galwaygirl
20.01.13, 22:47
znalazlam sie w jakims takim dziwnym stanie, ze juz nie wiem, co ze soba zrobic, jak sie ogarnac. dopadlo mnie jakies mega lenistwo, od 2 mies prawie w ogole nie dbam o siebie, w kazdym razie mniej niz wczesniej, nie cwicze, nie trzymam diety... mam jakiegos dola, moje dni przeplywaja przez palce. wstaje, ogarniam dom, siebie, dziecko, wychodze do pracy, w ktorej juz nie moge wytrzymac, mam jej dosyc, jak wracam do domu jest najczesciej w okolicach polnocy, takze ide spac i kolejny taki sam dzien. z moim facetem sie praktycznie caly czas mijamy, z reszta nawet jesli raz na jakis czas zdarzy nam sie dzien wolny to jest roznie, raz cudownie, raz mega awantura. ja nerwus, on ostatnio jeszcze wiekszy nerwus, w sumie w ciagu ostatniego roku kilka razy zdarzylo sie, ze podczas awantury mnie uderzyl... z reszta nawet jak nie dochodzi do rekoczynow potrafi powiedziec mi tak niemile rzeczy, ktore potem siedza w glowie przez dlugi czas.
nie mam z kim pogadac, mieszkamy od roku w tym miescie, ja sie tu za nic nie moge zaklimatyzowac. przez pierwsze pol roku on pracowal, ja siedzialam w domu (lapalam doly, a on szukal pocieszenia u kolezanek :/) teraz od 6 mies pracuje, ale jakos nie nawiazalam zbyt bliskich relacji. zawsze bylam raczej towarzyska, fakt, nigdy nie na zaszadzie tysiace znajomych, raczej kilku, ale zaufanych, a teraz bywaja dni, kiedy nie mam nawet z kim pogadac. jakies takie powierzchowne znajomosci "na fajka" w pracy mam, mialam dwoch kolegow blizszych, ale jeden zaczyna mnie irytowac samym soba, na drugim zaczelo mi zalezec, z reszta moj facet go nie znosi (z wzajemnoscia ). takze znow jestem w opcji, ze nie mam nikogo bliskiego.
ogolnie to po prostu mam wiecznie dola, czasem zdarza sie mega dobry humor, ale ostatnio chce mi sie non stop plakac, w takich najbardziej hardcorowych momentach mam jakies mysli, zeby po prostu skonczyc to wszystko, najesc sie jakichs prochow czy czegos tam innego... przerazaja mnie moje stany ostatnio, tak, jakbym nad soba nie panowala, mam jeden sposob myslenia wtedy, wszystko jest np tylko czarne. mysle sobie wtedy tylko, ze jestem na prawde walnieta, zachowuje sie jak wariatka chyba... ostatnio jak mialam taki stan, bylam zla na znajomego o cos, a zaczelam pisac do mojego wracajacego z pracy chlopaka, ze go nienawidze, ze moze nie wracac, bo jest klamca itp (oczywiscie wyzylam sie na nim, bo bylam zla na kumpla, poczulam sie przez niego olana, a pretekstem tego wyzycia sie bylo to, ze kiedys mial moj facet jakies laski na boku). generalnie to zaczynam sie powaznie zastanawiac, czy przypadkiem nie powinnam sie udac do jakiegos zamknietego zakladu hehe, mysle tez, ze lepiej dla mojego synka, zeby mnie nie bylo, po co mu walnieta matka... mam wrazenie ze jestem jakims produktem z wada fabryczna, nie nadaje sie do niczego, nic ze mnie nie bedzie. tak, wiem, powinnam isc na terapie, ale ani nie mam na nia czasu ani kasy, pieniedzy z reszta nam na wszystko brakuje, gdyby nie moi rodzice, to mniej wiecej w polowie miesiaca nie mielibysmy juz za co zyc. nie wiem co mam zrobic ze soba, mysle, ze jestem powodem wszystkich moich problemow w sumie. plakac mi sie chce, caly czas, tylko plakac.