stalova.mag.nolia
27.12.12, 21:36
Mam dwadzieścia dwa lata, trafiłam tutaj wpisując nurtujący mnie problem w czeluści wujka gugla.
Czuję się doprowadzona do ostateczności i totalnej obojętności. Całe życie byłam grzeczną, kochaną córką, postępującą tak, aby zadowolić mamę, by była za mnie dumna - szkoła, gimnazjum, liceum ukończone z wyróżnieniem. Gdy zaczęłam dorastać i mieć zalążek własnego życia przekonałam się jakim człowiekiem jest moja matka. Zawsze życie domowe kręciło się wokół maksymy: 'trzeba tak zrobić, bo inaczej matka się wkurzy', a gdy już to zrobi urządza domownikom piekło. Nie pamiętam w moim domu spokojnych świąt, niedziel, wakacji...
Zaczęło się na przełomie gimnazjum/liceum. Miałam pierwszego chłopaka, z którym nie robiłam nic złego. Zasadniczo nasza relacja opierała się na wspólnym spędzaniu czasu i powrotach do domu przed 18-19. Matka wydzierała się na mnie, utrudniała spotkania, używała epitetu: 'dama za piątkę', gdy chciałam się jakoś ładniej ubrać na to spotkanie, bo właśnie w wieku 16-18 lat dziewczynie zaczyna na wyglądzie zależeć, matka wykrzykiwała: 'żebyś się nie spodobała, damo za piątkę', a chłopaka nie znając go, nazywała pajacem. Dodam, że nie zaniedbywałam swoich obowiązków przez wychodzenie z nim popołudniami na spacery. Gdy już miałam wychodzić, często wpychała mi na siłę strasznie długą listę zakupów, żeby utrudnić mi spotkanie, często ledwie donosiłam do domu te ciężkie i zapchane do granic niemożliwości siatki... Gdy ze mną zerwał, powiedziała, że dobrze zrobił, bo z taką, jak ja się nie da. Gdy się z nim zadawałam, wchodziła do łazienki nastoletniej córce i wypytywała po co się depiluję, sugerując, że z nim sypiam. Nie miałam prawa do prywatności, moje listy, kieszenie, pamiętnik, szafa, wszystko miała przeszukane... ZAWSZE...Wyzwiska przychodzą jej z łatwością - debil, idiotka, głupia... regularnie słyszę to całe życie. Jaka jestem do niczego...
Gdy dostałam się do dobrego liceum, powiedziała, że jak będę miała trójki to mnie przepisze do gorszej szkoły, która jest bliżej, bo szkoda na dojazdy, gdy nie ma osiągnięć. Bałam się jak to będzie - dziewczyna z małego miasta, na tle dzieciaków z dużej aglomeracji miejskiej. Szybko się jednak okazało, że źle nie jest, z czasem było coraz lepiej... Jednak ona nie dawała za wygraną, zaszczuła mnie do tego stopnia, że bałam się powiedzieć, że nie nadążam na matmie... Uprzedziła mnie, że nie zapłaci za korepetycje, bo ja mam sobie radzić. Bałam się jej, miała wobec mnie wręcz chore oczekiwania. Dorobiłam się nerwicy żołądka, miałam 16 lat potrzebowałam wsparcia w domu, nie miałam go. Mam refluks, zespół drażliwego jelita i nawracające owrzodzenia. Wiedziałam, że muszę być silna, dużo poświęcałam czasu by 'mama mogła być ze mnie dumna', nigdy nie pokazała mi, że mnie kocha... kochała mnie wtedy, gdy miałam dobre oceny i dobrze mi się powodziło. W końcu z tatą ustaliśmy, że aby zdać dobrze maturę z matmy muszę chodzić na lekcje...
W 2009 roku dostałam się na wymarzone studia - budownictwo na polibudzie, gdzie aktualnie mam bronić inżyniera. Początki jednak różowe nie były, mnóstwo materiału, matma, przy której korepetytor wymiękał... i ja w tym wszystkim sama i matka wydzierająca mi się nad głową, że 'wstyd dla rodziny będzie jak mnie wywalą', 'ona łoży, a mam w dupie i się nie uczę'. Nie udzieliła mi wsparcia, a nie pozwoliła normalnie się uczyć. Na okrągło obelgi. Tata jest ze mną po cichu, nie postawił się jej nigdy w mojej obronie, chyba, że wtedy, gdy nie słyszę. Robiła wszystko, by mi dowalić. Od kiedy poszłam na studia zaczął się cały wachlarz jej manipulacji...
