czy to moja wina?

03.03.13, 18:02
Witajcie, w nawiązaniu do jednego z moich postów sprzed kilku miesięcy (forum.gazeta.pl/forum/w,898,138705040,138705040,rozstanie_z_mezem_nowy_zwiazek_watpliwosci_.html) chciałam skonfrontować moje refleksje z jakimiś z zewnątrz...
Jestem dalej w związku lub nie-związku z tym panem, ogólnie chyba mogę nazwać go dość burzliwym, mieliśmy różne okresy przez całą zimę, raz było lepiej, raz gorzej. Lepiej tzn normalniej, wspólne spędzanie czasu po pracy, a więc wieczory telewizja, komputer i takie tam siedzenie, gotowanie, zakupy, codzienne życie, bez większych wyjść, spacerów, podrozy. Lubię to, choć potrzebuję czasem wyjść do ludzi, zrobić coś razem oprócz zakupów. W przeciągu tych miesięcy bylismy pare razy w kinie, raz na piwie ze znajomymi, raz na koncercie. Z grubsza tyle. On duzo pracuje, tam się realizuje. Ale to byly takie lepsze okresy, kiedy bylismy w dobrym kontakcie. Kiedy byly okresy gorsze, tzn rozmowy, ze potrzebuje więcej uwagi, czułości, że nie wiem na czym stoję, czy jest szansa na wspólną przyszłość, wspólne plany, to konczyly sie jego zloscia, ze znow mu robie wyrzuty, że jestem nieszczęśliwa, ze jestem niezadowolona i nie umiem sie cieszyc z tego co mam i np. stluczeniem szklanki, rozbiciem klawiatury, gdy sie zdenerwowal podczas rozmowy na temat "nas". Slyszalam rozne sformułowania, kiedy sie zdenerwowal, typu spie...j tez sie zdarzylo. Po tych wybuchach nie przeprasza, nie wraca do tematu, następne spotkania są jak gdyby nigdy nic. Kiedy probuje rozmawiac na temat tego co dalej, jak ja sie z tym czuje potrafi tak argumentowac w rozmowie ze to ja czuje sie winna, ze go sprowokowalam, ze znowu mu truje. A rozmowy dotyczyly glowie tego, gdzie bedziemy mieszkać, bo tu sie nie mozemy dogadać oraz innych kwestii np. spotykania sie z jego rodzina. Otoz, on mowi, ze jego rodzina mi nie ufa (przez moje watpliwosci co do tego zwiazku, moja ambiwalencje), a on nie odpowiada za uczucia innych, wiec nie utrzymujemy kontaktu z jego rodzina. Czuję się trochę jak piąte koło u wozu. W sylwestra byliśmy w domu, bo on był przeziębiony przez cały tydzień. Na święta prezentu nie dostałam, bo nie wiedział co mi kupić. Na urodziny prezent dostałam po czasie, gdy się upomniałam. Zastanawiam się, czy on mnie kocha czy jestem jakąś zapchajdziurą czy jak.. Mówi, że kocha, tylko ja tego nie widzę, że chcę go zmieniać.. Tylko, że ja jakoś tego nie czuję i w tym tkwi mój problem. Czuję się jak jakiś element, dodatek. Jak jestem to jest ok, jak nie to też nic się nie dzieje. Kiedy się nie odezwę i nie przyjadę, to on raczej się rzadko odzywa (bo pracuje, jak ma wolne to czeka, aż ja się odezwę albo nie odzywa się umyślnie). Jak zadzwoni to mówi „tęsknię, przyjedź”. No to ja co, wsiadam w auto i jadę (jakieś 20km). I tu tkwi szkopuł, on mówi, że nie będzie do mnie przyjeżdżał bo mieszka w mieście X. Więc tak trochę pomieszkuję tam, ale jestem już zmęczona życiem na torbach. I teraz wyprowadza się z mieszkania byłej żony, które wynajmował od niej, tłumaczy to, że z mojego powodu bo mi to nie pasowało i nie chciałam się tam wprowadzać. A ja wciąż się waham, czy się przeprowadzac tam i mieszkac z nim, czy nie. I znow moja wina, ze chciałam mieszkac z nim, naciskalam na zmiane mieszkania, a teraz wciąż się nie umiem zdecydowac. W sumie tak…ale od jakiego czasu jestem taka zmeczona tym, mam duzo obaw.. Jestem dość niezależna, w mieście Y mam dom, choć do pracy dojeżdżam kawał drogi. Nie wiem czemu, ale mam jakiś wewnętrzny opór. Chyba czuję, że jak ja się nie wprowadzę do jego miasta, to ten związek padnie, chociaż on zaprzeczał, mówił, że jeśli nie chce się wprowadzić to jakoś będzie. No tak, jakoś, jak ja będę przyjeżdżać, taszczyć torbę i nocować u niego, zwłaszcza, że efektem sprzeczek i próby ustalenia czegoś kończyło się tym, że „zrywamy”, dlatego, że jestem z nim nieszczęśliwa… Taki był powód. A potem to on miał myśli samobójcze, mowil, że mnie potrzebuje. Mam taka huśtawkę emocjonalną w tym związku.. I teraz znow się nie odzywa od paru dni, bo ja się nie odzywam. Nie wiem, czy czeka, az ja się odezwę, nie wiem.. Zalezy mi na nim, chciałabym to jakos poukładać, ale jakos tak mało mnie w tym wszystkim. Z jednej strony partner daje mi dużo swobody (na zasadzie rób co chcesz), mówi, że chce ze mną mieszkać, jest ze mną szczęśliwy ale stawia mnie przed faktem dokonanym ja mieszkam tam i tam,to twoje życie, ty rób co chcesz. Jakos tam malo "my", "nasze plany". Chce budowac swoj dom, w ktorym mialabym mieszkac. Ale to nie bylby "nasz" dom, tylko "jego". Nie wiem, czy się na to decydować... Myślałam, że związek to na zasadzie „robimy razem”, dostosowujemy się trochę dla wspólnego dobra, by obie strony czuły się dobrze. A ja się czuję trochę jak współlokator, ktoś komu się relacjonuje dzień. Zdaję sobie sprawę, że on ma taki styl przywiązania, taki sposób realizowania związku i teraz albo to zaakceptuję albo nie. Ale czy naprawdę nie da się tego jakoś wypośrodkować? Czy to naprawdę moja wina, że związek się rozpada bo nie chcę się przeprowadzić, bo jestem nieszczęśliwa? Może ja faktycznie nie potrafię akceptować pewnych rzeczy, probuje go zmieniac i ustawiac pod siebie niedojrzale i egoistycznie? Mam problem ze zrozumieniem tego.. ;/

