martwy_punkt
28.09.12, 21:50
witajcie,
nie wiem nawet od czego zacząć, jestem tak zdołowana...może więc od początku...
mam 45 lat, całe dorosłe życie poświęciłam pracy, co negatywnie odbiło sie na moim życiu osobistym - samotność nie doskwierała mi dopóki moje życie zawodowe nie uległo zawężeniu ze względu na konieczność zajęcia się śmiertelnie chorym tatą...
trzy lata temu mój tatuś wynajął mieszkanie w naszym domu mężczyźnie, z którym w niedługim czasie połączyłam swoje losy...
pomimo różnicy w wykształceniu i pozycji społecznej ( nie, to nie dulszczyzna przeze mnie przemawia, ale dzisiaj widzę, że to też ma swoje negatywne strony w naszym związku ) zaczęliśmy być razem, a ujął mnie tym, że w sposób wyjątkowo czuły, odpowiedzialny i bez wstydu opiekował się wespół ze mną chorym tatą...
niestety tatuś odszedł na zawsze w zeszłym roku...a ja zostałam można powiedzieć zupełnie sama...
przez te trzy lata, które ze sobą spędziliśmy mój partner zrobił bardzo wiele dobrego dla domu, w którym mieszkamy - jest to mój dom rodzinny - przeprowadził remont dwóch mieszkań, wypielęgnował ogród, wprowadził wiele udogodnień, dzięki czemu żyje nam się znacznie lepiej niż wcześniej, gdy dom tak naprawdę podupadał przez wiele lat nieremontowany...to bardzo doceniam w nim i za to jestem wdzięczna...
jednakże jeżeli chodzi o sferę osobistą, współżycia porozumienia właściwie od początku nam się nie układało zbyt dobrze - On jest osobą z kompleksami, z trudnością znajduje pracę, ciągle ma pretensje do losu, polityków i całego świata o to, że tak mu się nie wiedzie.
między wierszami obwinia mnie też za swój los - deprecjonuje moje dokonania, moje wykształcenie, mój wygląd...
w ostatnim czasie to się nasila nie do wytrzymania - właśnie jestem po kolejnej awanturze, w której nazwał mnie śmieciem, imbecylem, że zgniję w rynsztoku, że żałuje dnia kiedy się ze mną związał...
rok temu w wyniku podobnej awantury doszło do tego, że zadzwoniłam na policję ponieważ był pod wpływem alkoholu i zrobił mi identyczną awanturę - bałam się o siebie, policja przyjechała, a ponieważ on nie jest zameldowany u mnie wyprowadzili go z domu...po kilku dniach przyjechał po rzeczy, które mu spakowałam i wyprowadził się...ale nie dawał mi spokoju, dzwonił pisał smsy - ze skrajności w skrajność - od wyznań miłosnych po straszenie mnie, że się zemści za zmarnowane lata...
uwierzyłam mu, przebaczyłam, wprowadził się znowu i po roku znowu jest to samo...
przed chwilą wywołał mi, że jeżeli zapłacę mu za remont domu - 40 tysięcy złotych to wychodzi jak stoi i zapomina o mnie
powiem szczerze - nie mam takich pieniędzy ale mocno się zastanawiam czy wręcz nie wziąć kredytu by się od niego uwolnić - kazałabym mu wtedy podpisać umowę, że bierze pieniądze i nie rości sobie już żadnych praw do mnie, do domu, że nic mu nie jestem winna...
ale jaką mam pewnośc, że nie będzie mnie nachodzić, że jednak mi czegoś nie zrobi, nie zemści się za to, że jednak zostawiłam go...
nie wiem co robić, nie chcę tak dalej życ, nie kocham go, boję się...