isa_na
03.03.13, 18:02
Witajcie, w nawiązaniu do jednego z moich postów sprzed kilku miesięcy (forum.gazeta.pl/forum/w,898,138705040,138705040,rozstanie_z_mezem_nowy_zwiazek_watpliwosci_.html) chciałam skonfrontować moje refleksje z jakimiś z zewnątrz...
Jestem dalej w związku lub nie-związku z tym panem, ogólnie chyba mogę nazwać go dość burzliwym, mieliśmy różne okresy przez całą zimę, raz było lepiej, raz gorzej. Lepiej tzn normalniej, wspólne spędzanie czasu po pracy, a więc wieczory telewizja, komputer i takie tam siedzenie, gotowanie, zakupy, codzienne życie, bez większych wyjść, spacerów, podrozy. Lubię to, choć potrzebuję czasem wyjść do ludzi, zrobić coś razem oprócz zakupów. W przeciągu tych miesięcy bylismy pare razy w kinie, raz na piwie ze znajomymi, raz na koncercie. Z grubsza tyle. On duzo pracuje, tam się realizuje. Ale to byly takie lepsze okresy, kiedy bylismy w dobrym kontakcie. Kiedy byly okresy gorsze, tzn rozmowy, ze potrzebuje więcej uwagi, czułości, że nie wiem na czym stoję, czy jest szansa na wspólną przyszłość, wspólne plany, to konczyly sie jego zloscia, ze znow mu robie wyrzuty, że jestem nieszczęśliwa, ze jestem niezadowolona i nie umiem sie cieszyc z tego co mam i np. stluczeniem szklanki, rozbiciem klawiatury, gdy sie zdenerwowal podczas rozmowy na temat "nas". Slyszalam rozne sformułowania, kiedy sie zdenerwowal, typu spie...j tez sie zdarzylo. Po tych wybuchach nie przeprasza, nie wraca do tematu, następne spotkania są jak gdyby nigdy nic. Kiedy probuje rozmawiac na temat tego co dalej, jak ja sie z tym czuje potrafi tak argumentowac w rozmowie ze to ja czuje sie winna, ze go sprowokowalam, ze znowu mu truje. A rozmowy dotyczyly glowie tego, gdzie bedziemy mieszkać, bo tu sie nie mozemy dogadać oraz innych kwestii np. spotykania sie z jego rodzina. Otoz, on mowi, ze jego rodzina mi nie ufa (przez moje watpliwosci co do tego zwiazku, moja ambiwalencje), a on nie odpowiada za uczucia innych, wiec nie utrzymujemy kontaktu z jego rodzina. Czuję się trochę jak piąte koło u wozu. W sylwestra byliśmy w domu, bo on był przeziębiony przez cały tydzień. Na święta prezentu nie dostałam, bo nie wiedział co mi kupić. Na urodziny prezent dostałam po czasie, gdy się upomniałam. Zastanawiam się, czy on mnie kocha czy jestem jakąś zapchajdziurą czy jak.. Mówi, że kocha, tylko ja tego nie widzę, że chcę go zmieniać.. Tylko, że ja jakoś tego nie czuję i w tym tkwi mój problem. Czuję się jak jakiś element, dodatek. Jak jestem to jest ok, jak nie to też nic się nie dzieje. Kiedy się nie odezwę i nie przyjadę, to on raczej się rzadko odzywa (bo pracuje, jak ma wolne to czeka, aż ja się odezwę albo nie odzywa się umyślnie). Jak zadzwoni to mówi „tęsknię, przyjedź”. No to ja co, wsiadam w auto i jadę (jakieś 20km). I tu tkwi szkopuł, on mówi, że nie będzie do mnie przyjeżdżał bo mieszka w mieście X. Więc tak trochę pomieszkuję tam, ale jestem już zmęczona życiem na torbach. I teraz wyprowadza się z mieszkania byłej żony, które wynajmował od niej, tłumaczy to, że z mojego powodu bo mi to nie pasowało i nie chciałam się tam wprowadzać. A ja wciąż się waham, czy się przeprowadzac tam i mieszkac z nim, czy nie. I znow moja wina, ze chciałam mieszkac z nim, naciskalam na zmiane mieszkania, a teraz wciąż się nie umiem zdecydowac. W sumie tak…ale od jakiego czasu jestem taka zmeczona tym, mam duzo obaw.. Jestem dość niezależna, w mieście Y mam dom, choć do pracy dojeżdżam kawał drogi. Nie wiem czemu, ale mam jakiś wewnętrzny opór. Chyba czuję, że jak ja się nie wprowadzę do jego miasta, to ten związek padnie, chociaż on zaprzeczał, mówił, że jeśli nie chce się wprowadzić to jakoś będzie. No tak, jakoś, jak ja będę przyjeżdżać, taszczyć torbę i nocować u niego, zwłaszcza, że efektem sprzeczek i próby ustalenia czegoś kończyło się tym, że „zrywamy”, dlatego, że jestem z nim nieszczęśliwa… Taki był powód. A potem to on miał myśli samobójcze, mowil, że mnie potrzebuje. Mam taka huśtawkę emocjonalną w tym związku.. I teraz znow się nie odzywa od paru dni, bo ja się nie odzywam. Nie wiem, czy czeka, az ja się odezwę, nie wiem.. Zalezy mi na nim, chciałabym to jakos poukładać, ale jakos tak mało mnie w tym wszystkim. Z jednej strony partner daje mi dużo swobody (na zasadzie rób co chcesz), mówi, że chce ze mną mieszkać, jest ze mną szczęśliwy ale stawia mnie przed faktem dokonanym ja mieszkam tam i tam,to twoje życie, ty rób co chcesz. Jakos tam malo "my", "nasze plany". Chce budowac swoj dom, w ktorym mialabym mieszkac. Ale to nie bylby "nasz" dom, tylko "jego". Nie wiem, czy się na to decydować... Myślałam, że związek to na zasadzie „robimy razem”, dostosowujemy się trochę dla wspólnego dobra, by obie strony czuły się dobrze. A ja się czuję trochę jak współlokator, ktoś komu się relacjonuje dzień. Zdaję sobie sprawę, że on ma taki styl przywiązania, taki sposób realizowania związku i teraz albo to zaakceptuję albo nie. Ale czy naprawdę nie da się tego jakoś wypośrodkować? Czy to naprawdę moja wina, że związek się rozpada bo nie chcę się przeprowadzić, bo jestem nieszczęśliwa? Może ja faktycznie nie potrafię akceptować pewnych rzeczy, probuje go zmieniac i ustawiac pod siebie niedojrzale i egoistycznie? Mam problem ze zrozumieniem tego.. ;/