Życie po zmianach - równia pochyła w dół

12.03.13, 11:35
Ten post będzie w częściach, ponieważ jest bardzo długi, ale muszę w końcu wyrzucić z siebie wszystko, co się nagromadziło w ciągu ostatnich lat, bo desperacko potrzebuję pomocy. Ok. roku temu napisałam na innym forum, ale nie dostałam zbyt wielu konstruktywnych porad, natomiast ktoś pokierował mnie na to forum. Dość długo trwało zanim zdecydowałam się tutaj napisać, ale w końcu jestem.
Nieco ponad 3 lata temu przeprowadziłam się wraz z rodziną w inny rejon kraju, daleko od poprzedniego miejsca zamieszkania i … od tej pory moje życie stało się gehenną, nie umiem się odnaleźć w nowej sytuacji. W momencie przeprowadzki nie byliśmy już z mężem zbyt młodzi, ja byłam bardzo mocno zakorzeniona w swoim poprzednim życiu (mąż niekoniecznie). Decyzja o przeprowadzce była podyktowana różnymi ważnymi czynnikami i wówczas wydawało mi się, że jest to dobra decyzja, a teraz nie ma dnia, żebym jej nie żałowała. Nie wiedziałam, że skazuję się na piekło samotności – takiej absolutnej, koszmarnej i dobijającej. Dodatkowo los nie szczędzi nam innych niepowodzeń, które po kolei opiszę.
Przedtem mieszkaliśmy w mieście powiatowym w północnej Polsce. Nie było to z pewnością najlepsze miejsce na ziemi, ale z mojego punktu widzenia było tam wszystko potrzebne do życia – każdy rodzaj sklepu, parę supermarketów, parę drogerii, miałam swoją fryzjerkę, kosmetyczkę, ginekologa, dentystę, klub fitness, basen, kino, parę knajpek – wszystko w umiarkowanych cenach i w zasięgu komunikacyjnym – w razie braku samochodu wszędzie można było dojść pieszo lub dojechać komunikacją publiczną bądź taksówką, za rozsądną cenę. Mieliśmy 3-pokojowe całkowicie spłacone mieszkanie w fajnym punkcie, żadnych kredytów. Nasze dziecko chodziło do dość dobrej szkoły społecznej, oprócz tego na lekcje gitary, wspinaczkę i ze mną na basen (oprócz szkolnych zajęć). Miałam na miejscu mamę, teściów, siostrę i kilka dobrych koleżanek, z którymi regularnie się spotykałam. Pracowałam w pewnej firmie produkcyjnej, wchłoniętej przez dużą korporację, na stanowisku wprawdzie specjalistycznym, ale zdecydowanie nie kluczowym dla firmy, zarabiałam poniżej średniej krajowej, ale dość lubiłam charakter swojej pracy i lubiłam większość ludzi, z którymi pracowałam. Prowadziłam też niewielką 1-osobową działalność gospodarczą, w swoim mieście byłam jedynym dostawcą usług w swojej dziedzinie. Popyt nie był może oszałamiający, nie na tyle, bym mogła zrezygnować z etatu i utrzymać się tylko z tego, ale też nie było miesiąca, w którym nie miałabym choćby jednego zlecenia. Mąż pracował również w korporacji, na stanowisku menedżerskim, teoretycznie odpowiadał za region w naszym miejscu zamieszkania, w praktyce 80% czasu spędzał w centrali w Warszawie. W domu bywał w weekendy, ale przyzwyczailiśmy się do takiego trybu życia.
Na początku 2009 roku wszystko się wywróciło do góry nogami. Najpierw zorientowałam się, że jestem w ciąży. To było wielkie zaskoczenie, klasyczna „wpadka”, ale ucieszyłam się. Syn miał już 10 lat, to był tzw. ostatni dzwonek na dziecko, świadomie byśmy się nie zdecydowali, czasem zresztą żałowałam, że przegapiliśmy moment i nie mamy drugiego dziecka, ale już go nie planowaliśmy – więc to była radosna niespodzianka.
Krótko po potwierdzeniu mojej ciąży przez lekarza mąż dostał wypowiedzenie z pracy. Oczywiście był to szok, tym większy, że z wyższego stanowiska ciężej się spada. Dlatego niestety całą ciążę przeżyłam praktycznie bez męża – nie interesował się dzieckiem ani moim samopoczuciem, skupił się tylko na szukaniu pracy, a potem na wdrażaniu się w nowej pracy, organizowaniu przeprowadzki itd. OK, rozumiałam to, ale przykro mi było, że wszystko, co dotyczyło dziecka, było tematem tabu, w ogóle nie chciał o tym rozmawiać i widziałam – czułam, że wolałby, żeby tego dziecka nie było. Przypuszczam, że gdyby z jakiejś przyczyny straciła tę ciążę, on może nie tyle, że by się ucieszył, ale z pewnością czułby ulgę.
Tymczasem moja firma wdrażała program oszczędnościowy, wymuszony przez korporację pod hasłem kryzysu, czyli w praktyce trzeba było pokazać „górze” działania oszczędnościowe i wskaźniki. A więc już pod koniec 2008 podjęto pewne kroki oczywiście godzące w pracowników, a w 2009 akcje te się nasiliły – m.in. wszystkim obcięto wynagrodzenia. Ja, z racji ciąży, byłam pod ochroną (należał mi się dodatek wyrównawczy), więc dość mocno zaczęto uprzykrzać mi życie. Byłam jedyną ciężarną na ponad 300 zatrudnionych osób, mój dodatek wyrównawczy to były naprawdę śmieszne pieniądze, a prezes poruszył niebo i ziemię sprawdzając jak można obejść ten przepis. Ostatecznie zaproponowano mi skorzystanie z L4, bo wtedy dostanę 100% wynagrodzenia, płaci ZUS, więc firma ma kłopot z głowy. To nic, że moja praca nie była wykonywana, to nic, że dobrze się czułam, zmuszono mnie do zwolnienia lekarskiego. Stopniowo planowano też redukcje zatrudnienia w sferze administracji – tak aby zostawić jak najmniej stanowisk umysłowych, a głównie produkcję. Miałam więc wyraźne przesłanki, że po urlopie macierzyńskim nie będę miała dokąd wracać.
Mąż zaczął szukać pracy nie ograniczając się do naszego rejonu zamieszkania i jeszcze w trakcie okresu wypowiedzenia dostał propozycję, z której skorzystał. Niestety wiązała się ona z koniecznością przeprowadzki do stolicy. Wcześniej mąż spędzał dużo czasu w Warszawie, ale jego firma opłacała mu hotel; teraz miał dostać przez 3 miesiące dodatek relokacyjny, a potem – albo utrzymywanie 2 gospodarstw domowych, albo przeprowadzka całą rodziną. Decyzja o przeprowadzce była wspólna, ja też uważałam, że rodzina powinna być razem, dziecko, które ma się urodzić, powinno mieć ojca na co dzień, nie będzie nas stać na 2 mieszkania, pewnie stracę pracę, więc nic mnie nie trzyma (w naszym mieście rodzinnym sytuacja na rynku pracy jest tragiczna), etc. etc.
Ostatecznie kupiliśmy nieduży dom w okolicach Warszawy, ale w dość szeroko pojętych okolicach – na wsi, która nawet nie należy do powiatu m.st. Warszawy; w okolicy, gdzie ludzie dopiero zaczynają się osiedlać, daleko nawet od centrum miejscowości, w której mieszkamy, na kompletnym odludziu i pod koniec 2009 roku przeprowadziliśmy się z 2,5-miesięcznym niemowlakiem. Nasza tzw. ulica to wyboista droga gruntowa, która nie należy do nikogo, ani do nas-mieszkańców, ani do gminy (podobno do jakiegoś prywatnego właściciela, który się tutaj nigdy nie pojawia), więc nikt o nią nie dba. Nasza posesja jest na razie ostatnia; od ulicy asfaltowej, z chodnikiem, dzieli nas ok. 100 m tej drogi. Sąsiedzi się za bardzo nie poczuwają, więc np. przez wszystkie zimy tutaj my odśnieżaliśmy całą „ulicę” + wjazd w nią. Droga jest pełna dziur, gdy pada deszcz, tworzą się kałuże głębokie po kolana i grząskie błoto dookoła nich – nie ma mowy o przejściu piechotą, ani tym bardziej z wózkiem (to już mnie nie dotyczy, ale było uciążliwe w 1.-2. roku mieszkania). Zresztą i tak nie ma gdzie iść – najbliższy ciut większy sklep w odległości ok. 3 km, do tzw. centrum 6 km, można ewentualnie do lasu. Wkrótce po przeprowadzce mój samochód, który był już stary i bardzo awaryjny przed przeprowadzką, ostatecznie odmówił posłuszeństwa, więc przez pierwszy ponad rok siedziałam z dzieckiem uziemiona w domu, nie będąc w stanie się ruszyć gdziekolwiek poza własne obejście. Komunikacji publicznej też tu właściwie nie ma, taksówkę można wezwać z Warszawy (koszt kilkaset zł, strefa pozamiejska).
cdn.
    • glanaber Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 11:36
      Dom był w momencie przeprowadzki bardzo mocno niewykończony, dopiero w ostatnim roku zaczęliśmy go doprowadzać do stanu przyjazności dla użytkownika. Płacimy gigantyczny kredyt, koszty utrzymania domu też są straszne. Dom jest naprawdę nieduży, ale i tak bulimy koszmarne pieniądze za gaz. Zresztą dopiero tej zimy temperatura w domu była znośna (pewnie budynek wreszcie się dosuszył); jeszcze w ubiegłym roku temperatura nad ranem w sypialni potrafiła osiągnąć 14 stopni mimo włączonego przez całą noc ogrzewania (termostat ustawiony na 21st.). Jednak najbardziej dobija mnie kwestia braku kanalizacji – tu w okolicy prawie żadna miejscowość nie jest skanalizowana, wszyscy korzystają z szamb. To oznacza po pierwsze koszty odbioru ścieków kilkukrotnie wyższe niż to, co płaciliśmy w bloku za wodę + ścieki, a po drugie konieczność kontrolowania stanu szamba. Czyli: zużywamy wodę nie „oszczędnie”, nie „racjonalnie”, tylko absolutne niezbędne minimum (żeby było jasne: minimum obejmuje codzienny prysznic każdego członka rodziny, brudni nie chodzimy). W praktyce: kosz na brudne ubrania ciągle pęka w szwach – pierzemy tylko to, co jest najpotrzebniejsze; mycie = szybki prysznic, z zakręcaniem wody na czas namydlenia się itp. – marzę o spędzeniu choćby 10 minut pod nieprzerwanym strumieniem gorącej wody, żeby się wygrzać w zimne wieczory, bo o poleżeniu w wannie już dawno przestałam marzyć (pozwoliłam sobie na ten luksus 2 razy w ciągu 3 lat). I tak musimy opróżniać szambo 2 razy w miesiącu – cudów nie ma, jest nas 4, myć się nie przestaniemy. Wszystkie firmy asenizacyjne tutaj są ze sobą powiązane, więc istnieje zmowa cenowa.