    • izabelski Re: czy to moja wina? 03.03.13, 18:19
      Kiedy byly okresy gorsze, tzn rozmowy,..... to konczyly sie jego zloscia, stluczeniem szklanki, rozbiciem klawiatury, gdy sie zdenerwowal podczas rozmowy na temat "nas". Slyszalam rozne sformułowania, kiedy sie zdenerwowal, typu spie...j tez sie zdarzylo. Po tych wybuchach nie przeprasza, nie wraca do tematu, następne spotkania są jak gdyby nigdy nic.

      to podsumowuje nastawienei twojego poartnera do ciebie

      dopoki robisz tak jak on chce - toleruje cie

      jaeli zadajesz niewygodne pytania - jest agresywny

      czy uwazasz ze czlowie tak sie zachowujacy jest wart twojego czasu?

      w zyciu nei wiazalabym sie z kims takim
      • krokodil123 Re: czy to moja wina? 03.03.13, 18:26
        Mi też to się nie podoba.
        Ty mu mówisz o siebie i swoich uczuciach, a on ci mówi spier.....aj-i co dalej się dzieje???

        Wydaje mi się że jeżeli zamieszkacie razem to na godzien będą wyzwiska i latające talerze jeżeli panu się to zdarza teraz podczas "zaręczyn".

        Może napisz jaki jest powód rozwodu tego pana i czy znasz wersje jego byłej żony.
        • krokodil123 Re: czy to moja wina? 03.03.13, 18:26
          na godzien=na co dzień
          • aqua48 Re: czy to moja wina? 03.03.13, 18:42
            Wiele rzeczy mi się tu nie podoba - odseparowanie od rodziny, obwinianie o wszystko, wyzwiska, brak umiejętności spokojnej rozmowy i okazywania uczuć (dziewczyna musiała się UPOMNIEĆ o prezent?) i to rozbijanie przedmiotów z gniewu.
            A co byłoby gdyby po prostu przestała się z panem kontaktować? Może to najprostszy sposób na zweryfikowanie jego nastawienia do niej?
            • isa_na Re: czy to moja wina? 03.03.13, 21:33
              Aqua, jak przestaje sie kontaktowac to jest raczej cisza na zasadzie ukarania mnie czemu ja sie nie odzywam i on czuje sie pokrzywdzony.
              • aqua48 Isa 04.03.13, 15:23
                isa_na napisał(a):

                > Aqua, jak przestaje sie kontaktowac to jest raczej cisza na zasadzie ukarania m
                > nie czemu ja sie nie odzywam i on czuje sie pokrzywdzony.

                Taa, a TWOJE uczucia gdzie w tym wszystkim są? Nie masz dość karania i nie czujesz się pokrzywdzona?
                Czy ten pan w ogóle o Ciebie zabiega? Zależy mu na Tobie? Stara się?

        • isa_na Re: czy to moja wina? 03.03.13, 18:39
          wyglądało to tak, że płakałam i wychodziłam, po jakimś czasie się odezwałam albo on się odezwał, coś tam potłumaczyłam, on przyznał rację, było ok. Rozstaliśmy się z małzonkami dla siebie. Z tego co wiem, w malzenstwie zachowywal sie podobnie (rozmawialam pozniej z jego zona, mialam tez takie informacje juz po tym jak wpadlam po uszy zakochana ;] ) tzn duzo pracowal, mieli wlasne zycie, taki zwiazek "otwarty", a ona podporzadkowana, jak mowil nie potrafila walczyc o swoje, on nawet probowal ja do tego zachecac, ale zona byla dosc ulegla. Wiec z jednej strony go to nudzilo, ale mial posluch i wladze. A ja sie domagam pewnych rzeczy, wiec z nim "caly czas walcze" jak on mowi i znow mu to nie pasuje. Mowie mu, ze nie walcze z nim, tylko o nas i o to, zeby uwzglednial tez moje potrzeby.
          • izabelski Re: czy to moja wina? 03.03.13, 19:16
            a gdzie szacunek dla drugiej osoby?
            w innym watku tu na forum ktos polelcil ta lekture
            wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,13446880,_Gdy_ludzie_dobrze_ze_soba_zyja__naczynia_same_sie.html
            jesli nie widzisz teraz rysow i problemow - to one beda sie poglebialy
            czy twoj partner rozstal sie ze swoja zona a potem poznal ciebie, czy zdradzal spotykajac sie z toba?
          • marina2 Re: czy to moja wina? 03.03.13, 19:22
            pakuj zabawki i w nogi.nic z tego nie będzie
          • krokodil123 Re: czy to moja wina? 03.03.13, 19:54
            Nie mogłam zobaczyć poprzedniego tematu i nie znam całej historii.
            Ale osobiście jak jestem po przejściach i wiem czego mi potrzeba i czego się wystrzegać do takiego panu co mnie wyzywa i doprowadza do płaczu nie odezwałabym się więcej.

            To wygląda tak że nic nie jest przepracowane, słowa i czyny pod dywan, a ty się prosisz o następną dawkę tego samego.
            Ale to zaznaczam jeszcze raz jest moja teoria.

