mad98
04.01.13, 22:10
Jesteśmy małżeństwem z 10-letnim stażem. Bardzo często myślę, że mam udane życie. Wybudiwany dom, praca, dwie wspaniałe córeczki. Mąż jest policjantem. Dobrym człowiekiem. Ale chyba nie dla mnie....... Czasem tak myśle. Choleryk, któremu, gdy się nastąpi na odcisk rzuca mięsem. Mówi do mnie szmato, małpo, idiotko, ośle, czasem ku.... Początki naszego malżeństawa były wspaniałe. I dalej jest ono udane, poza tymi włąsnue sytuacjami. Wracając do początków: po takich akcjach siedziałam i płakałam, przeżywałam to kilka dni. Obecnie chodzę na terapię (zaburzenia nerwicowo-depresyjne po drugim porodzie), od 1,5 roku i w końcu zaczęłam widzieć efekty. Tylko zachowania męża sie nie zmieniły. Co prawda rzadziej się kłócimy, bo jakoś jestem teraz silniejsza, ale....... Mąż nie szczędzi do mnie rynsztokowego jężyka,jest policjantem, ma grubą skórę. Ostatnio właśnie tak mnie zwyzywał. Dwa oststanie dni leżę plackiem z grypą. Dziećmi zajmuje się niania. Nawet do mnie nie zajrzał. Dziś tylko wydał poplecenie, żebym ruszyła dupę i znalazła mu jakiś rachunek. Nie zareagowałam. W nowy rok nie wytrzymałam. Powiedziałam o wszystkim teściowej i mojemu tacie, który akurat do nas wpadł i zobaczył mnie zapuchnięte od płaczu. Takie akcje mają miejsce powiedzmy raz na kilka miesięcy, pół roku, ale bardzo mnie ranią. Mąż jest konfabulantem. Mówię to z przekonaniem. Bardzo często koloryzuje i przesadza. Gdy tylko mu coś dolega, stawia na nogi cały dom, gdy mi coś jest przeważnie ma to w nosie, albo załatwia swoje sprawy. Ojcem jest wspaniałym. Rozpieszcza dzieci. Gdy mamy ten swój dobry okres, wszystko jest w porządku. No może prawie wszystko. Chciałam sie wyżalić. Jak mam żyć z cholerykiem????