      Nasze mieszkanie usiłowaliśmy sprzedać przez ponad rok. W tym czasie wynajmowaliśmy je trzem kolejnym grupom lokatorów – pierwsi nie płacili żadnych rachunków, drudzy uciekli po miesiącu nie płacąc ani rachunków, ani odstępnego, trzeci płacili, ale zostawili mieszkanie z niedopłatą 1600 zł za ogrzewanie. Zamiast więc skorzystać, spłacaliśmy jeszcze długi naszych lokatorów. Mieliśmy pozawierane umowy, a jakże, odprowadzaliśmy podatek, a jakże, założyliśmy sprawy sądowe, a jakże – w pierwszym przypadku wykosztowaliśmy się na opłaty sądowe, a następnie koszty komornika, a postępowanie ostatecznie zostało umorzone – nasz dłużnik jak się okazało był już zadłużony po uszy i do śmierci byśmy się naszych pieniędzy nie doczekali. W drugim przypadku sąd zgubił dokumenty, pomylił sprawy, 2 lata czekaliśmy na nakaz zapłaty, a gdy przyszedł, nie mieliśmy już siły ponownie uruchamiać komornika, mając doświadczenie. W trzecim przypadku do sądu nie poszliśmy. W końcu udało nam się sprzedać mieszkanie, dużo poniżej naszych założeń (tzn. wartości rynkowej w momencie wystawiania go na sprzedaż), a kwota ta systematycznie zostaje skonsumowana na bieżące wydatki.
      Jak pisałam, mój mąż wcześniej, ze względu na charakter pracy, w domu bywał przeważnie tylko w weekendy, a większość czasu spędzał w Warszawie, więc przeprowadzka w te strony była dla niego ruchem naturalnym. Obecnie nadal dużo wyjeżdża, czasem na jeden dzień, czasem na kilka, ale w domu nie jest już weekendowym gościem. Ja początkowo byłam na urlopie macierzyńskim, potem wychowawczym, w trakcie którego otrzymałam wypowiedzenie. To też nie odbyło się gładko; w tym czasie zwalniano kilka osób i tylko mnie zaproponowano znacznie gorsze warunki; próbowano mnie zaszantażować, żebym zgodziła się na porozumienie stron, ostatecznie odwołałam się do sądu pracy i ugrałam więcej niż nie chcieli mi dać, ale niesmak pozostał. Niemniej ciągle zadaję sobie pytanie, czy gdybym się nie przeprowadziła, to również straciłabym tamtą pracę, czy może znalazłoby się dla mnie inne stanowisko. Pewnie nigdy się nie dowiem.
      Odkąd mała skończyła 1,5 roku pracuję – początkowo na pół etatu, od września 2012 na cały etat, w tej samej firmie co mąż. Z jednej strony jest OK, bo z łatwością mogę łączyć pracę z opieką nad dzieckiem, mam niezły dojazd (biuro znajduje się na pograniczu naszej gminy i Warszawy), ale… praca jest zupełnie nierozwojowa, zawodowo stoję w miejscu, a nawet się uwsteczniam; w biurze siedzę przeważnie sama, a jeżeli pojawia się w nim ktoś oprócz mnie, to jest to mój mąż. Więc nie ma tutaj tego elementu wyjścia „do pracy, do ludzi”, tylko jestem sama (ew. z mężem) w pracy, tak jak w domu (w pracy w sumie wolę, gdy jestem sama). Córka w czasie mojej pracy chodzi do przedszkola, wcześniej chodziła do grupy żłobkowej w tym samym przedszkolu – i to jest jedyny jasny punkt naszego życia tutaj. Mała świetnie się zaaklimatyzowała, uwielbia przedszkole i ciocie, chętnie chodzi i – cale szczęście – stosunkowo niewiele choruje. Niestety, przedszkole kosztuje niemało.
      Mój mąż zarabia sporo, ale gros jego zarobków pochłania kredyt. Ja zarabiam malutko, mniej niż w poprzedniej pracy, znacznie poniżej średniej krajowej, wystarcza na czesne dzieci i niewiele zostaje. Latem 2011 r. wznowiłam działalność gospodarczą (którą zawiesiłam przed porodem) – i … wszystkie zlecenia w tym okresie mogę policzyć na palcach jednej ręki  W najbliższej okolicy nie ma popytu, w nieodległej Warszawie jest nadpodaż tego typu usług. Wysłałam dziesiątki ofert współpracy do biur i agencji zatrudniających osoby w moim fachu, w odpowiedzi dostawałam co najwyżej podziękowanie za złożoną ofertę („odezwiemy się”), a najczęściej nic. Płacę więc co miesiąc składkę zdrowotną od działalności, a korzyści żadnej. Usiłowałam też szukać innej pracy, powysyłałam CV w różne miejsca – nikt nie chce ze mną gadać 
      Nasz starszy syn zmienił szkołę w połowie 5 klasy. Bardzo to przeżywał, strasznie tęsknił za dawnymi kolegami. Z dobrej szkoły społecznej przeszedł do wiejskiej szkoły publicznej, która miała wiele zalet, ale poziom nauczania był drastycznie niski. Z klasą też się za bardzo nie zintegrował, nie odrzucono go definitywnie, ale przyjaźni też nie nawiązał. Zapisał się do drużyny harcerskiej, co też okazało się niewypałem – druh drużynowy okazał się być oszustem, który zdefraudował pieniądze drużyny, obecnie toczy się przeciw niemu postępowanie.
      Syn aktualnie chodzi do niepublicznego gimnazjum w stolicy powiatu, do którego należy nasza miejscowość i odnalazł się tam o wiele lepiej niż w lokalnej szkole. Teraz, w II klasie, jest już bardzo zżyty ze szkołą i kolegami, działa w samorządzie i w szkolnym teatrze, znalazł sobie sporo obszarów do rozwoju zainteresowań.
      Ja teraz mam już samochód do własnej dyspozycji, więc jestem w miarę mobilna, tylko że przeważnie muszę się przemieszczać z córką, której poza godzinami pracy nie mam z kim zostawić. Cóż, i tak jest postęp, przez pierwszy rok czułam się jak ubezwłasnowolniona – nigdzie sama nie jeździłam, zakupy też robił mąż, musiałam go prosić np. o kupno kremu, a obecnie już sama jeżdżę do drogerii ;) Poza tym, teraz już mogę czasami zostawić córkę z bratem; gdy oboje byli młodsi, nie było takiej możliwości.
      Z innych atrakcji pojawiły się też problemy zdrowotne. Rok temu trafiłam z córką do szpitala, na dość poważny oddział, gdzie leżały ciężko chore dzieci. U mojej córki też było podejrzenie bardzo poważnej choroby; na szczęście badania i diagnostyka wykluczyły ten scenariusz, ale stres i nerwy były ogromne. Ja latem miałam atak – sama nie wiem czego, prawdopodobnie błędnika, wylądowałam na SOR z potwornymi zawrotami głowy. Tego ostatecznie nie zdiagnozowano, ale w późniejszych badaniach pojawiły się inne niepokojące rzeczy, które na razie wymagają obserwacji – nawet boję się myśleć, co może się z tego rozwinąć.
      Mąż również latem się poważnie rozchorował – zapalenie kręgosłupa. Długo trwało zanim został zdiagnozowany, jesienią spędził miesiąc w szpitalu, do tej pory jest w trakcie leczenia, które z pewnością będzie jeszcze trwało długo, a być może nigdy nie wróci do pełnego zdrowia.
      W międzyczasie miałam jeszcze sprawę sądow
      • glanaber Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 11:38
        Co mnie najbardziej dobija? Samotność i brak jakiegokolwiek wsparcia czy pomocy, a także kiepska sytuacja w małżeństwie.
        W strony rodzinne jeździmy rzadko – jest nas 4 + pies, to jest 7 godzin jazdy, z przystankami, mała źle toleruje długie podróże – nie choruje, ale marudzi, płacze, krzyczy, męczy ją długotrwałe unieruchomienie w foteliku, dużo w drodze pije, więc często siusia, a dłuższe przerwy oznaczają dłuższą podróż.
        Do nas rodzina też bardzo rzadko przyjeżdża, mój mąż i moja matka się nie znoszą, teściowie nie zawsze mogą, siostra i jej mąż oraz nasi znajomi pracują itd. Dla nich to też długa podróż, cała wyprawa, spore przedsięwzięcie finansowo-logistyczne. Gdy mąż był w szpitalu, przyjechali teściowie, ale ich pomoc była minimalna – po prostu zostawali z córką, gdy ja jeździłam po pracy co drugi dzień do męża do szpitala (45 km w jedną stronę), a w pozostałe dni do sklepów po zaopatrzenie, bo mąż zachowywał się jak typowy chory facet – mega roszczeniowy, ciągle nowa lista życzeń (jedzenie takie a takie, kosmetyki takie a takie, książki takie a takie etc.) Gdy wracałam do domu, natychmiast przestawali zajmować się córką, a mnie nawet herbaty nie zrobili, chociaż padałam na ryj.
        Tutaj nie mam żadnej koleżanki, znajomej, nikogo. Nikt też mnie nie odciąża w opiece nad córką ani w prowadzeniu domu, nawet gdy jestem chora. Córka, gdy jest wypoczęta, jest kochaną, wesołą, radosną, rozśpiewaną 3,5-letnią dziewczynką. Ale gdy jest zmęczona, niewyspana lub coś innego jej nie pasuje, zamienia się w małego potwora. Jest straszliwie histeryczna, potrafi drzeć się jak opętana, a ja każdy jej atak histerii znoszę coraz gorzej – też się na nią drę, przeklinam, potem mam potworne wyrzuty sumienia i nienawidzę siebie, ale nie umiem przerwać tego błędnego koła. Jestem dojrzałą matką, to była późna ciąża, jestem szczęśliwa, że dziecko jest zdrowe i dobrze się rozwija, ale próg tolerancji na histerię mam obniżony jak smarkula.
        Mój dzień wygląda zawsz tak samo: rano odwożę czasami syna do szkoły (czasem robi to mąż), córkę do przedszkola i jadę do pracy. Po pracy odbieram córkę z przedszkola, czasem jadę po syna, gdy późno kończy lekcje, a męża akurat nie ma, wracamy do domu, czasem robię z małą jakieś bieżące zakupy, a po powrocie gotuję obiad, w międzyczasie trochę sprzątam/prasuję/nastawiam/wieszam pranie, jemy późno (18-19), sprzątam po obiedzie i jest pora kolacji małej, jej kąpieli i kładzenia spać. Wieczorem jestem tak zmęczona, głównie tą monotonią, że nawet czytać nie mam siły. Mąż jeśli jest w domu, to barykaduje się przed komputerem i udaje ciężko zapracowanego albo wielce zmęczony ogląda TV. Syn odrabia lekcje, uczy się, więc wszystkie prace domowe robię ja. W weekend podobnie – więcej gotowania (którego szczerze nienawidzę), grubsze sprzątanie (tu już angażuję syna, na mężu też wymusiłam, żeby robił „swoją część”), wyjście z małą do ogrodu/wyjazd na plac zabaw, ewentualnie wypad na jakiś spacer. Mąż córką nie zajmuje się prawie wcale, nigdy się z nią nie bawi, rzadko jej czyta, czasem zrobi jej kolację, kąpie ją tylko, jeśli mnie nie ma w domu. Kocha ją, przytula, bierze na ręce, rozśmiesza, ale czynności obsługowych przy niej nie wykonuje. Znacznie więcej pomaga syn.
        Ja właściwie w ogóle nie robię nic dla siebie, nic z tych rzeczy, które tak bardzo propagują wszystkie mądre poradniki dla „młodych mamuś”. Bez dziecka wychodzę tylko na wywiadówki do szkoły starszego dziecka (i to też nie zawsze), czasem po zakupy i z synem do kościoła. A, jeszcze do fryzjera (którego wyjątkowo tutaj sobie znalazłam)! Raz, niedawno, byliśmy z mężem w kinie, syn został z siostrą, więc cały czas miałam stres, czy nic się nie stanie.