Miała humorek to nie dała mi pieniędzy na jedzenie i dwa tygodnie jadłam kapki z pasztetem lub serkiem. Wydzwanianie z pytaniami co robię, gdzie chodzę, czy się uczę... Na prawdę jestem rozsądną osobą, staram się... ale nie zawsze wychodzi... człowiek się nie uczy dla ocen, matki... dla siebie przede wszystkim. Ja to wiem... a od kiedy wyprowadziłam się do akademika na studia, czułam taki żal matki na każdym kroku, w piątki telefony, gdzie jestem i kiedy przyjadę, natychmiast się pakować i przyjeżdżać, bo jak nie, to nie dostanę na życie. Przezywała mnie... i miała wręcz absurdalne pretensje o moją relację z tatą. Zachowywała się chimerycznie i okazywała mi zazrość, jakbym była jej konkurencją... pytała: 'nie wstyd ci tak zawłaszczać ojca?' - dodam, że od małego lubiłam z tatą chodzić na zakupy itp. Dogadywała, że ona mnie wychowała, że dzięki niej jestem na studiach i tylko dlatego się powiodło, że ojcicec siedział za granicą i się nie wtrącał, a teraz fajnie jest mu się pokazać z wykształconą córką. Zabraniała mu mnie podwieść na egzamin, chowała kluczyki do samochodu, utrudniała złośliwie życie na każdym kroku powtarzając, że jej życie i ojca nie będzie się kręciło wokół mnie i ja myślę, że jestem pępkiem świata.
Powiedziałam jej, że to, gdzie jestem zawdzięczam wyłącznie ciężkiej pracy i nie ma jej udziału w tym, że jestem na polibudzie, bo nie przewaliła za mnie wytrzymałości, mechaniki i kilkunastu rodzajów konstrukcji, przedmiotów typowo budowlanych [miałam na myśli mój wkład w to, by te studia zrobić...]. Wydarła się na mnie, że musiała płacić i tylko dzięki korkom skończyłam tę uczelnię - brałam tylko z matmy na 1. roku. Bez zastanowienia dowala mi na każdym kroku.
Gdy pierwszy raz ugotowałam coś po swojemu, była zachwycona, ale gdy posmakowało Tacie zaczęła się krytyka mojego gotowania... i to w sposób chamski, arogancji... Odnosi się do mnie bardzo nieżyczliwie, mam wrażenie, że cieszyłaby się gdybym skisła w jakimś rynsztoku...
Po ostatniej jej paplaninie, gdzie zwyzywała mnie jak zwykle coś we mnie pękło, słyszałam, że jestem gównem, debilem, idiotką... robiła się nawet, bedąc pielęgniarką znawczynią w budownictwie... [ja się za znawcę nie uważam, ale nie mylę wschodu z południem itp]. Bardzo mnie atakowała nie widząc, że brnie histerycznie w swoje urojenia...
Nie odzywam się do niej... ignoruję, bo nie umiem z nią rozmawiać... Mam dość... w Wigilię usłyszałam, że bez niej byłabym nikim, że ledwo zrobiłam te studia, jestem do niczego i najlepiej będzie, gdy już się wyniosę, nie mam prawa myśleć samodzielnie... Każda próba rozmowy kończyła się jej odzywkami "rządzić sobie możesz tym, co sobie usrasz w kiblu' lub 'otwórz klapę od kibla i tam sobie szczekaj'.
Przy czym do obcych jest miła, dzieci sąsiadów chwali...
Doskonale radzę sobie z ludźmi, na praktykach budowlanych ustawiałam chłopów dwa razy większych od siebie, spodobałam się kierownictwu, nie daję sobie w życiu na łeb wejść, ale... słowa matki, jej zachowanie... wywołują we mnie takie paraliżujące cierpienie, że nie mam siły do działania... po obronie chcę się wynieść do faceta, którego znam już parę lat... bo od mnie wspiera i przynajmniej na jakiś czas zerwać kontakt.
Ostatnio wymyśliła, że ukara mnie za krnąbrność i nie kupi nowej pralki - pościel, koce i zasłony kazała mi prać ręcznie. Uratował mnie tata kupując pralkę... Regularnie wydzwania po rodzienie opowiadając na mnie brednie wyssane z palca, gdy byłam nastolatką powiedziała, że nie będzie mi gotowała obiadu, bo jej się nie chce... Czyni mi uwagi, sama będąc klocem, że jestem gruba - 165cm, ważę 60kg...
Sama nie wiem, czy nie mówiąc do niej nic, postępuję właściwie... musiałam się wyżalić... zapytać innych, jak poradzili sobie z tym poczuciem winy, że to 'ze mną jest coś nie tak to moja wina'... jestem w stanie sama sprawić, że zacznę olewać jej zachowanie? :(