to_ja_sowa
05.12.12, 12:38
czy mam do niego prawo? mieszkam z mezem i dziecmi za granica, starsza corka chodzi do przedszkola, mlodsza z racji wieku jest ze mna w domu. jestesmy tu juz jakis czas, a ja z kazdym dniem coraz bardziej utwierdzam sie w przekonaniu, ze nie nadaje sie do zycia na emigracji. mieszkamy w takim specyficznym miejscu, gdzie ludzie 'tubylcy' sa bardzo mili i otwarci, ale do pewnego momentu, jest pewna granica, ktorej nie przekrocza, zawsze emigranci beda tutaj obcy. zawsze myslalam, ze zycie w innym kraju jest ciekawe, fascynujace, a okazalo sie ze przynosi tylko rozczarowania. im wiecej o tym mysle tym bardziej chce wrocic do polski, chce slyszec swoj jezyk w sklepie, chce zeby moje dzieci wychowywaly sie ze swoimi rowiesnikami z ojczyzny. i nie jest tak, ze siedze w domu wyautowana i czekam na gwiazdke z nieba. ucze sie jezyka tutaj, chodze na spotkania dla mam, staram sie cokolwiek robic, zeby wczuc sie w to srodowisko, ale ciagle tylko widze czego mi brakuje. przeraza mnie mysle, ze mi lub mezowi (tfu tfu) sie cos stanie i zostaniemy sami z dziecmi, albo trzeba bedzie nagle jechac do szpitala i nikt z rodziny nie bedzie w stanie nam pomoc, a znajomi odwroca sie bo w koncu sa tylko znajomymi. na kazdym kroku czuje sie tutaj jak wrog, bo nie jestem jedna z nich, moj maz uwaza ze jestem przewrazliwiona, ale tak wlasnie sie czuje.
zanim tu wyjechalismy obiecalismy sobie z mezem, ze jesli cos bedzie nie tak to zawsze mozemy wrocic. i tylko dlatego zdecydowalam sie na przeprowadzke. nie bylo nam zle w polsce, jasne ze pod wzgledem finansowym tutaj jest 1000 razy latwiej, ale dla mnie to nie jest argument na tyle przekonywujacy, zebym wiedziala ze moje zycie tutaj ma byc juz zawsze nijakie, za to bede miala kase totalnie na wszystko. widze, ze mezowi sie spodobal ten luz finansowy, na ktory nie moglismy sobie pozwolic w polsce. ze on nie wyobraza sobie juz zakupow w dyskoncie i kupna komputera na raty, bo tutaj nas na to wszystko stac i to z jednej tylko pensji...
wiele razy rozmawialismy, maz uwaza ze to moje fanaberie, wrocic nie chce, ja moge wrocic, ale to bedzie oznaczalo rozwod, w dodatku on uwaza ze w naszym obecnym miejscu zamieszkania dzieciom bedzie lepiej, ja, patrzac na tutejsza mlodziez mam powazne watpliwosci, wiec pewnie kwestie tego z kim mialyby zostac dzieci tez beda trudne do dogadania...
kocham go, wiem, ze on kocha mnie, ale mam byc juz zawsze nieszczesliwa bo nie kreca mnie pieniadze ktore mozemy tu zarobic? nic innego naprawde nas tu nie trzyma... no mojego meza kariera, bo pracuje w branzy, o ktorej zawsze marzyl, rozwija sie i jest naprawde spelniony. dla mnie praca w zawodzie nigdy nie bedzie kwestia ktora pozwoli mi byc w pelni zadowolona z zycia, potrzebuje tez tego czegos, co mialam w polsce - nie wiem czy rodziny czy czegos, czego nie potrafie nazwac...
prosze, napiszcie, mam prawo chciec wracac?