        Nie uprawiam żadnego sportu – w dawnym życiu chodziłam na fitness i na basen – tu wprawdzie mam basen pod nosem, ale byłam tam aż 2 razy. Pan mąż nie lubi pływać (teraz również nie może), więc nie widzi potrzeby, żeby inni pływali. Żadnych zajęć typu fitness, siłownia, nie ma w okolicy. Owszem, wszystko jest w Warszawie, za straszne pieniądze, poza tym – kto zajmie się moim dzieckiem? Czasem pojeżdżę trochę rowerem, z reguły sama, ale to też jest możliwe tylko po dłuższym okresie bez deszczu – inaczej błoto uniemożliwia jazdę. Mój syn też z jedynych zajęć dodatkowych korzysta w szkole, po lekcjach (na szczęście są takowe). Też musiał zrezygnować z basenu, wspinaczki i gitary. Na pewno znalazłby ofertę ciekawych zajęć w Warszawie, ale przy naszym trybie życia nie ma nawet czasu, żeby go wozić (o finansach nie wspominając). W domu po pracy jesteśmy późno, po obiedzie jeszcze później, a córka jest za mała, żeby ją ciągać wieczorami, gdy trzeba gdzieś zawieźć syna. Ona musi chodzić spać o stałej, dość wczesnej porze – w końcu wstaje codziennie ok. 6:30 lub wcześniej. A muszę zakładać, że musiałabym czasem wozić syna wraz z córką, gdy mąż byłby nieobecny. Dodatkowo, nie znam Warszawy, słabo potrafię się po niej poruszać, sama umiem trafić zaledwie w kilka miejsc, nic mi nie mówią nazwy dzielnic, ulic. To miasto jest dla mnie kompletnie obce. Gdybyśmy zamieszkali np. w Trójmieście, gdzie studiowałam, czy w jakimś innym mieście, które choć trochę znam, w którym bywałam, byłoby mi łatwiej. Warszawa nigdy nie będzie moim miejscem na ziemi.
        W dawnym życiu czasem jadaliśmy w jakimś lokalu, nic wyuzdanego, jakaś pizzeria, pierogarnia, naleśniki. Tutaj jest wprawdzie pizzeria – ceny jak z kosmosu, jakość poślednia. Poza tym, tylko Warszawa. Nawet na głupie piwo nie ma gdzie tu wyjść – najbliższy ogródek piwny – ok. 6-7 km od naszego miejsca zamieszkania.
        Przez 3 lata mieszkania tutaj nie nawiązałam żadnych znajomości, nawet nie mam gdzie. Próbowałam nawiązać relacje z rodzicami innych uczniów w klasie syna jeszcze w lokalnej podstawówce, przychodziłam z bananem przyklejonym do twarzy i starałam się być pająk chwat wszystkich brat, ale dano mi odczuć, że jestem obca i nie chcą mnie w swojej wspólnocie  Ogólnie tutaj ludzie są taką zamkniętą społecznością, większość tubylców jest w jakiś sposób ze sobą spokrewniona, sprawiają wrażenie nieprzychylnie nastawionych do „obcych”, a ludności napływowej wciąż jest mało. W nowej szkole syna rodzice są sympatyczni, ale nie ma gruntu do nawiązania jakichś bliższych relacji – spotykamy się na wywiadówkach i tyle. Uczniowie są z różnych miejscowości, więc też nie ma możliwości spotykać ich rodziców gdzie indziej (w stylu: spotykamy się przypadkiem w sklepie z jakąś mamą, po czym umawiamy się na kawę).
        Z moimi dawnymi koleżankami spotykam się za każdym razem, gdy jestem „w domu”, ale jestem tam zbyt rzadko, a kontakty na odległość, telefoniczne, mailowe, to nie to samo i czuję jak te więzi się rozluźniają i też mnie to strasznie boli. Ja dla zdrowia psychicznego potrzebuję od czasu do czasu spotkać się i porozmawiać z innymi dorosłymi ludźmi poza mężem – a tego nie mam.
        Mój mąż zawsze był umiarkowanym odludkiem, więc jemu kontakty towarzyskie nie są niezbędne do życia (dlatego ja miałam koleżanki, a wspólnie nie mieliśmy wielu znajomych), zresztą on w pracy ma kontakt z ludźmi, a ja nawet tego nie mam.
        Poza tym, mąż miał zawsze zapędy dyktatorskie, ale w dawnym życiu potrafiłam je przykrócić. Owszem, nie zawsze było dobrze, było nawet tak źle, że już planowaliśmy rozwód, potem wydawało się, że wspólna praca nad związkiem przynosi owoce, a tutaj horror rozpoczął się na dobre. Przy czym, w ostatnim roku szczerze widzę poprawę. A było koszmarnie, on traktował mnie jak podczłowieka, czepiał się o wszystko. Gdy nie pracowałam i gdy pracowałam na ½ etatu, ciągle sprzątałam - jego zdaniem źle. Posprzątanego domu nie zauważał, to czego nie zrobiłam – natychmiast. Ja nie dawałam po sobie jeździć, nie dałam sobie wmówić, iż jestem jego służącą, więc kończyło się zazwyczaj awanturą. Gdyby nie dzieci i nie to, że sama też nie chcę mieszkać w syfie, toby
        • glanaber Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 11:42
          Gdy nie pracowałam i gdy pracowałam na ½ etatu, ciągle sprzątałam - jego zdaniem źle. Posprzątanego domu nie zauważał, to czego nie zrobiłam – natychmiast. Ja nie dawałam po sobie jeździć, nie dałam sobie wmówić, iż jestem jego służącą, więc kończyło się zazwyczaj awanturą. Gdyby nie dzieci i nie to, że sama też nie chcę mieszkać w syfie, tobym palcem nie kiwnęła, może zauważyłby różnicę np. między czystym a brudnym kiblem.
          Odkąd pracuję na pełny etat i po prostu nie ma mnie w domu, przestał się tak czepiać; sam też robi w domu o wiele więcej. Ale nie wiem, jak trwała jest ta poprawa. Z innej strony, czepia się, że mało zarabiam, powinnam poszukać „normalnej” pracy, tymczasem jego (nasz) szef był jedyną osobą, która zechciała mnie zatrudnić. Dla mnie to też nie ideał pracy, ale beggars can’t be choosers. Póki co, nie udało mi się znaleźć innej pracy. Zresztą skoro jego praca jest w nienormowanym czasie, z wyjazdami, a nie mamy nikogo do pomocy, to ja ze względów dzieciowo-logistycznych nie mogę sobie pozwolić np. na pracę po drugiej stronie Warszawy, gdzie dojazd zajmuje ok. 2 godzin i gdzie spędzałabym poza domem nie 9, a 12 godzin dziennie, codziennie. Nawet przy założeniu, że jakaś opiekunka odbierałaby mi dziecko z przedszkola i pilnowała przez resztę czasu do mojego powrotu – równie dobrze mogłabym córkę oddać do domu dziecka. Mąż czepia się też, że moja działalność przynosi straty, a nie zyski, że powinnam szukać zleceń a ja zleceń szukam jak mogę i g… znajduję. Syna też się ciągle o coś czepia.
          Widzę, że ucięło mi ten fragment: W międzyczasie miałam jeszcze sprawę sądową o jakąś dopłatę do ogrzewania za mieszkanie odziedziczone po moim tacie i dawno sprzedane. Sprawę oczywiście przegrałam.
          Jestem w strasznej kondycji psychicznej. Zupełnie straciłam radość życia. W dawnym życiu byłam dość pewną siebie osobą (długo nad tym pracowałam, bo z domu wyniosłam raczej stłamszone poczucie własnej wartości, sama się nauczyłam siebie lubić i cenić i było mi naprawdę dobrze), raczej zadowoloną z życia, wyglądałam (obiektywne opinie) i czułam się o wiele młodziej niż mój wiek metrykalny. Teraz czuję się stara, brzydka i zmęczona życiem. Dobija mnie fakt, że w wieku, w którym ludzie zwykle mają już jakąś stabilizację, ja zaczynam wszystko od nowa, od zera i bez perspektyw na lepsze jutro. Czasem wydaje mi się, że powoli zaczynam stawać psychicznie na nogi, a później znowu wraca ten dół. Nie mam z kim pogadać, a potrzebuję tego jak tlenu. Czuję się bezwartościowa – mam beznadziejną pracę, w domu ograniczam się do sprzątania, gotowania, opieki nad dzieckiem. Wszystko co robię jest koszmarnie nudne. Zawężają mi się horyzonty, zamiast się rozwijać cofam się zawodowo i intelektualnie. Nie mam żadnych własnych pieniędzy. Zawsze zarabiałam mniej od męża, ale miałam poczucie wartości zarobionych przez siebie pieniędzy. Zarabiałam w pracy i w działalności, niewiele, ale jednak – więc nie miałam obiekcji, żeby wydawać również na siebie. Fryzjer, kosmetyczka, zajęcia sportowe, kino, kawa czy wino z koleżankami – drobne przyjemności, które dodają życiu kolorytu. Teraz nie robię nic dla siebie, nic co sprawiałoby mi radość – basen, fitness, teatr, kino (oprócz jednego razu). Nie mam pieniędzy na własne wydatki, mam opory, żeby prosić męża o kasę na przyjemności dla mnie (lub wypłacać gotówkę z konta dla siebie); poza tym mąż musiałby też chcieć zająć się córką i umożliwić mi zrobienie tego „czegoś dla siebie”. Oczywiście, w rozmowach na ten temat mówi, że nie ma problemu, ale jak przychodzi co do czego, to jest np. zły moment, żeby iść na basen etc. Poza tym mam poczucie, że on ma mi to za złe, bo przecież on też nigdzie nie chodzi, nie korzysta z żadnych przyjemności, a zarabia tyle, że go stać, więc jakim prawem ja się czegoś domagam? Nie, nigdy mi tak nie powiedział, ale jakoś tak czytam między wierszami. Dodatkowo, nie kręci mnie tak bardzo perspektywa chodzenia np. do kina, na basen czy na fitness sama – z koleżanką zawsze raźniej; poza tym ja mam przede wszystkim potrzebę kontaktów międzyludzkich, reszta byłaby dodatkiem.
          Boję się, że popadnę w obłęd, świadomość spędzenia reszty życia w takiej samotności i beznadziei powoduje, że czasem chcę zasnąć i więcej się nie obudzić. Żal mi dzieci. Kiedyś syn, przeglądając zdjęcia sprzed paru lat, powiedział „Mamo, jak tu ładnie wyglądasz, tak się ślicznie śmiałaś, teraz już się tak nie śmiejesz”. Prawie się rozpłakałam, on pamięta inną, radosną mamę – córka nawet pamiętać mnie takiej nie będzie.
          Myślałam wiele o powrocie do rodzinnego miasta, ale: nie mam tam już pracy ani mieszkania, pracy tam ogólnie jest mało; nie mam też nikogo, kto mógłby mi realnie pomóc na nowo się urządzić – mama jest samotną emerytką, ma małe 2-pokojowe mieszkanko, gdzie nie zmieszczę się z 2 dzieci, poza tym delikatnie mówiąc, nigdy nie była matką idealną i wsparcia żadnego nigdy od niej nie miałam. Może przez jakiś czas trochę pomogłaby mi siostra, ale jak długo? Poza tym, nie mam chyba siły po raz kolejny zaczynać życia od nowa. Nie mogłabym też zrobić tego synowi, po tym jak zdołał przeżyć „żałobę” po poprzedniej wielkiej zmianie i jak już wrósł w nowe środowisko.
          Czy ktoś ma jakiś pomysł jak mogę wybrnąć z tej matni? Psychoterapia nie wchodzi w grę z przyczyn logistyczno-finansowych (jak wszystko inne).
          Koniec
          • krokodil123 Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 12:43
            A wiesz że ja (z braku innych zajęć) nawet próbowałam to wszystko przeczytać.