            No tak....żona była nie dobra, uległa i nudna....sama rozumiesz że ona nie miała innego wyboru i przy nim stała się taka jak pan wymagał.
            Może się go spytaj jaką kobietę potrzebuje i jak on wyobraża sobie związek. Ale nie pokładaj duże nadzieje w tym, zauważyłam na własnym przypadku że ludzie mają wyimaginowane
            (chyba to jest prawidłowo słowo) pojęcia o tym co szukają i czego sami sobą prezentują.
            Ot taka proza życia-ja mam duże domniemanie o siebie i myślę o sobie bóg wie czego a inny tego nie dostrzegają a wręcz przeciwnie.

            A czy macie dzieci?
            • vadera12345 Tu jest do smutnej historri autorki wątku 03.03.13, 20:42
              forum.gazeta.pl/forum/w,898,138705040,138705040,rozstanie_z_mezem_nowy_zwiazek_watpliwosci_.html
              • krokodil123 Re: Tu jest do smutnej historri autorki wątku 03.03.13, 20:56
                Teraz przeczytałam i mi się przypomniało.
                W sumie u was ciągle to samo bez zmian.

                Dobre rady ci dała mab32.
                • zuzi.1 Re: Tu jest do smutnej historri autorki wątku 03.03.13, 21:01
                  Ten pan ma b. trudny charakter, miał uległą żonę, którą mógł rządzic-źle rozeszli się, jest w związku z panią, która wymaga i nie jest az tak uległa-źle strzela fochy i rzuca agresją na prawo i lewo, to o co temu trudnemu człowiekowi chodzi, może on powinien byc po prostu sam ze sobą i nie zawracac sobie głowy żadnymi związkami z kobietami, bo się do tego po prostu nie nadaje, a może powinien sobie poszukac jakiegos pana ;-))) może wtedy byłby zadowolony i życiowo spełniony ;-) pozdrawiam autorkę, daj sobie z tym trudnym typem spokój, męczysz się i szarpiesz nerwy i zdrowie, po co Ci to????? lepiej byc samotną umwaiającą sie z panami na kawę itp niz na siłę na stałe z takim trudnym partnerem. Ja bym sobie go odpusciła. Masochistką jestes autorko? Czasem się nie da byc ze sobą i to jest chyba taki przypadek.
                • izabelski Re: Tu jest do smutnej historri autorki wątku 03.03.13, 21:01
                  ktos z doswiadczeniem powiedzialby, ze b.trudno stworzyc nowy zwiazek jak sie nie odzwyczailo od starego

                  najlpiej dla autorki byloby, zeby wyprowadzila sie, pomieszkala sama
                  moze wtedy spotykac sie z nowym partnerem na swoich warunkach
                  albo u niego albo u siebie, ale wracac do siebie, nie byc sprzataczka i kucharka

                  za jakis czas bedzie wiedziala co chce i gdzie powinna byc sercem i cialem
                  • zuzi.1 Re: Tu jest do smutnej historri autorki wątku 03.03.13, 21:10
                    z opisu widac, że pan pani nie szanuje i pani nie jest chyba spełnieniem pana marzeń, lub pan sam nie wie czego chce od życia i od kobiet, od takich typów nalezy trzymac się z daleka a nie wchodzic z nimi w związki, bo potem te związki wyglądają długookresowo tak jak autorka opisuje, czyli do dupy...
                • isa_na Re: Tu jest do smutnej historri autorki wątku 03.03.13, 21:16
                  Wlasnie, bez wiekszych zmian, oprocz tego, ze ja ciagle licze na przejaw tego, ze bylam nieprzypadkowa w jego zyciu ale chyba juz zostaja resztki zludzen :)
                  Zuzi, dokladnie, mam wrazenie ze on potrzebuje byc tylko sam ze soba, a ja mu jakos zaburzam moimi oczekiwaniami jego wewnetrzny swiat, moja obecnosc jest fajna na obiad/seks/relacje z dnia poki cos mi sie nie spodoba, kiedy sie usmiecham i nie robie problemow jest ok. Smutno mi, nie wiem na kogo jestem bardziej zla, na niego czy na siebie. Zastanawiam sie czemu tak jest, nie chodzi raczej o powrot do zony.Jego zona (jeszcze nie maja rozwodu bo paru miesiacach zaszla w ciaze z kims innym. To chyba duze odreagowanie tej sytuacji ;]
                  Hm, chyba mam cos z masochistki czasem sama nad tym dumam, czemu tak sie zachowuje. Chodze na terapie, ale idzie wolno ;p
                  Krokodil, nie mam dzieci ani z nim, ani z mezem.
                  • zuzi.1 Re: Tu jest do smutnej historri autorki wątku 03.03.13, 21:26
                    Isa, ile masz lat? Potrzeba Ci mocnego kopa w tyłek, takiego pozytywnego, ja Ci go mogę dac ;-) opanuj się dziewczyno, nie szkoda Ci zycia na takiego trudnego typa, uwierz, naprawdę zasługujesz na kogoś ZNACZNIE lepszego niz ten "mężczyzna", to nie jest prawdziwy facet, który nie wie, jak należy kobietę traktowac, dla obopólnego dobra. Tracisz czas na niego, a mogłabys go przeznaczyc na SIEBIE. Daj sobie z nim spokój, zapisz się na jakiś kurs asertywnosci, poprawy poczucia własnej wartosci, bo chyba masz z tym problem i to wpływa na to, że trzymasz się takiego marnego człowieka. Moze to jakiś narcyzik zakochany w sobie, który nie potrzebuje nikogo innego do życia niż on sam. Obudź się, PROSZĘ CIĘ ZRÓB TO, bo stracisz kolejne miesiące na kompletnie nie rokujący związek.
                    Może masz coś z kobiety kochającej za bardzo, nie wiem, poczytaj sobie na ten temat, plus książka "kobiety, które kochają za bardzo". Nie warto byc z kimś takim, on wpływa negatywnie na Twoje poczucie wartosci i zamiast cieszyc się z zycia, martwisz się przez jakiegoś beznadziejnego typa.

