerwałam z nimi kontakt. Już nawet pomijając dzieciństwo w domu pełnym awantur, rozchwianą emocjonalnie matką i babcią dyktatorką, gdzie niszczenie mojej samooceny było na porządku dziennym; przez ostatnie kilka lat, przy okazji rozwodu z ojcem, urządziły mi piekło. Nachodzenie z rana i wyzywanie przez 40 min, grożenie, telefony z pogróżkami 3 razy dziennie, smsy i listy dziwnej treści. Opowiadanie o mnie niestworzonych historii wszystkim dookoła, robienie ze mnie wariatki łącznie z nasłaniem na mnie zaprzyjaźnionego psychiatry. A wszystko po to bym stanęła po stronie mamy i pomogła im wykończyć ojca. Odmówiłam, zablokowałam ich nr w komórce. Kolejny raz nie wpuściłam za drzwi. Oficjalnie jestem wyrodną córką, ostatnią wywłoką, nie zasługuję na nic dobrego i powinnam jej wszystko co kiedykolwiek od niej dostałam oddać, w życiu ciepłego słowa nawet ode mnie nie dostała, jestem chora z nienawiści itp. itd. Mamusia lekceważy zalecenia lekarskie i zdrowy rozsądek, bo uciekanie w chorobę od lat było jej sposobem na życie. Nikt, kto nie widział, jak szczęśliwa była dzwoniąc ze szpitala do wszystkich znajomych by relacjonować swoją sytuację, nie uwierzy. A ja tego nie udowodnię. Prawdą jest to, że po jednej z wizyt w szpitalu (kiedy już zerwałam z nią kontakt, ale odstawiła histerię, że w szpitalu jest strajk pielęgniarek i nikt nie da jej jeść, więc pojechałam i okazało się, że niepotrzebnie, miała jedzenie i pomoc bardzo troskliwych pielęgniarek, a wezwała mnie tylko po to by korzystając z publiki próbować mnie poniżyć jak najbardziej, oskarżając, wyciągając jakieś wstydliwe drobiazgi np. że jako nastolatka zostawiałam majtki na podłodze wieczorem, wiedząc, że nie odszczeknę się przy ludziach), postanowiłam, że więcej mnie nie zobaczy. Zobaczyła mnie raz, rok po rozwodzie zebraliśmy się całą rodziną by spróbować naprawić nasze relacje, okazało się, że mamie raczej chodziło o to byśmy ustalili jak mamy jej zadośćuczynić i jak się nią opiekować, przypomniała nam, że może nas podać o alimenty (ma 300 metrową chałupę a ojca puściła w skarpetkach), a mnie z jadem w głosie spytała czy już mi przeszło. Pożegnałam się i wyszłam.
Oczywiście przez lata próbowałam wytłumaczyć jej i babci, że mnie boli gdy tak mnie traktują, jedyną odpowiedzią było „jak możesz nas oskarżać, przecież my jesteśmy takie dobre/biedne chore/tyle nam zawdzięczasz * niepotrzebne skreślić. Proponowałam terapię rodziną - nie, podrzucałam książki, mama interpretowała je po swojemu. Obydwie nigdy w życiu nie przyznały się do żądnego błędu i nie zmieniły zachowania, nic nie wskazuje na to by to miało nastąpić. A raczej ich zachowanie z wiekiem radykalizuje się. Mniej panują nad emocjami. Zaczynają już nawet szarpać i w inny sposób naruszać strefę fizyczną. Każdą rozmowę z nimi przypłacałam dochodzeniem do siebie przez długie tygodnie. Leczyłam się z poczucia winy, że może powinnam to znosić i opiekować się mamą, to moja wina, że jestem słaba. W końcu przyznałam, że nie jestem cyborgiem i nie potrafię wznieść się ponad słowa i zachowania sformułowane tak by zabolały mnie najbardziej. Mogę tylko chronić siebie tak jak potrafię. Natomiast mama i babcia przemoc wobec mnie i taty stosowały w domu lub przy całkiem obcych ludziach. Reszta świata nie zna ich z tej strony. Mama tak doskonale manipuluje, że większość rodziny uważa ją za skrzywdzoną niewinność.
Na weselu wejdzie o kulach, teatralnie pokazując jaka to jest biedna i schorowana i jaką to podłą córkę ma, że jej nie pomaga. Babcia pewnie jakby nigdy nic spyta, czemu nie odbieram od niej telefonów, w ciągu tego tygodnia dzwoniła do mnie z 20 razy. Nie zamierzam dać się wciągnąć w dyskusję. Po pierwsze to nie ma najmniejszego sensu, po drugie to wesele brata i nie chcę mu go zepsuć. Wertuję książki o asertywności i wybieram odpowiedzi, by mieć je opanowane i użyć, nie dając ponieść się emocjom. Zamierzam unikać ich. Na zaczepki odpowiadać w stylu „przykro mi, że tak uważasz, mam inne zdanie na ten temat, to nie jest miejsce na tego typu rozmowy”. I inne wymijające i nie wchodzące w dyskusję. Natomiast nie wiem czy i jak reagować gdy nie będą zwracać się bezpośrednio do mnie, ale np. teatralnym szeptem żalić się wujostwu czy innym gościom. Nie mam ochoty udowadniać, że nie jestem wielbłądem, ani nawet sposobu, bo smsy i listy niszczyłam. Olewać je? Pokazać, że się nie przejmuję i iść tańczyć na drugi koniec sali?
Mam resztki nadziei, że bojąc się demaskacji, raczej odstawią scenę wspaniałomyślnych i wyciągających rękę do mnie – córki marnotrawnej, niż otwarcie wbijać szpile, ale też nie wiem do końca jak sobie poradzić z hipokryzją takich zachowań.
Rodzina... mam nadzieję chociaż, że zdjęcia wyjdą fajne ;)