            Uderzyło mnie że nie ma ani słowa o tym co ci się podoba, tylko nie, nie...maiłam to, miałam tam to, żadne pozytywy lub coś podobnego.
            I wszystkie straszne problemy........dom ogrzewany na gazie ale tynki nie wyschnięte-i ani słowa o tym dlaczego zdecydowaliście o zamieszkaniu w nie wykończonym domu, o to co zyskaliście z tą decyzją.
            Dom bez kanalizacji-a kto się zdecydował na kupno nie uzbrojonej działki, dlaczego nie kupiliście uzbrojona z kanalizacją.
            Droga nie dobra na wózek, męczarnia wprost-a że dzieci mogą się bawić na podwórko i okolica cicha nie laska napisać.

            Spoko.....jak jest teraz fryzjer to i inne rzeczy się ułożą.
            Ja bym się cieszyła że mimo straty pracy i innych niespodzianek macie teraz prace i dom.
            • yoma Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 12:58
              Tam najistotniejsze jest zdaje się w ostatnim poście, a cała reszta to przykrywka. Tak mi się zdaje.
              • krokodil123 Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 13:02
                yoma napisała:

                > Tam najistotniejsze jest zdaje się w ostatnim poście, a cała reszta to przykryw
                > ka. Tak mi się zdaje.

                Sugerujesz że autorka chce uciec od męża?
                • yoma Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 15:00
                  Uciec jak uciec, ale mi się zdaje, że najbardziej ją gryzie jednak mąż.
              • idoli Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 13:06
                Chyba spróbowałabym poszukać innej pracy, nawet kosztem dłuższych dojazdów. Może tam poznałabyś jakichś ludzi, koleżanki, inne rzeczy które lubiłaś robić stałyby się bardziej dostępne. No i mąż, nie mając Cię ciągle pod nosem, nabrałby więcej szacunku do Ciebie i Twojej pracy. Inne rady nie przychodzą mi do głowy. Powrót w rodzinne strony nic Ci nie da.
            • edw-ina Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 13:12
              Mi się nawet większość udało przeczytać, choć przyznaję, że przypomniał mi się egzamin z pozytywizmu :)

              Do autorki: zmiany są zawsze trudne, ale jeśli nie dasz szansy nowemu życiu, niczego nie zmienisz, nie osiągniesz. Wyprowadziłaś się kilkaset kilometrów. Swoją drogą to nie wiem, gdzie z Wawy jest tak daleko, ze jedzie się 7 godzin. Mieszkając tam nawet do Zakopca i nad morze jeździłam max 5 godzin, ale ok. Nie zmieniłaś państwa, nie uczysz się nowego języka i nowych obyczajów. Masz na wyciągnięcie ręki naprawdę fajne miasto. Może nie ideał, ale naprawdę ok. Osobiście nie raz do niego tęsknię. Nie wszystkie restauracje są drogie, nie za wszystkie baseny i inne obiekty sportowe płaci się krocie itp. Ale trzeba chcieć z tego miejsca skorzystać. A z twoich postów wynika, że ty to nowe życie odrzucasz a priori, że ono nie ma prawa być fajne, bo fajne było tamto życie i koniec. Wszystko widzisz wyłącznie w czarnych barwach.
              Tak to już jest, że świat dokoła nas się zmienił i wymusił zmiany również na nas i naszym trybie życia. Można za nimi podążyć i cieszyć się nowościami, a można się zabarykadować i we wszystkim widzieć tylko minusy. Widzisz, ja też w tej chwili mieszkam w domu pod miastem i też mam np. szambo, bo kanalizacja tu jeszcze nie dotrze przez kilka lat. I mogłabym płakać, że nie biorę kąpieli. Zamiast tego cieszę się, że biorąc jedynie prysznice nie przesuszam sobie wreszcie skóry długim biwakowaniem w wannie.
              Sytuacja na rynku pracy też jest, jaka jest. Znam bardzo wiele osób, które musiały odejść ze swego zawodu i pracuję często poniżej kwalifikacji. Co zrobić, taki moment. Trzeba wierzyć, że będzie lepiej. Ale to nie znaczy jeszcze, że należy się jedynie załamywać! Pomyśl - mieszkasz w domu z ogrodem, twoje dziecko może biegać po trawie zamiast po wybetonowanych chodnikach, w ciepłe dni możecie jadać na podwórku, możesz sadzić kwiatki i robić masę innych rzeczy, których byś nie zrobiła mieszkając w bloku. Mieszkasz obok miasta, które ma szeroką ofertę kulturalną. Nie wierzę, że nie stać was, by raz na jakiś czas wybrać się do teatru, wpaść na fajną wystawę, a latem choćby usiąść na Starówce i posłuchać jazzu. Itp, itd. Ale żeby to dostrzec, musisz zmienić mentalność. Wówczas może też zaczną pojawiać się wokół ciebie ludzie. Bo bardziej lgniemy do osób szczęśliwych, niż wiecznie niezadowolonych.
              • tully.makker Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 13:35
                Swoj
                > ą drogą to nie wiem, gdzie z Wawy jest tak daleko, ze jedzie się 7 godzin.