                    www.google.pl/url?q=http://www.kobieceserca.pl/&sa=U&ei=c7EzUcD0Iaqp4gTH-YDgAQ&ved=0CBoQFjAA&usg=AFQjCNH7c1V9x4smcjiOHIPqCMlvshxDYg
                    • isa_na Re: Tu jest do smutnej historri autorki wątku 03.03.13, 21:39
                      Zuzi, mam 27 lat. Noo przydaloby mi ogarniecie w zyciu, bo odkad sie skupilam na nim zdecydowanie zaniedbalam siebie i faktycznie stalam sie depresyjna, marudna. Asertywnosc to nie jest moja mocna strona ;pp tez mialam sporo narcystycznych rys w sobie, ale odkad go blizej poznalam to mnie pobil swoim doswiadczeniem i nie moge sie z nim w jego narcyzmie rownac, wiec na mnie juz nie ma miejsca ;pp
                  • krokodil123 Re: Tu jest do smutnej historri autorki wątku 03.03.13, 21:35
                    Dobrze że przynajmniej dzieci nie są w tym zamieszane.

                    Ja to stara dupa jestem z odzysku, dzieci odchowane....miałam związek z takiego pana (ja wolna, on też) gdzie na początku dopóki motylki fruwali było wszystko w porządku.

                    Potem się zacięło podobnie do ciebie ale lajtowo bez wyzwisk czy awantur.
                    Facet spokojny i kulturalny co bardzo mi się podobało, ale....jakoś nieobecny, nie za bardzo wchodził w tematy, tłumaczyłam to sobie braku potrzeby rozmów o uczuciach, brak planów na przyszłość.
                    Czułam się zbędna, ale z drugiej strony miał porywy że jestem ważna dla niego, że na zawsze etc. Myślałam że może to i z wiekiem tak ludzi się robią mało obecni i jak by zmęczeni.
                    Coś mi brakowało, coś mi nie pasowało, ale czekałam i łudziłam się...czułam się nie kochana i nie pożądana obok niego a też nie mieszkaliśmy razem.
                    Aż do momentu kiedy pan mi powiedział że chciałby się ze mną zestarzeć.
                    Przerażałam się i pomyślałam że tak na prawdę ja już się czuję stara i niepotrzebna kolo niego i się wymiksowałam.
                    • isa_na Re: Tu jest do smutnej historri autorki wątku 03.03.13, 21:42
                      Krokodil- :)) no wlasnie, czasem ludzie po prostu do siebie nie pasuja i to tez jest duza sztuka akceptacji tego stwierdzenia. Jedynym to przychodzi latwiej, innym nie ;p grunt to nie zalowac
    • orien Re: czy to moja wina? 03.03.13, 21:05
      Ach. Przeczytalam poprzedni watek. Pisalas, ze walczylas o ten zwiazek, ale to nie jest ... zwiazek. To jest jakis uklad, w ktorym albo podprzadkujesz sie, albo bedziesz 'ukarana' nieobecnoscia niby-partnera, ktory pokazuje cechy przemocowca. Uciekaj z tego ukladu.
    • pibelle Re: czy to moja wina? 03.03.13, 21:14
      Bagno, a jeszcze nawet nie mieszkacie razem. I co, myślisz, że będzie lepiej? Mylisz się.
      • isa_na Re: czy to moja wina? 03.03.13, 21:30
        W sumie to właśnie, zastanawiam się, czy jak się przeprowadzę do jego miasta i z nim zamieszkam (pewne kwestie za tym przemawiaja, np bede miala duzo blizej do pracy bo tu gdzie mieszkam mam dwa razy dalej) bedzie inaczej, bedziemy wiecej czasu spedzac razem, itd....tylko resztki instynktu samozachowawczego ostrzegaja mnie, ze wcale tak byc nie musi ;]
        no wlasnie, to nawet nie chodzi o okazywanie czulosci i codzienne dbanie np robienie sniadan bo to robi, jedynie chodzi o to ze nie mam poczucia, ze on mnie szanuje. I w sumie, nie da sie chyba na to zapracowac (to akurat pozostalosci z dziecinstwa, ktore pieknie sie wkomponowuja w takie relacje) , bo albo ktos nas szanuje i kocha, albo nie. Pracuje nad tym dziewczyny, ale to trudne kiedy ktos mowi, ze chce byc i cie kocha a zachowuje sie przecząc temu :((
        • zuzi.1 Re: czy to moja wina? 03.03.13, 22:05
          isa, resztki instynktu samozachowawczego powinny Cię ostrzec, że na bank NIC SIĘ NIE ZMIENI W JEGO ZACHOWANIU, skoro już teraz jest tak jak jest, po tylu m-cach niby związku, on nie rozumie Twoich potrzeb i nawet nie próbuje ich zrozumiec, jest wyraźnie skupiony głównie na sobie i swoich potrzebach. Czytałas "Kobiety które kochają za bardzo"? tam jest napisane, ze gdy w dzieciństwie dostało się mało albo prawie wcale akceptacji, poczucia bezpieczeństwa itp. to wówczas wybiera się takich nędznych partnerów, z problemami nie do naprawenia.
          A w książce "Molestowanie moralne" jest dużo o narcyzach, zacytuję kawałek: "jednostka narcystyczna narzuca swą włądze po to, aby zatrzymac drugą osobę, lecz jednoczesnie obawia się, aby nie stała się ona zbyt bliska, by jej nie ujarzmiła.Chodzi więc o utrzymanie drugiej osoby w stanie zaleznosci czy wręcz zawłaszczenia, żeby utwierdzic się w swojej własnej wszechmocy. Partner zaś, ogarnięty poczuciem winy i wątpliwosciami, naby ie jest w stanie reagowac. Niewypowiedziany komunikat brzmi:" Nie kocham Cię !!!", lecz podaje się go w sposób zawoalowany po to, aby druga osoba nie odeszła, oraz wprowadza w życie w sposób pośredni. Partner musi pozostac, aby znosic ciągłe frustracje, ale jednocześnie trzeba uniemożliwic mu myślenie, aby nie uświadomił sobie tego, co się dzieje". Polecam Ci tą ksiązkę, a podobno kazdy z nas ma jakiś rys narcystyczny w sobie, tylko, że normalni ludzie nie wykorzystują tego do niecnych celów.

