organza26
24.10.12, 14:44
Na wstępie chciałabym uprzedzić ‘wrażliwych’ na powtarzające się wątki,: tak, pisałam już o poniższym na innym forum.
Od prawie roku jestem zaręczona z moim Narzeczonym. To bardzo wartościowy i po prostu cudowny mężczyzna, wiem, że będzie wspaniałym ojcem i dobrym mężem. Bardzo dobrze się rozumiemy, bardzo lubimy ze sobą rozmawiać i spędzać czas, mamy prawie takie samo spojrzenie na świat i ludzi. Byłaby sielanka, ale oczywiście musi być 'ale'...
Chodzi o nasze plany na to co będzie ' po ślubie'. Tutaj się kompletnie rozjeżdżamy. On bardzo chce żebyśmy razem zamieszkali z jego rodzicami po ślubie... Jest najmłodszym dzieckiem swoich rodziców, jedynym synem (3 starsze siostry), chyba najbardziej udanym i bardzo przez nich uwielbianym. Jest po prostu bardzo ogarnięty życiowo, niesamowicie pracowity, bystry i zaradny. Jego niektórzy znajomi są 2 razy starsi od niego i często się go pytają o zdanie i się go radzą.
Rodzice to typowi ludzie ze starszego pokolenia (oboje po 60tce), mieszkają na wsi i mają spore gospodarstwo rolne. N. ma porządne wykształcenie i doświadczenie zupełnie w innym kierunku, ale rolnictwo to można powiedzieć jego pasja. Niestety tę pasję ja również będę musiała podzielać, jeśli tam zamieszkam...
Przedsmak tego co będzie miałam w to lato. Niemal każdy weekend tam spędzaliśmy. Ja do niedawna miałam delikatnie mówiąc bardzo nieciekawą atmosferę w pracy, dodatkowo w każdy piątek pędziliśmy samochodem do jego rodziców, albo ja jechałam sama, żeby z nim spędzić weekend. Oczywiście sobota i niedziela upływała albo na pracy przy warzywach, albo na siedzeniu, gapieniu się w telewizor, popijaniu kawy, rozmowach z przyszłą teściową i wyczekiwaniu na N. Ogólnie kanał.
Teściowie nie są złymi ludźmi, wręcz przeciwnie, tylko mają typową wiejską mentalność (którą znam od podszewki bo sama wychowałam się na wsi) czyli praca, praca, praca, w niedzielę kościół, upieczone ciasto, telewizor. Aktywne spędzanie czasu typu rower, spacery, wycieczki to burżujskie rozrywki dla miastowych, co to prawdziwej pracy nie zaznali, więc chce im się tak męczyć w weekend… O takich rzeczach jak kino czy teatr nawet nie wspominam... Sprząta i gotuje baba, pan mąż czeka przy stole na podanie obiadu. To ich życie i niech żyją jak chcą, tylko, że ja nie chcę mieć z tym za wiele wspólnego... A wiem, że jak tam się przeprowadzę to będę musiała się do nich dostosować...
Co mi się też bardzo nie podoba, to fakt, że jego mama jak byłyśmy same wymuszała na mnie odpowiedź w sprawie tego, co robimy dalej... Urabia mnie też tekstami w stylu 'nigdy nie dorobisz się w mieście na wynajmowanym pokoju, życie w mieście jest do bani' itp itd.
N. motywuje zamieszkanie z rodzicami tym, że przecież nie mamy oszczędności ani super perspektyw na najbliższą przyszłość, że mieszkając tam, będziemy mogli zaoszczędzić na coś swojego (mieszkanie w bloku w mieście jest dla niego praktycznie wykluczone). Z drugiej strony mam przeczucie, że jak już byśmy się tam przeprowadzili to jego rodzice, szczególnie matka, kombinowaliby jakby tu nas przy sobie zatrzymać... On też tak naprawdę chciałby mieszakć z rodzicami ile się da, bo to dla niego 'najbliżsi ludzie i przyjaciele'.
No i nachodzą mnie myśli o rozstaniu wobec wszelkiego powyższego. Tylko, że przez te 2 lata jak już jesteśmy ze sobą to był najbliższy mi człowiek, jedyna osoba, na której wsparcie emocjonalne mogłam liczyć (wliczając w to rodzonego ojca, matkę i przyjaciółki niestety). Przez bezowocne szukanie normalnej, godziwej pracy, a potem po znalezieniu owej przez fatalną atmosferę, ten czas był dla mnie chyba najgorszym w życiu. On był jedyną osobą, która była przy mnie. No i po prostu tak po ludzku zależy mi na nim. Nie wyobrażam sobie, że już nigdy nie porozmawiamy, że już nigdy go nie przytulę, serce mi pęka jak o tym myślę…
Ja mam cały czas tę samą pracę, dostałam podwyżkę, dorabiam w soboty, atmosfera zmieniła się o 180 stopni po odejściu pewnej osoby. Być może za parę lat będzie mnie stać na wzięcie kredytu na mieszkanie, czego N. bardzo nie chce, bo to ‘pętla na szyję’ i w sumie sporo racji, jednak jest to ryzyko, które chciałabym podjąć. Widzę siebie zdecydowanie w mieście po prostu.
Chciałam się wyżalić i tym, którzy dobrnęli do końca postu dziękuję.