                A prosze cie bardzo - do mmoich tesciow, pod Slupsk, zwlaszcza jak sie jedzie z dziecmi, ktore musza ze 2 - 3 razy siknac, to jedzie sie wlasnie 7 godzin.
              • triismegistos Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 15.03.13, 14:50
                Do Wrocławia na ten przykład.
            • default Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 13:19
              Otóż to ! Powinnaś starać się znaleźć pozytywy Waszego obecnego położenia, a nie rozpaczać, że nie masz znajomych i na fitness nie ma jak chodzić.
              Faktem jest, że popełniliście koszmarny błąd kupując dom na wygwizdowie, w dodatku źle zbudowany i z nieekonomicznym ogrzewaniem i bezodpływowym szambem. Trzeba było kupić mieszkanie, niekoniecznie wielkie, niekoniecznie w centrum, wystarczy że w okolicy z pełną infrastrukturą i chociaż jaką-taką komunikacją. A jeśli już dom, to zbudowany trochę bardziej z głową niż ten, który wybraliście (zaplanujcie sobie modernizację instalacji i po kroczku realizujcie - przydomowa oczyszczalnia, pompa ciepła itd. - naprawdę jest mnóstwo technologii).
              No ale to już się stało i nie ma co rozkmianiać, tylko pomyśleć pozytywnie.
              Macie pracę - nie wymarzoną, ale jest i daje dochód. W dzisiejszych czasach to już sukces, o którym wielu tylko marzy.
              Z męzem mieliście kryzysy - trudno się dziwić, Wasze życie przewróciło się do góry nogami i nie ma pary, która by przez takie doły przeszła ze śpiewem na ustach. Ale jest lepiej - sama piszesz, że mąż "spuścił z tonu", chce się z Tobą dogadywać i żyć w zgodzie, jest pomocny w domu, kocha dzieci itd.
              Dzieci rosną, mają swoje środowisko, syn znalazł przyjaciół, córka lubi przedszkole i swoją grupę.
              Mieszkacie w zielonej okolicy, macie swój ogród, blisko las - szczerze powiedziawszy ja nie rozumiem po co Ci fitnessy-sresy w takich okolicznościach - a praca w ogrodzie ? a spacery do lasu z dziećmi i z psem ? wyprawy rowerowe ? To 100x lepsze niż wąchanie potu w dusznej sali za ciężkie pieniądze.
              Piszesz że masz brak znajomych - macie jednak jakichś sąsiadów, może od razu z góry źle się nastawiłaś do nich ? Nie mówię o jakiejś gorącej przyjaźni od razu, ale nawiązać towarzyskie stosunki w sąsiadami w takiej podmiejskiej okolicy to nic trudnego.
              Narzekasz na monotonię - do pracy, z pracy, obiad, dzieci, spać. No cóż, większość ludzi prowadzi takie życie i nie ma w tym nic dramatycznego. Powiem Ci, że z Twojego wyliczenia rozrywek z jakich czasem korzystacie (jakieś tam kino czy restauracja) wynika, że ja to już w ogóle żyję jak borsuk w norze :) , bo nawet nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam w kinie z mężem, a w restauracji co prawda niedawno, ale to był pierwszy raaz od jakichś 3 lat :)
              Przypominasz mi trochę Barbarę Niechcic z Nocy i Dni - ona też wiecznie narzekała na brak rozwoju, brak rozrywek, samotność, nudę, monotonię i kołowrót, tęskniła Bóg wie za czym i nie spostrzegła, że to co się dzieje wokół to właśnie jej życie, które się dzieje tu i teraz i zamiast biadolić i marzyć o niebieskich migdałach trzeba się nim cieszyć takim jakie jest i widzieć w nim te wszystkie plusy, które niewątpliwie ma.
              • glanaber Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 15:20
                default napisała:

                Trzeba było kupić mieszkanie, niekoniecznie wielkie, niekoniecznie w centrum, wysta
                > rczy że w okolicy z pełną infrastrukturą i chociaż jaką-taką komunikacją.
                Za cenę naszego domu mogliśmy kupić w Wawie maks. 50 m mieszkania w wielkiej płycie, zapewniam Cię, sprawdzaliśmy różne opcje.
                Ale jest lepiej - sama piszesz, że mąż "spuścił z tonu", chce się z Tobą do
                > gadywać i żyć w zgodzie, jest pomocny w domu, kocha dzieci itd.
                Jest TROCHĘ BARDZIEJ pomocny, dzieci kocha, ale się nimi nie zajmuje, syna się ciągle czepia.
                > Mieszkacie w zielonej okolicy, macie swój ogród, blisko las - szczerze powiedzi
                > awszy ja nie rozumiem po co Ci fitnessy-sresy w takich okolicznościach - a prac
                > a w ogrodzie ? a spacery do lasu z dziećmi i z psem ? wyprawy rowerowe ? To 100
                > x lepsze niż wąchanie potu w dusznej sali za ciężkie pieniądze.
                Do lasu mam ok. 2 km, a więc dystans do przejścia, pod warunkiem że przez tydzień było sucho, inaczej błoto uniemożliwia przejście piechotą i przejazd rowerem,
                Praca w ogrodzie to jest praca, a nie rozrywka i jakoś tak się składa, że nie plasuje się wysoko w kategorii sport/zdrowy tryb życia. U mnie produkcji endorfin nie pobudza :(
                > Piszesz że masz brak znajomych - macie jednak jakichś sąsiadów, może od razu z
                > góry źle się nastawiłaś do nich ? Nie mówię o jakiejś gorącej przyjaźni od razu
                > , ale nawiązać towarzyskie stosunki w sąsiadami w takiej podmiejskiej okolicy t
                > o nic trudnego.
                Sąsiadów czasem nie widuję tygodniami, raczej mają swoje sprawy.
                > Powiem Ci, że
                > z Twojego wyliczenia rozrywek z jakich czasem korzystacie (jakieś tam kino czy
                > restauracja) wynika, że ja to już w ogóle żyję jak borsuk w norze :) , bo nawe
                > t nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam w kinie z mężem, a w restauracji co praw
                > da niedawno, ale to był pierwszy raaz od jakichś 3 lat :)
                Chwila, chwila, u nas restauracje (pizzerie i pierograrnie, dla ścisłości) były w danym życiu , ostatnio w 2009. Kino było w ubiegłym miesiącu, pierwszy raz odkąd tu mieszkam.
          • esteraj Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 13:20
            glanaber napisała:
            > Czy ktoś ma jakiś pomysł jak mogę wybrnąć z tej matni?

            Niestety nie mam pomysłu na to, jak możesz zmienić swoje życie.
            Myślę, że do tej pory nieźle sobie radziłaś. Jak widzisz, wszystko się zmienia, córka rośnie, dom powoli zostaje wykończony, masz znów wreszcie samochód, "jaką taką" pracę... Wydaje się, że wszystko zmierza ku lepszemu...
            Problem polega na tym, że oceniasz teraźniejszą sytuację z perspektywy przeszłości, a ona była dużo ciekawsza, lepsza, wygodniejsza...
            Gdybyś w przeszłości doświadczyła mieszkania na kupie z rodzicami, z małymi zarobkami i kiepskimi warunkami, obecna sytuacja dostarczyłaby Ci więcej radości. Widziałabyś więcej rzeczy, z których mogłabyś się cieszyć.