    • rurek00 Re: czy to moja wina? 03.03.13, 22:01
      Co ty dziewczyno masz z tego związku? Po co ci to?
      Wygląda na to, że lubisz takie jazdy emocjonalne.
      Albo tkwisz w tym, bo sama przed sobą nie chcesz się przyznać, że nie było warto rozwalać małżeństwa dla takiego typa. I idziesz w zaparte.
      • zuzi.1 Re: czy to moja wina? 04.03.13, 13:13
        Isa, i jeszcze zaznaczę w Twoim opisie Waszej relacji zachowania "pachnące" przemocowoscią tego pana:

        "Kiedy byly okresy gorsze, tzn rozmowy, ze potrzebuje więcej uwagi, czułości, że nie wiem na czym stoję, czy jest szansa na wspólną przyszłość, wspólne plany, to konczyly sie jego zloscia, ze znow mu robie wyrzuty, że jestem nieszczęśliwa, ze jestem niezadowolona i nie umiem sie cieszyc z tego co mam i np. stluczeniem szklanki, rozbiciem klawiatury, gdy sie zdenerwowal podczas rozmowy na temat "nas". Slyszalam rozne sformułowania, kiedy sie zdenerwowal, typu spie...j tez sie zdarzylo. Po tych wybuchach nie przeprasza, nie wraca do tematu, następne spotkania są jak gdyby nigdy nic. Kiedy probuje rozmawiac na temat tego co dalej, jak ja sie z tym czuje potrafi tak argumentowac w rozmowie ze to ja czuje sie winna, ze go sprowokowalam, ze znowu mu truje... Kiedy się nie odezwę i nie przyjadę, to on raczej się rzadko odzywa (bo pracuje, jak ma wolne to czeka, aż ja się odezwę albo nie odzywa się umyślnie). Jak zadzwoni to mówi „tęsknię, przyjedź”. No to ja co, wsiadam w auto i jadę (jakieś 20km). I tu tkwi szkopuł, on mówi, że nie będzie do mnie przyjeżdżał bo mieszka w mieście X.... I teraz wyprowadza się z mieszkania byłej żony, które wynajmował od niej, tłumaczy to, że z mojego powodu bo mi to nie pasowało i nie chciałam się tam wprowadzać.... No tak, jakoś, jak ja będę przyjeżdżać, taszczyć torbę i nocować u niego, zwłaszcza, że efektem sprzeczek i próby ustalenia czegoś kończyło się tym, że „zrywamy”, dlatego, że jestem z nim nieszczęśliwa… Taki był powód. A potem to on miał myśli samobójcze, mowil, że mnie potrzebuje.... I teraz znow się nie odzywa od paru dni, bo ja się nie odzywam. Nie wiem, czy czeka, az ja się odezwę, nie wiem... Chce budowac swoj dom, w ktorym mialabym mieszkac. Ale to nie bylby "nasz" dom, tylko "jego"."
    • hatsu33 teraz to już tak 04.03.13, 14:29
      Można się pomylić, ale teraz robisz kardynalny błąd, a jeśli nie zakończysz tego związku teraz - to ten związek zakończy Ciebie.
      To co opisujesz to nie związek. Tak ludzie w zdrowych związkach nie żyją. I nie polepszy się. Nie wiem, czy to jakieś dziwne poczucie wstydu Cię powstrzymuje przed spojrzeniem prawdzie w oczy? Wierz mi, mniejszy wstyd zakończyć to szybko (ludzie szybko zapomną) niż zrobić z siebie ofiarę przemocy, i to na własne życzenie. W imię czego? Żeby w ogóle jakiegokolwiek faceta mieć? Spróbuj, zobacz, że da się żyć w pojedynkę.
      • igge Re: teraz to już tak 04.03.13, 19:44
        Po co inwestować swój czas i energię w pseudozwiązek, w którym nie jesteś i nie zanosi się, żebyś była kiedykolwiek szczęśliwa? Trudno odkochać się na własne nawet życzenie fakt. Ale próbuj :). Albo on wreszcie zechce zachowywać się tak jakby choć trochę mu na Tobie zależało albo tak naprawdę mu nie zależy, nie jesteś jego priorytetem, może praca jest. Czy on Cię kocha? Kochał?
        Próbowałabym coś dalej z nim negocjować tylko jakbym była w nim na maksa i na zawsze zakochana, miała z nim trojkę dzieci i wiele lat szczęśliwie spędzonych razem za sobą. Ale on nawet chyba się nie popsuł tylko zawsze taki był. Koszmar.
        Jak nie umiesz zupełnie z nim od razu zerwać to szybko (zegar tyka) zacznij rozglądać się za kimś odpowiedniejszym dla siebie. Nie trać tyle czasu na niego tylko baw się, wychodź, poznawaj nowych ludzi. Jak będąc nadal w tym paskudnym związku znajdziesz czas i okazję poznać kogoś sensownego to wtedy zerwiesz definitywnie i płynnie przejdziesz z jednego związku w drugi skoro nie stać Cię emocjonalnie na zaryzykowanie bycia samą i spełnioną kobietą. Nawet chwilowo, czasowo samą. Dużo siebie zainwestowalaś w ten uklad. Naprawdę warto? Po co pozwalać tlić się w sobie nadziei na zmianę na lepsze? Nie masz jeszcze dzieci, jesteś młoda, zmień faceta na lepszy model, a od tego modelu nietrudo będzie znaleźć lepszy.
        Serdeczne pozdrowienia. Przerażające, że już przed ślubem a nawet nie po 30 latach facet pozwala sobie na takie traktowanie partnerki.
        • marzeka1 Re: teraz to już tak 04.03.13, 20:13
          Tak, to twoja wina, ze angażujesz się w coś tak bez sensu.
    • enith Re: czy to moja wina? 04.03.13, 20:58
      Pamiętam twój poprzedni wątek, pisałam w nim. Ten związek nie rokował ani wtedy, ani tym bardziej teraz, gdy minęło parę miesięcy, a nic się, jak widać, nie zmieniło na lepsze. Co trzeba ci powiedzieć, jak wytłumaczyć, że nic z tego nie będzie, i że tracisz cenny czas na tkwienie w bezsensownej, niesatysfakcjonującej, wyniszczającej wręcz relacji z przemocowcem i manipulantem? Co jeszcze musi zrobić ten gnojek, żebyś w końcu przejrzała na oczy? Na co jeszcze czekasz, skoro od samego praktycznie początku było źle, a będzie pewnie jeszcze gorzej? Może jakaś terapia na poprawę wiary w siebie by się przydała, bo tkwisz w tej goownianej relacji tak uparcie i zawzięcie, jakbyś sama głęboko wierzyła, że na nic lepszego nie zasługujesz.
      • marzeka1 Re: czy to moja wina? 05.03.13, 19:06
        Ale jak widać do kobiety NIE DOCIERA, nie chce wierzyć, ze w gó...any związek wdepnęła i lepiej nie będzie- po prostu chyba niektóre muszą zaliczyć trochę kopów od życia, aby coś zrozumieć.
        • enith Re: czy to moja wina? 05.03.13, 21:16
          Zastanawiam się, czy autorka wątku nie tkwi w tym bagnie w ramach osobiście zadanej sobie pokuty za - poetycko to ujmując - pobudowanie nowego związku "na gruzach" dwóch małżeństw, jej i jego. Coś na zasadzie, że skoro rozwaliła swoje małżeństwo dla tego pana, to teraz będzie się go zawzięcie trzymać, bo przecież rachunek musi wyjść na plus. To, że tu plusów nie ma i prawdopodobnie nigdy nie będzie, to szczegół. Pani zagryza zęby i wierzy, że będzie lepiej.
    • danaide Re: czy to moja wina? 06.03.13, 01:41
      To nie jest Twoja wina - po prostu nie doszłaś jeszcze do miejsca, w którym zrozumiesz, w jakim bagnie siedziałaś/siedzisz. Próbujesz walczyć, racjonalizować, kombinujesz jak koń pod górkę itpd. Zainwestowałaś wiele i nie chcesz się pogodzić z faktem, że możesz to wszystko stracić. Może nie rozbiłaś się jeszcze o ścianę albo nie spadłaś na dno. Może tego właśnie Ci trzeba. Nie jest to logiczne, ale kto powiedział, że wszyscy musimy być logiczni.

