jedynybasek5
19.01.13, 00:35
Witam serdecznie. Piszę do Państwa z takim problemem. Postaram się opisać sytuację, jej zawiłości , jak najlepiej, chciałabym, żebyście mogli zobaczyć wszystko z mojej perspektywy. Otóż mam sąsiadów- parę ( nie małżeństwo, ale to chyba bez znaczenia) ok. 40 lat, syn 17 lat, córeczka, 2,5 roku. I babcia, starsza kobieta. Nie ma w tym domu alkoholu, pijaństwa, nikt nikogo nie bije. ALE. Jest bieda. (wiem o tym, bo mam dobrą znajomą, która mieszka zaraz obok nich, dzielą ich tylko drzwi, pozatym, jest ona chrzestną dziewczynki i też zależy jej bardzo na dobru tego dziecka, tak jak i mi, mam córkę w tym samym wieku). Ojciec pieniędzy nie dostarcza, pojawia się raz na czas. Matka NIGDY nie pracowała. Jest osobą o bardzo zanizonej samoocenie, choruje na depresję, w ostatnie lato była w szpitalu psychiatrycznym , bo groziła, że się zabije. Jest bardzo nieporadna życiowo- nie umie posprzątać, ugotować dziecku, napalić w piecu- wszystko to robi jej matka, babcia dzieci, która jest już u kresu wytrzymałości- fizycznej i psychicznej. Żyją wszyscy z jej emerytury- w domu nie ma już gazu, bo odcięty, opału, jest zimno, a nikt nie poczuwa się do odpowiedzialności, żeby cokolwiek z tym zrobić. W domu nie ma termometru dla dziecka ( za każdym razem my pożyczamy), nie potrafią podać antybiotyku "bo mała płacze", co ostatnio skończyło się krwotokiem, szpitalem.
Pomimo zaleceń, żeby podawać laktulozę, bo dziecko cierpi na przewlekłe zaparcia, matka nie podaje. BO NIE MA (ale na święta były 4000zł , żeby kupić sprzęt kuchenny, przecież trzeba było dziecku leki kupić, rachunki opłacić...) Dziś znów babcia z płaczem pożyczała od nas, bo dziecko zasnęło takie wymęczone z bólu. Matka dziewczynki od początku nie chciała tej ciąży, mówiła do mnie, że jakby się raz porządnie "wk...iła" to by poroniła i byłby spokój. Słyszę często jej krzyki, pomimo , że mieszkam piętro wyżej- na matkę, na syna, na partnera, czasem na małą. Bić raczej nie bije. Dziecko kocha, tylko NIE POTRAFI się nim zająć, nie chce nic zmienić, nie wiem czy to wina depresji, czy wygoda. Starszego syna też z tego co wiem wychowywała babcia ( tak mi mówiła, a jak było...)
Proszę nie zrozumcie mnie źle- ja nie chcę dodatkowo utrudnić im życia. Ja tylko nie chciałabym, żeby temu dziecku coś się stało, a potem będą wszyscy pytać- czy sąsiedzi nic nie widzieli...? Cchciałabym zrobic coś, żeby tą matkę otrzeźwić, juz jej tłumaczyłam, niech poda partnera o alimenty, niech zrobi cokolwiek- i tak matka zajmuje się małą, niech idzie do pracy, na magazyn, gdziekolwiek, to mówi, że nigdzie jej nie przyjmą bo nie ma zębów ( górnych wszystkich) . Nic nie dociera do niej, nic. Gdyby tam było biednie, ale widac by było, że Ci rodzice starają się jak mogą, to tak, ja wszystko rozumiem, no życie. Ale podstawowe rzeczy- dziecko ma 2,5 roku- w domu nie ma panadolu, strzykawki, termometru, matka nie potrafi podać leków, a jak babka mówi "idź z nią do lekarza, bo..." to krzyczy na nią, że wymysla dziecku choroby, a potem kończy się szpitalem... Jest mi strasznie szkoda tego dziecka, boję się co będzie, jesli ta babcia kiedyś umrze? Jak oni sobie dadzą radę? Przecież matka nagle nie zacznie sprzątac, gotować, skoro nigdy tego nie robiła...? Doradźcie coś, bo ja nie wiem, nie chcę nikomu w zycie włazić z butami. ale nie chcę też mieć poczucia, że gdyby cos się stało, że mogłam coś zrobić, a nie zrobiłam...
Mam tak samo jak Tyyyyyyyyyyyyy ;)