            Są ludzie, którzy żyją mottem: "ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy".
            Można pocieszać się i w taki sposób, jednak nie mamy gwarancji, że przyszłość przyniesie coś lepszego...
            Ja wolę żyć w "tu i teraz". Po prostu przychodzi dana chwila i trzeba się do niej dostosować i robić wszystko, by była ona jak najlepsza...
            • glanaber Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 15:23
              esteraj napisała:
              > Problem polega na tym, że oceniasz teraźniejszą sytuację z perspektywy przeszło
              > ści, a ona była dużo ciekawsza, lepsza, wygodniejsza...
              > Gdybyś w przeszłości doświadczyła mieszkania na kupie z rodzicami, z małymi zar
              > obkami i kiepskimi warunkami, obecna sytuacja dostarczyłaby Ci więcej radości.
              > Widziałabyś więcej rzeczy, z których mogłabyś się cieszyć.
              Tak, to pewnie jest klucz do problemu - doświadczyłam fajniejszego, bardziej wartościowego życia, a obecnie mój "fun factor" jest na poziomie zerowym
              >
          • larysa-1 Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 13:57
            Wydaje mi się że autorka nie napisałaby nigdy tego postu gdyby miała oparcie w mężu. Zdaje mi się że tak na prawdę to najbardziej ciebie boli. Wszystko da się przetrwać i znieść jeśli ma się u bolu ukochaną osobę. Tymczasem ty cały czas pisałaś, że mąż przez ten trudny dla ciebie okres skupił się całkowicie na waszym bycie finansowym kompletnie pomijając przy tym jakiekolwiek twoje potrzeby emocjonalne. Widać od razu że mąż jest zaradnym życiowo facetem, którego głównym celem jest utrzymanie rodziny. Powiem ci - ciesz się z tego, bo wiele kobiet nie ma takiego szczęścia. Mąż jest jednak typowym facetem, silnym i zdeterminowanym nie widzacym potrzeb nie tak już silnej psychicznie żony. Nie rozumie ich ponieważ sam potrafi poradzic sobie w zapewne również dla niego trudnej sytuacji. W zasadzie na moje oko musisz zaczać od odbudowania relacji z mężem, w którym nie znajdujesz na ten moment oparcia. Jak sama napisałaś sytuacja na przestrzeni lat poprawiła się dla każdego z was. Dla ciebie najmniej. Nie realizujesz się w życiu kompletnie, a mąż dodatkowo tobie to wytyka. No cóż, jemu się powiodło, tobie nie tak jak sobie wymarzyłaś. Powiedz mężowi o tym jak jest tobie ciężko, nie rezugnuj, rozmawiaj z nim o twoich potrzebach, jednocześnie dajac do zrozumienia że fantastycznie poradził sobie w trudnej dla was sytuacji życiowej - bo to jest fakt. Po odbudowaniu relacji z mężem ruszyłabym po pierwszą znajomość. Ponieważ twoje interakcje z ludźmi sa baaardzo ograniczone zacznij sama od sąsiadów. Zrób pierwszy krok, a nawet 100 pierwszych kroków i nie rezygnuj. Uwierz w siebie i daj sobie szansę na stworzenie nowego życia w nowym miejscu. nie rezygnuj tez z szukania pracy i swoich hobby - jak najbardziej jesteś warta tego żeby iść na basen, do fryzjera, na solarium mimo tego że mało zarabiasz. To jest małrzeństwo - nie sprawa o podział majątku, dziećmi i domem zajmujesz sie głownie ty , do tego pracujesz i należy ci się wszystko to na co RAZEM zapracowaliście. Niepotrzebnie czujesz się mało warta i opuszczona. Masz wspaniałą rodzinę i nie mieszkasz na takim odludziu żebyś miała 100 km do najbliższej ludzkiej osady. Nie ograniczaj się i nie daj się ograniczyć mężowi. Usiądź i na spokojnie porównaj sytuację w momencie przeprowadzki a teraz. Postaraj się dla siebie samej objektywnie poszukać wszystkiego co się poprawiło przez ten czas. Głowa do góry przeszłaś już najgorsze, teraz będzie z górki.
            • glanaber Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 15:28
              Bardzo dziękuję za ten post, to prawda - nie mam oparcia w mężu, próby rozmowy kończą się w najlepszym wypadku lekceważącym komentarzem z jego strony w stylu paru wcześniejszych wypowiedzi forumek w tym wątku - "bo ty za wszelką cenę musisz być nieszczęśliwa", "ty uwielbiasz być nieszczęśliwa"...
              Nosz k... nie uwielbiam, ale jestem, czuję się nieszczęśliwa, gdyby tak nie było, to nie zaczynałabym rozmowy.
              • krokodil123 Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 15:51
                Cichutko i nieśmiało napiszę że chyba.....facet ma racje.
                • glanaber Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 15:56
                  To życzę Ci, żeby również w którymś momencie życie Cię przerosło - tak po prostu, żeby Ci się pozmieniało na gorsze, bez żadnego poważnego nieszczęścia, ale żeby Ci było źle - może wtedy zrozumiesz
                  • krokodil123 Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 16:07
                    Ale ty nie masz "bardo źle". Pisałam-masz dom, pracę, zdrowe dzieci, mąż,rozumiem że i godziwe pieniądze bo masz co do garnka włożyć.

                    Szybko odpowiedziałaś-za cenę domu kupisz małe mieszkanie.
                    A dlaczego nie kupiłaś mieszkania -podjełasz świadoma decyzja że dom na pustkowiu ale przynajmniej duży i teraz trzeba ponosić konsekwencje wyboru.

                    Mąż nie jest opora podobno?
                    A jak się przeprowadzaliście, jak wybieraliście działkę, braliście kredyt, była budowa domu (domniemywam że nie nie ot-tak w ciągu 2-3 miesiące), wykończenie etc. to był chyba opora czy to wszystko sama robiłaś?

                    Jak teraz dom gotowy może i facet nie pasuję do firan-ja się tam na to nie znam!
                    • krokodil123 Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 16:09
                      PS. Mam dom, duża działka, 2-ka dzieciaków, też pracuję.
                    • pade Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 13.03.13, 08:47
                      Autorka jest nieszczęśliwa i ma prawo być nieszczęśliwa bo jest SAMOTNA. I w domu i poza nim.
                      Do autorki: na Twoim miejscu skorzystałabym z terapii poprzez internet i potraktowałabym to jak priorytet, jak rachunek za gaz. A wiesz dlaczego? Bo terapeuta pomógłby Ci wzmocnic poczucie własnej wartości, no i mogłabyś się wygadać:) Pomyśl o tym, terapia prowadzona jest przez skype'a, a internet masz, prawda? Takie wsparcie jest Ci teraz najbardziej potrzebne.
                      Uwierz, Twoje samopoczucie ma wpływ na Twoje dzieci, dlatego chociażby z tego względu powinnać zainwestować w terapię.
                      Cała reszta później sama się ułoży.
                      powodzenia życzę:)
                      • glanaber Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 15.03.13, 14:24
                        pade napisała:

                        > Autorka jest nieszczęśliwa i ma prawo być nieszczęśliwa bo jest SAMOTNA. I w do
                        > mu i poza nim.
                        Dokładnie tak - amen.
                        > Do autorki: na Twoim miejscu skorzystałabym z terapii poprzez internet i potrak
                        > towałabym to jak priorytet, jak rachunek za gaz. A wiesz dlaczego? Bo terapeuta
                        > pomógłby Ci wzmocnic poczucie własnej wartości, no i mogłabyś się wygadać:) Po
                        > myśl o tym, terapia prowadzona jest przez skype'a, a internet masz, prawda? Tak
                        > ie wsparcie jest Ci teraz najbardziej potrzebne.
                        > Uwierz, Twoje samopoczucie ma wpływ na Twoje dzieci, dlatego chociażby z tego w
                        > zględu powinnać zainwestować w terapię.
                        Nie słyszałam wcześniej o takiej możliwości, to faktycznie warte rozważenia, zacznę szukać, dzięki za podpowiedź.
                        > Cała reszta później sama się ułoży.
                        > powodzenia życzę:)
                        Dziękuję :)
                  • nunia01 Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 19:53
                    Ale myślisz, że z poważnym nieszczęściem byłoby lepiej?
                    Zaznaczę, że mam doświadczenie w poważnym nieszczęściu (a nawet nieszczęściach). Zdarza mi się też ryczeć z bezsilności.
                    Ale uważam, że na postrzeganie świata mamy wpływ tylko my sami. Wiem i rozumiem, że wiele przykrości na raz przygniata i przeszkadza w zauważaniu fajnych stron życia. Ale jeśli Ty czegoś nie zmienisz, to nic się nie zmieni. Twoja szklanka będzie do połowy pusta i zawsze będzie jakieś ale.
                    Trudno Ci podjąć rewolucyjną decyzję, ale może to wcale nie jest potrzebne. Zacznij od małych rzeczy.
                    Zamiast zastanawiać się czy mąż szczerze proponuje Ci pójście na basen - po prostu idź na ten basen - masz go blisko.
                    Skoro ulica dziurawa i zabłocona, to 2 km do lasu podjedź samochodem.
                    Oblicz ile kosztuje inwestycja w przydomową oczyszczalnię (nie szambo z rozsączkowaniem, tylko oczyszczalnię dającą wodę o czystości zdatnej do podlewania ogrodu) i skalkuluj jak szybko się zwróci w porównaniu z kosztem wywozu szamba. Po przeprowadzeniu tej inwestycji nagrodą za wysiłek będą kąpiele.
                    Szukaj nowej pracy, żeby bardziej wyjść do ludzi i oderwać się od męża.
                    Zaproś dzieci na urodziny/imieniny córki - może będzie okazja zawrzeć bliższą znajomość z mamami.
                    To pomysły na początek. Jest szansa, że jak zaczniesz zauważać fajne sprawy dookoła Ciebie to zrobi się ich więcej. Pytanie tylko czy chcesz, bo znam osoby dla których 'nieszczęścia' je spotykające są usprawiedliwieniem dla braku aktywności własnej. Czasami chciałabym krzyczeć, że chętnie się z nimi zamienię.
                    A na szacunek u męża dobrze robi wzmacnianie poczucia własnej wartości.
                  • igge Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 13.03.13, 15:06
                    glanaber ja Cię rozumiem i w wielu szczegółach mam podobną do twojej sytuację (dom na odludziu i z powodu szamba prysznice chociaż uwielbiam kąpiele, kosz do prania wiecznie zawalony) i nastrój miewałam pewnie jeszcze gorszy ( leczyłam depresję) ale byłam i jestem szczęśliwa mimo obiektywnej zmiany sytuacji życiowej w wielu aspektach na gorszą. Pocieszę Cię, że pewnie wydostaniesz się z takiego myślenia jak postarasz się. Twój mąż jest zmęczony "nieszczęśliwą" ciągle żoną i czuje się pewnie winny.
                  • asfo Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 13.03.13, 16:51
                    Wiesz, myślę że masz depresję, częściowo może z powodu męża, może z innego. Depresji można też dostać z powodów fizjologicznych. Dodatkowo pewnie jesteś stale przemęczona, bo i dziecko małe i praca i sprzątać trzeba i jeszcze dojazdy.

                    W rezultacie wszystkie aspekty życia wydają ci się złe, nawet jeśli obiektywnie rzecz biorąc nie ma żadnej tragedii. Kawiarnię i fryzjera w Wawie też można dostać niekoniecznie aż tak bardzo drogo (poszukać poza centrum handlowym trzeba), znajomych można znaleźć nowych (nie gadaj że taka wiekowa jesteś, masz pewnie ze 45), ale jak się ma depresję to się zwyczajnie tego nie widzi.
                    • glanaber Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 14.03.13, 10:25
                      asfo napisała:

                      > Wiesz, myślę że masz depresję, częściowo może z powodu męża, może z innego.
                      To bardzo prawdopodobne.
                      > nie gadaj że taka wiekowa jesteś, masz pewnie ze 45
                      Mniej, ale pierwsza młodość i tak dawno poza mną :(
                      • asfo Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 18.03.13, 21:29
                        Wiesz, jesteśmy w podobnym wieku, ale mnie to nie powstrzymuje od różnych aktywności które lubiłam 10 lat temu.