      Kiedyś do Ciebie to dotrze. Coś się wydarzy i dotrze. Daj nam wtedy znać.
      • isa_na Re: czy to moja wina? 09.03.13, 01:16
        przez ostatnie dni nie odzywalam sie do niego, nie dzwonilam, zeby zobaczyc czy sie odezwie, czy zateskni i stwierdzil dzis, ze definitywnie konczy ten zwiazek, jak to ujal, ze mialam szanse przez rok i skutecznie zabilam te milosc :(( poprzez moje wyrzuty, to ze czuje sie pokrzywdzona, ze bylam nieszczesliwa z nim i ze on nie jest w stanie sprostac moim oczekiwaniom i ze ja chce kogos innego niz on jest, ze go idealizuje. ogolnie mnie kochal bardzo, ale sie w pare dni odkochal. tydzien temu rozmawialismy o mieszkaniu, w sobote mowil ze kocha mnie, a nagle zonk, dzisiaj tez mowil ze jestem najpiekniejsza kobieta jego zycia, inteligentna, fajna i bla bla, ale sie nie dogadamy. z jednej strony zgadzam sie, to juz byla taka szarpanina... ale ja ciagle wierzy, ze sie jednak jakos dogadamy. pojechalam mu oddac rzeczy, jeszcze zjedlismy kolacje i chwile pogadalismy,tak normalnie, pozniej.mielismy sie pozegnac, ja plakalam, nie chcialam tego przyjac do wiadomosci, na zmiane sie wkurzalam i atakowalam i prosilam i probowalam rozmawiac na ten temat, on tez plakal, ale byl bardzo oschly, stwierdzil ze mam juz isc i jak nie wyjde to wezwie policje. byla juz dwunasta, bylam w histerii ale specjalnie sie nie przejal jak pojade autem do domu, zaoferowal ze odwiezie mnie z naszym kolega, wiec stwierdzilam ze juz wole sie sama jakos dotoczyc do domu. ogolnie potraktowal mnie jak scierke do podlogi. zle mi. chcialabym go nie kochac, nie chciec z nim byc i wkurzam sie na swoja wlasna zalosnosc.
        • enith Re: czy to moja wina? 09.03.13, 01:41
          Widzisz isa, w końcu masz czarno na białym, jakim człowiekiem i partnerem jest twój eks. Marnym, nie rokującym, manipulującym, ignorującym twoje uczucia. Z takimi ludźmi nie tworzy się udanych związków, zrozum to. Wiem, że faceta kochasz, ale przyjmij do wiadomości, że to nie jest partner dla ciebie, że wasz związek polegałby na ciągłej szarpaninie, wyrzutach, walce. Serio, tak chcesz spędzić życie? Z kimś, kto pięć dni temu wyznawał ci dozgonną miłość, a dziś groził, że wezwie policję, żeby cię usunęli z jego mieszkania? Rany, ciesz się, że ten koszmar się skończył, oddaj facetowi jego rzeczy, zabierz swoje, a potem wykasuj gościa z telefonu i nie kontaktuj się z nim więcej. Pobądź sama, poukładaj sobie wszystko w głowie, wyjdź na prostą, a potem daj sobie szansę na normalny związek.
        • krokodil123 Re: czy to moja wina? 09.03.13, 08:52
          " stwierdzil dzis, ze definitywnie konczy ten zwiazek, jak to ujal, ze mialam szanse przez rok i skutecznie zabilam te milosc .."

          "ja plakalam, nie chcialam te go przyjac do wiadomosci, na zmiane sie wkurzalam i atakowalam i prosilam i probowalam rozmawiac na ten temat..."


