azcza78
01.10.12, 17:17
Tak włączając się do dyskusji o przemocowcach, moje doświadczenie.
Mój mąż spełnia cechy przemocowca z opisów tutaj. Ostatnio odpuściłam, czyli zrobiłam to co radzicie, zaczęłam żyć własnym życiem, nie przejmować się tym, że po raz kolejny się obraził. Uprzedziłam, że swoje zachowanie dostosuję do jego. On się nie odzywał, ja zachowywałam się normalnie, ale bez nadskakiwania, jak by to było wcześniej. On mnie za coś krytykował, wjeżdżał na poczucie wartości albo winy, czasem spojrzałam czasem nawet nie, czasem westchnęłam takim westchnieniem sugerującym "nudne to" i tyle.
Właśnie dostałam maila (a pisząc go był w pokoju obok), że odchodzi bo jestem egoistyczną zimną rybą i działam na niego destrukcyjnie, chociaż tego nie widać, bo on uczucia ukrywa, jak to robił też jako dziecko.
Wyprowadzi się jak sobie wszystko ułoży, tj. nabędzie i urządzi mieszkanie, łaskawie zostawi mi samochód, za który zapłaciłam 4/5 jego ceny, dzieckiem (1,5 roku) mamy się podzielić tak jak teraz, tj. będziemy ustalać grafik, kto danego dnia się nią zajmuje (też jak się już wyprowadzi) - czyli podporządkujemy ten grafik do jego zajęć, ew. uwzględnimy moje, których przeskoczyć nie można.
Rozmowa na temat ratowania małżeństwa - on na terapię nie pójdzie, to jemu nie potrzebne i nie pomoże. Jego zarzut to, że ja zawsze jestem obojętna i nie wykazuję inicjatywy. On oczywiście zawsze jest czuły, kochający itp. Zatem pytam, czy przez tą czułość i inicjatywę rozumie też coś takiego np. jak robił, zaraz po urodzeniu małej, gdy drażnił mnie tekstami o tym, że nie karmię piersią, takimi pół żartem pół serio, sugerującymi, że wyrodną matką jestem, dziecku krzywdę robię, np. "mama woli laktator niż dać jeść ...." "mama nie chce by .... była zdrowa i nie bolał ją brzuszek" itp. Ja płakałam, prosiłam by przestał, a ten się jeszcze nakręcał, a na koniec obrażał, że na żartach się nie znam. Bo inicjatywą to rzeczywiście było, ale tak przy okazji nie było czułością, a raczej właśnie obojętnością i lekceważeniem moich uczuć i próśb. Oczywiście nic takiego nie było, on nie pamięta. A poza tym skoro ja mam takie podejście, to on nie widzi szans na ratowanie tego związku, tylko dziecka szkoda.
I w zasadzie nie wiem co robić. Czy cieszyć się, że dał mi sam okazję do ucieczki z tego układu, w którym bym żyła pewnie jeszcze lata, nie będąc w stanie podjąć decyzji, z uwagi na jego inne "zalety" i dziecko czy płakać, że taką idiotką byłam, że z kimś takim zmarnowałam tyle lat i jeszcze trochę finansowo - zawodowo mnie przy okazji załatwił.