                        Poza tym jak się ma 20 lat to może i ciało młodsze, ale brakuje doświadczenia życiowego i człowiek ciągle przeżywa jakieś problemy, których by nie miał, jakby postępował i myślał rozsądnie - w rodzaju "nie będę podrywać tego faceta który tak mi się podoba bo mam pryszcza na nosie i pieprzyk na górnej wardze, więc on mnie wyśmieje bo na pewno leci tylko na supermodelki, a wtedy po prostu UMRĘ ze wstydu". ;-PPP

                        Z opisu sposobu spędzania weekendów wnioskuję, że twoje stosunki z mężem są bardzo dziwne. Po pierwsze, on zawsze proponuje coś, co wymaga wysiłku wyłącznie z Twojej strony, a po drugie - ty się na to bez gadania zawsze zgadzasz, i potem jak kobieta radziecka zaciskając zęby kroisz w słupki te kilogramy warzyw, mimo że nie masz na to najmniejszej ochoty. Tak jakbyś nie miała prawa odmówić, albo zagonić męża i syna do pomocy.

                        To że mąż jest taki czy owaki to jest jedna sprawa, ale to że Ty nie próbujesz sobie inaczej poukładać, nie domagasz się uszanowania twojego wysiłku to jest rzecz, którą potrzebujesz przepracować.
          • agnieszka_iwaszkiewicz Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 18.03.13, 01:56
            Na tak dramatyczną ocenę sytuacji odpowiedzialny jest jakiś rys Pani osobowości. Jeśli nie można go złagodzić pod wpływem terapii, to trzeba z nim żyć. I mieć świadomość jego podstępnej działalności, którą czasem z mocą trzeba okiełznać.
            Obecnie, dzięki niemu, nastąpiło duże rozszczepienie. Idealizuje Pani przeszłość, dewaluuje teraźniejszość. Te nożyce rozwierają się coraz bardziej. Dlatego nie zauważa Pani lub nie nadaje Pani znaczenia faktom, które też zmieniły Pani życie. W gloryfikowanym przez Panią "dawnym życiu" nie miała Pani dwójki dzieci. A zatem inaczej rozkładały się Pani możliwości i obowiązki.
            Została Pani zwolniona z pracy, ale ten proces też zaczął się w "dawnym życiu" a skończył w nowym. To są zdarzenia bardzo zmieniające każde życie.
            Żyje Pani jak większość współczesnych rodzin. Pracę jaką musi Pani wykonać, to praca nad oceną rzeczywistości. Tak aby nie była ona tak zniekształcona jaką stała się w Pani głowie. Praca ciężka, ale opłacalna. Agnieszka Iwaszkiewicz
      • marina2 Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 13.03.13, 16:24
        "Dom był w momencie przeprowadzki bardzo mocno niewykończony, dopiero w ostatnim roku zaczęliśmy go doprowadzać do stanu przyjazności dla użytkownika. Płacimy gigantyczny kredyt, koszty utrzymania domu też są straszne. Dom jest naprawdę nieduży, ale i tak bulimy koszmarne pieniądze za gaz. Zresztą dopiero tej zimy temperatura w domu była znośna (pewnie budynek wreszcie się dosuszył); jeszcze w ubiegłym roku temperatura nad ranem w sypialni potrafiła osiągnąć 14 stopni mimo włączonego przez całą noc ogrzewania (termostat ustawiony na 21st.). "
        odniosę się do tego fragmentu:
        dom nie schnie 3 lata.wystarczy jeden sezon wliczając w to lato .
        jesli nie było możliwości osiągnięcia zadanej temp czyli 21 st mozliwości są dwie: źle ustawiony piec /czujniki/, lub dom bez ocieplenia .my wprowadziliśmy się do domu ocieplonego pół roku po tynkowaniu ,ale nie było drzwi w piwnicy pomiędzy pomieszczeniami np.do garażu/ i mrozy dochodziły do -27 przez dłuuugi czas.wstawienie drzwi po dwóch miesiącach napradę poprawiło temp w domu.następnej zimy było juz bardzo ok.
        mąż poczytał instrukcję pieca i odkryl pewne niuanse,potem zmienił ustawienia,a w końcu poprosiliśmy serwisanta o pomoc i ten jeszcze odkrył niesprawny czujnik w piecu.poza tym odłączylismy czujnik zewnętrzny.naprawdę czasem warto posiedzieć nad takimi drobiazgami.
        poczytaj forum muratora może tam znajdziesz rozwiązanie.ponadto porównaj sobie może: nasz dom jest zwartą bryła piwnica,parter,piętro .spiżarni,garażu i dwóch pomieszczen nie ogrzewamy wcale i tej zimy w garażu miałam 8-12st/drewnaina brama !/resta pomieszczen w granicach 14-18st. koszt ogrzania reszty powierzchni ok 320m2 plus gotowanie plus podgrzanie wody do mycia /zasobnik na 300l/ 1300zł w trzaskające mrozy.bez kominka-w styczniu może napaliłam raz w lutym zero.gotuję dużo i codziennie,a dzieci 4 w tym nastolatki moczą się w wannie jak żaby.na dachu mam 25cm wełny w ścianach 10 ,ale ściana trójwarstwowa i dom w dość ciasnej zabudowie.zresztą mnóstwo przeliczeń i porównań znajdziesz na forum Muratora.
    • daniela11 Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 13:59
      Ja przeczytałam wszystko.
      Powiem szczerze, że jest mi Ciebie żal. Rozumiem Cię doskonale. Wszystko co teraz przeżywasz, jest niejako konsekwencją przeprowadzki - z jednej strony uzasadnionej koniecznością zmiany pracy. Jednak zastanawiam się, czy podejmując decyzję o kupnie tego konkretnego domu na zadupiu (przepraszam za wyrażenie) nie braliście wspólnie z mężem pod uwagę życia w takim miejscu? Dojazdy, brak pomocy ze strony rodziny, brak kontaktów ze znajomymi, wszędzie daleko, samotność itp. Przeprowadziliście się z miasta (małego - z tego co zrozumiałam - ale zawsze) na odludzie, gdzie było do przewidzenia, że sytuacja może tak wyglądać jak wygląda...
      W tym momencie klamka już zapadła, więc trudno teraz to roztrząsać.
      Beznadzieja jaką widzisz na codzień wpędziła Cię w depresję. Musisz coś zrobić, bo inaczej faktycznie będzie to równia pochyła w dół. Szkoda, że mieszkam tak daleko...
      Przede wszystkim rozmowa z mężem, poważna rozmowa. Czy on zdaje sobie sprawę w jakim jesteś stanie? Wydaje mi się, że od tego powinniście zacząć, bo bez jego pomocy nic tu się nie zmieni.
      Musisz znaleźć czas i okazje do zrobienia czegoś dla siebie - tylko dla siebie. Choćby miało to być początkowo raz na jakiś czas, ale zawsze. Masz internet, poszukaj jakieś zajęcia, nawet w Warszawie, chociaż wierzę, że jej nie znosisz, ale skoro nigdzie indziej nie ma nic ciekawego to chyba nie masz wyjścia.
      A wspólne wyjazdy na weekend - całą rodziną? nie chodzi mi o wyjazdy do SPA czy coś w tym rodzaju bo rozumiem, że sytuacja finansowa nie sprzyja, ale nawet współna wycieczka w niedzielę w pobliskie ciekawe miejsce, nawet do Warszawy (chyba znajdzie się tam coś ciekawego do spędzenia wolnego czasu dla rodziny). Jeśli mąż nie wykazuje chęci to sama pakuj dzieci i jedż - masz auto do dyspozycji, to plus. Rozumiem, że w tygodniu jest tzw. zajob, nie ma czasu, rytuna dnia codziennego. Ale niech weekend będzie dla Was! Pomyśl co możecie razem zrobić, gdzie się ruszyć, nie wierzę, że nic nie wymyślisz.
      Nie masz wyjścia - musisz coś zaczać robić ze swoim (Waszym) życiem, bo inaczej zwariujesz kobieto!
      Ludzi można poznać przez internet, są fora internetowe, dzieciowe, hobbystyczne i różne inne. Myslę, że takich kobiet samotnych jak Ty jest sporo, nie jesteś sama.
      Jeśli nie chce Ci się nic zmieniać dla siebie - zrób to dla dzieci. One widzą Twoją minę, wiecznie wkurzoną i smutną...
      • aqua48 Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 14:17
        Też mi się wydaje tak jak poprzedniczkom, że dopóki byłaś zadowolona ze swojego losu to nie dostrzegałaś tego jaki jest Twój mąż, a wobec rozmaitych przeciwności losu (wcale nie specjalnie tragicznych w efekcie) wreszcie przejrzałaś na oczy i w tym cały problem.. A nie w domu, pracy, za małym szambie, czy nieodśnieżanej drodze.
      • glanaber Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 15:44
        daniela11 napisała:
        > Wszystko co teraz przeżywasz, jest niejako konsekwencją przeprowadzki - z jednej strony uzasadnionej koniecznością zmiany pracy. Jednak zastanawiam się, czy podejmując decyzję o kupnie tego konkretnego domu na zadupiu (przepraszam za wyrażenie) nie braliście wspólnie z mężem pod uwagę życia w takim miejscu? Dojazdy, brak pomocy ze strony rodziny, brak kontaktów ze znajomymi, wszędzie daleko, samotność itp. Przeprowadziliście się z miasta (małego - z tego co zrozumiałam - ale zawsze) na odludzie, gdzie było do przewidzenia, że sytuacja może tak wyglądać jak wygląda...
        Tak, wiedzieliśmy, że to zadupie, ale dopiero mieszkając mogliśmy stwierdzić, że aż takie
        > Szkoda, że mieszkam tak daleko...
        Też żałuję :(
        > Przede wszystkim rozmowa z mężem, poważna rozmowa. Czy on zdaje sobie sprawę w jakim jesteś stanie? Wydaje mi się, że od tego powinniście zacząć, bo bez jego pomocy nic tu się nie zmieni.
        Próbowałam rozmawiać wielokrotnie - on uważa, że wyolbrzymiam, problem sobie wydumałam etc. Absolutnie nie rozumie i chyba nie chce zrozumieć mojej sytuacji.
        > Musisz znaleźć czas i okazje do zrobienia czegoś dla siebie - tylko dla siebie. (...) Nie masz wyjścia - musisz coś zaczać robić ze swoim (Waszym) życiem, bo inaczej zwariujesz kobieto! (...) Jeśli nie chce Ci się nic zmieniać dla siebie - zrób to dla dzieci. One widzą Twoją minę, wiecznie wkurzoną i smutną...
        Dlatego napisałam z prośbą o rady. Dziękuję
    • domza2 Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 14:22
      Hej, mam za sobą podobną historię - przeprowadzka z malutkim dzieckiem z rodzinnego Krakowa do nieznanego mi Rzeszowa, na kijowe ohydne blokowisko z nowiutkiego wykizianego bliku w Krakowie. Do tego poważna choroba moja. Najpierw brak pracy, tylko opieka nad dzieckiem i ŻADNEJ gęby do której można byłoby się odezwać. Potem długotrwała terapia. Ale wraz z wyleczeniem ( co nie było takie oczywiste , bo nie wszyscy się leczą) nastała wiosna. Znalazłam świetną pracę, choć mam mało godzin i mało zarabiam. Wkrótce zaczynam doktorat. Mam już tutaj przyjaciół. Ale trzy lata temu patrzyłam jak Ty, było mi czarno... Ja postawiłam wszystko na głowie i poszłam do psychologa. Zabrałam się też za swoje zdrowie. Wraz z wyzdrowieniem wszystko się zmieniło. Włożyłam w to duuuużo energii. Ale i obiektywne fakty musiały zaistnieć, tzn. dziecko musiało pójść do przedszkola, ja musiałam zakończyć terapię (zdrowotną). Teraz już nawet nie chcę wracać do Krakowa, gdzie miałam dobrą pracę (czekającą na mnie) oraz masę przyjaciół. Ja Ciebie doskonale rozumiem. Twój stan psychiczny jest taki, że widzisz wszystko na czarno. Być może nawet masz depresję. Do tego trudno Ci wprowadzić jakieś zmiany, bo mąż Cię zdominował. łatwo jest być zdominiowaną, gdy się jest w kiepskim stanie.
      Siądź i wypisz na kartce te zmiany, które są Ci teraz potrzebne. Potem wypisz, jak możesz je zrealizować - nie wszystko na raz, coś małego, drobnego. Potem porozmawiaj z mężem i wywalcz te zmiany. Zacznij od czegoś małego.
      A komentarzami zblazowanych forumek się nie przejmuj. Może to trudno zrozumieć, że matka dwójki dzieci w zupełnie obcym środowisku cieszy się z fryzjera - znam to, bo przerabiałam. Dla mnie atrakcją było wyjście do lekarza, bo... coś się działo. Pamiętaj też, że dzieci rosną i ten stan nie będzie trwał wiecznie. Będziesz się mogła bardziej od nich oderwać, czego Ci życzę, bo potrzebujesz czegoś tylko dla siebie. Serdecznie Cię pozdrawiam i życzę we wszystkim powodzenia!
      • glanaber Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 15:52
        domza2 napisała:
        > Ja Ciebie doskonale rozumiem. Twój stan psychiczny jest taki, że widzisz wszystko na czarno. Być może nawet masz depresję. Do tego trudno Ci wprowadzić jakieś zmiany, bo mąż Cię zdominował. łatwo jest być zdominiowaną, gdy się jest w kiepskim stanie.
        Dokładnie tak! Brak mi pewności siebie, brak mi poczucia własnej wartości, jestem łatwym celem - więc tak, mąż mnie zdominował, a ja nie mam sily ani żadnego wsparcia z zewnątrz, żeby walczyć o siebie, o swój komfort psychiczny.
        > Siądź i wypisz na kartce te zmiany, które są Ci teraz potrzebne. Potem wypisz, jak możesz je zrealizować - nie wszystko na raz, coś małego, drobnego. Potem porozmawiaj z mężem i wywalcz te zmiany. Zacznij od czegoś małego.
        Spróbuję ;)
        > A komentarzami zblazowanych forumek się nie przejmuj. Może to trudno zrozumieć, że matka dwójki dzieci w zupełnie obcym środowisku cieszy się z fryzjera - znam to, bo przerabiałam. Dla mnie atrakcją było wyjście do lekarza, bo... coś się działo.
        Tak jak piszesz - ja się cieszę, jak jadę np. na wywiadówkę, bo mam okazję zobaczyć i posłuchać ludzi na żywo ;) A ktoś, kto nie był w takiej sytuacji, faktycznie może uważać, że zmanierowanan baba ma za dobrze, nie dostała prawdziwego kopa od życia etc. etc.
        Serdecznie Cię pozdrawiam i życzę we wszystkim powodzenia!
        Dziękuję i wzajemnie
    • esteraj Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 15:23
      Na pewno teraz, kiedy mocno ograniczone są możliwości realizowania siebie, wychodzą na jaw zaniedbania przez męża. Myślę jednak, że autorka jest silną kobietą i dobrze, że nie skupia całej uwagi na mężu. Ważne są dla niej również inne aspekty życia jak towarzystwo i choćby aktywne spędzanie czasu. Dlatego właśnie obecnie czuje się ona stłamszona.
    • daniela11 Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 18:43
      glanaber napisała:
      Próbowałam rozmawiać wielokrotnie - on uważa, że wyolbrzymiam, problem sobie wydumałam etc. Absolutnie nie rozumie i chyba nie chce zrozumieć mojej sytuacji.