          Nie rozumiem, albo może fakt że jestem inna, a może i lepiej, dla mnie to wszystko byłoby upokarzające.

          Facet ci mówi że to jest koniec i cie nie chce a ty go atakujesz, prosisz -ale o co?
          Nie chcesz przyjąć to do wiadomości ale dlaczego-czy sama wiesz jaka jest odpowiedź?
          • isa_na Re: czy to moja wina? 09.03.13, 09:52
            tez sie czulam upokorzona, ale moj upor chyba wynika z niemoznosci zrozumienia, ze osoba ktora kocham, z ktora sie zwiazalam, ktorej uwierzylam ze chce byc ze mna na dobre i na zle, ze jestem osoba wazna w jego zyciu, ze dla tego zwiazku warto bylo rozbic dwa malzenstwa i pogmatwac zycie... moze mnie w taki sposob potraktowac, po tym wszystkim... jak smiecia, zreszta chyba faktycznie po prostu sobie na to pozwolilam, podkladajac sie. moglam sie tego spodziewac, po tym jak sie z zona wyzywali, po tym co mowil o ich zwiazku ze nasz koniec bedzie podobny. za latwo chyba weszlam w ten zwiazek i za bardzo go wyidelizowalam, przez co tez bylam rozczarowana jak cos szlo nie tak.
            no i nie rozumiem, jak ktos mowi wprost czego potrzebuje i probuje cos zmienic na lepsze to nie rozstaje sie z nim na zasadzie "bo jestes ze mna nieszczesliwy, to nie bede cie unieszczesliwiac" tylko raczej probuje zrozumiec, zmienic swoje zachowanie, tak to chyba w zwiazku dziala (nie chodzilo mi o jego tozsamosc, zainteresowania, skarpetki, naczynia i takie tam pierdoly, tylko wspolne plany, czas i to jak mnie traktuje, wiec nie chodzilo o to ze go chce zmieniac i go nie akceptuje, ale to jest wg niego glowna przyczyna rozstania)
            zastanawiam sie tylko, ile w tym faktycznie mojej winy, bo sie nie chcialam tak latwo przeprowadzic, bo walczylam o swoje racje, bo chcialam z nim wychodzic gdzies razem, bo chcialam zeby mnie wspieral, troszczyl sie, ile w tym mojego egoizmu a ile jego problemow z nawiazywaniem wiezi.
            naprawde, momentami nienawidze go za to jak mnie potraktowal. ok, czas wziac d. w troki i zaczac myslec jakos bardziej konstruktywnie. nauczka na przyszlosc ;/
          • paris-texas-warsaw Re: czy to moja wina? 09.03.13, 09:55
            Dobrze, że Cię wyrzucił z domu, to może zrozumiesz, że ten cały "związek" to jakiś totalny bezsens. Początkowo myślałam, że to są opisy związku jakiejś kobiety, która ma 50-60 lat i myśli, że to jej ostatnia szansa na "miłość". Jak masz 27 lat, to się tym ciesz, miłej soboty życzę, idź do kina albo zaplanuj fajny wyjazd na następny weekend ze znajomymi. Naprawdę uważam, że dobrze się stało, Ty i w sumie on macie szanse na jakieś miłe chwile, a nie takie udręczenie:)
            • krokodil123 Re: czy to moja wina? 09.03.13, 12:05
              Żadnej twojej winy nie ma w sensie tego co on chce ci wmówić-jak byś się przyprowadziła było by ok.
              Winy widzę w tym ze wcześniej nie przyjmowałaś na serio, nie widziałaś znaków że nić z tego nie będzie-to że cie wyzywał i wyrzucał, to że się nie odzywał do ciebie.
              Winny masz w tym, że mimo że wiedziałaś że facet cie rani i obraża, sama wyciągałaś do niego ręki i szukałaś go-podbudowując mu ego, dając mu drugiej, trzeciej możliwości powtórki.

              To wszystko nad czym się teraz zastanawiasz dla mnie jest jasne i proste dlatego że miałam podobnego męża. Facet miał żonę z którą się awanturował i było be, ona mu nie odpowiadała-jasne......stara żona, obrzydła z czasem, znamy nasze reakcje, motylki uciekli.
              A on by chciał.....romantyzmu, świeżości, bratniej duszy....
              Na tą płaszczyznę właśnie tzn. przeciwko żonie znaleźliście porozumienia i to jest bardzo znany mechanizm który dużo kochanek nie rozumie.
              On się skarżył jaka to wredna jest i że ma piekło-ty go wysłuchiwałaś i rozumiałaś, byłaś jakby jego sprzymierzencem i wszystko grało.
              Potem jednak jak "wróg/żona" się usunęła i przyszedł czas na normalne życie ten pan wszedł w stare buty i odtwarza dokładnie to co w małżeństwie.
              Więc jeżeli zamieszkacie razem będzie jeszcze gorzej, teraz miałaś czas na przerwy i odpoczynek-wtedy by było fochy i wyzwiska non stop.
              A on robi co robi bo po prostu nie ma żadnego pojęcia że robi źle (to żona była winna), żadnej samorefleksji i nie ma pomysłu na innego rodzaju związku, tak model ma zakodowany.
              Czyli nie tylko z ciebie, ale z pani X czy Y zrobi to samo.
              • zuzi.1 Re: czy to moja wina? 09.03.13, 12:16
                No i dobrze się stało isa, masz szczęscie, że nie było jeszcze rękoczynów ze strony tego pana. Jestem przekonana, że gdybys się do niego wprowadziła, to po kilku m-cach rękoczyny w jego wykonaniu już byś poznała. Trafiłaś na b. nieciekawego typa. Tylko już nie próbuj wracac do niego, bo kompletnie zejdziesz na psy. Dlaczego tak bardzo się nie szanujesz???? żeby dla byle męskich zaburzonych gaci robic z siebie ścierkę do podłogi???? Czytałas polecaną książkę? Jeśli nie, to przeczytaj koniecznie, na stronie www, którą Ci przesłałam kobieceserca.pl są warszaty dla kobiet kochających za bardzo, powinnas się na nie wybrac, nawet jeżeli to daleko. Sama sobie ze sobą nie poradzisz...
                • paris-texas-warsaw Re: czy to moja wina? 09.03.13, 12:35
                  E tam, poradzi sobie, tylko niech zajmie się miłym spędzaniem soboty, a nie marnowaniem czasu na rozważania nad kimś, z kim jakoś zupełnie nie było po drodze:) Ja bym na żadne czytania książek o przemocowcach, toksykach itd. się nie pisała, lepiej czerpać z pozytywnych przykładów - patrzeć na dobre związki, a nie na zaburzone:) Już dwa zaburzone związki przeszła, ale się na szczęście skończyły, to sama chyba może napisać książkę;) Tworzenie związków to też sztuka, doświadczenie podobno się przydaje:) Powodzenia, miłego weekendu:)
                  • zuzi.1 Re: czy to moja wina? 09.03.13, 12:45
                    Książka jest o takich kobietach jak isa i o tym, jak przełamac złe wzorce, które się ma wkodowane w głowie z domu i jak zmienic siebie, aby wybierac na partnerów te własciwe osoby, a nie emocjonalnie niedostępne i zaburzone. Dostępna np. na merlin.pl

                    www.google.pl/url?sa=t&rct=j&q=kobiety%20kt%C3%B3re%20kochaj%C4%85%20za%20bardzo%20empik&source=web&cd=9&cad=rja&ved=0CHIQFjAI&url=http%3A%2F%2Fwww.gandalf.com.pl%2Fb%2Fkobiety-ktore-kochaja-za-bardzo%2F&ei=5R87UafZJo3bsgaTmYDwBA&usg=AFQjCNE9DLeXyHpxmbIbkv2UFLPZ8IJXGg
                  • zuzi.1 Re: czy to moja wina? 09.03.13, 12:50
                    paris napisała:
                    "Ja bym na żadne czytania książek o przemocowcach, toksykach itd. się nie pisała, lepiej czerpać z pozytywnych przykładów - patrzeć na dobre związki, a nie na zaburzone:) Już dwa zaburzone związki przeszła, ale się na szczęście skończyły, to sama chyba może napisać książkę;) Tworzenie związków to też sztuka, doświadczenie podobno się przydaje:)"

                    Takie książki czyta się po to, aby poznac dokładnie te typy ludzi, nauczyc się ich rozpoznawac a potem unikac ich jak diabeł święconej wody ;-)
                    • paris-texas-warsaw Re: czy to moja wina? 09.03.13, 13:00
                      No Isa już takiego poznała, chyba sama dojdzie po czym ich poznać, niech wypocznie i uwierzy, że jeszcze w jej wieku znajdzie kilku fajnych i niezaburzonych stworków płci przeciwnej:) Niech szuka teraz fajnych facetów, albo sami się znajdą, jak się nie obstawi jakimś pogiętym;) Jak zacznie czytać i analizować, to jej czasu na przyjemności może nie starczyć, a taka młoda, aż zazdroszczę:)
                      • isa_na Re: czy to moja wina? 09.03.13, 13:15
                        Dzieki dziewczyny :) wiem, najpierw musze zaczac od siebie, ochlonac i sie troche umocnic wewnetrznie a nie opierac wizji zycia glownie na mezczyznie ;/ . troche juz czytalam na ten temat, chodze tez na terapie juz jakis czas i powoli rozplatuje supelki, ale jeszcze dluga droga przede mna. sobota jak na razie pracowita, ale moze wieczorem bedzie chwila odpoczynku. pozdrawiam Was.
                        • aqua48 Re: czy to moja wina? 09.03.13, 18:38
                          Trzymam kciuki, żebyś poznała wreszcie jakiegoś fajnego, normalnego mężczyznę i poznała się na nim, nie przeszła obok :) Pamiętaj, że ci zwykli nie są być może tak chmurni, ani szaleńczo intrygujący, ale żyje się z nimi dużo spokojniej.
                        • igge Re: czy to moja wina? 09.03.13, 18:43
                          To był naprawdę niefajny facet i nie ma co go żałować
                          całe życie byś się użerała i tylko ty dostosowywała do pana
                          serdeczne pozdr
                        • agnieszka_iwaszkiewicz Re: czy to moja wina? 13.03.13, 23:36
                          W związkach układa się różnie. Często nie ma równowagi między partnerami lub równoległości uczuć. Ale jeśli dorośli i dojrzali ludzie podejmują decyzję o byciu razem to mniej więcej w tym samym tempie zaczynają do tego dążyć. Po tym też rozpoznaje się powagę takiej decyzji.
                          W opisanym związku nie ma symetrii w takim dążeniu. To jest znak.
                          A jeśli tak to wniosek jest jeden. Albo Pani taką sytuację przyjmuje, bo jest ona spójna z Pani wizją związku lub jest Pani gotowa na kompromis. Albo ten związek i ten mężczyzna z jego poglądami nie jest dla Pani.
                          Jeśli Pani tkwi w związku, w którym przeżywa Pani tyle frustracji swoich zasadniczych potrzeb, to zaczyna się patologia i destrukcja. Na terapii może Pani dojść dlaczego właśnie ten stan Pani wybiera. Agnieszka Iwaszkiewicz
                          • isa_na Re: czy to moja wina? 16.03.13, 16:53
                            W chwili obecnej, po tygodniu od naszego rozstania, chyba zwiazal sie znow z zona, ktora jeszcze dwa tygodnie temu byla w ciazy z innym, mieszkala z nim itd. Nie wiem, to jest jakis matriks. Chyba trafie do wariatkowa. Ide sie upic....
                            • igge Re: czy to moja wina? 16.03.13, 17:11
                              i dobrze, że z nim już nie jesteś
                              pół życia z Tobą myślałby o żonie
                              good for you :)))pozdr
Inne wątki na temat:
Pełna wersja