      I to jest właśnie najgorsze i chyba najbardziej dołujące w całej tej sytuacji. Smutne to, ze osoba najbliższa, która jak nikt inny powinna zrozumiec, nie rozumie... Ja to nazywam samotność w związku.
      Nie pozostaje Ci nic innego jak małymi kroczkami szukać okazji do wyjscia z domu, zrobienia czegos dla siebie. Powoli przyzwyczajaj szanownego małżonka do tego, ze oprócz bycia kucharką, sprzątaczką, praczką i pelnoetatową mamą masz też swoje potrzeby kontaktów międzyludzkich, wyjścia z domu i sprawienia sobie samej przyjemności. Myślę, że tak jak ktoś wyżej napisał z biegiem czasu będzie Ci coraz łatwiej, bo czas leci szybko, dzieci rosną, więc i czasu dla siebie będziesz miala coraz więcej. Trzymam kciuki za Ciebie i też życzę powodzenia!
      • verdana Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 19:03
        Problemem jest dom. Zostałaś z małym dzieckiem w pustce, bez znajomych , bez sasiedztwa, bez łatwego kontaktu z innymi osobami. Mieszkanie 50 m w bloku było na pewno korzystniejsze na początek - ale zdaje sie, zę Ty także uwazałaś, ze albo dom, albo nic. Więc nie tylko mąż jest za Twoją sytuacje odpowiedzialny.
        • paris-texas-warsaw Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 19:44
          Powiem szczerze, że ja rozumiem, że możesz być zdołowana i czuć się jak uwięziona, bo ja nigdy nie rozumiałam kogoś, kto chciałby mieszkać niby pod Warszawą, a w zasadzie jakieś z 50 km od niej, gdzie nie ma w zasadzie nic... Chyba to faktycznie jest fajne dla ludzi wychowanych na wsi, ze specyficzną pracą albo mających masę kasy i czasu... Nie mówiąc o dojazdach dzieci do przedszkoli i szkół... Samo przeczytanie Twojej historii mnie osłabiło... Ale cóż, mleko się wylało...
          1) Jeśli macie brudne rzeczy do uprania, to i tak musicie je uprać. Po co je trzymać ciągle brudne? To jakaś oszczędność wody? Jesli tak, to trzymajcie je w jakimś pomieszczeniu gospodarczym i kupcie większy kosz na brudne rzeczy, bo ten opis faktycznie jest dobijający.
          2) Czy aż tak źle jest u Was z pieniędzmi, że nie możecie faktycznie umyć się w domu, tak jak lubicie? To tez rozumiem, że jak nawet w ciepłej wodzie nie można się wygrzać, to człowiek czuje się jak w schronisku - fajne na kilka dni, ale ile tak można... Ja generalnie lubię wygodę (na swoją miarę:)), więc rozumiem, że spartańskie warunki są fajne, jak się ma na nie ochotę i WYBÓR, przymus jest wg mnie najgorszy...
          Jeśli faktycznie nie ma na nic kasy, to musicie szukać jakiegoś sposobu na jej zdobycie. Może inna działalność gospodarcza, może inna praca? No bo bez tych pieniędzy to zawsze będziesz się szybko myła pod prysznicem.
          3) Może trochę spróbuj poznać Warszawę w weekend. Sama tu mieszkam i uważam, że nie jest tak źle:) Można gdzieś z dziećmi pójść, jest trochę miejsc dla rodziców małymi dziećmi, są jakieś zajęcia dla rodziców z dziećmi, albo dla samych dorosłych. Jak nie ma znajomych "przy domu" ani w pracy, to staraj się ich poznawać jakoś w weekendy. Nawet przez jakieś fora internetowe, fora zainteresować. Warszawa to naprawdę moloch, na pewno ktoś na Ciebie czeka i chętnie sobie by pogadał:) Albo i bliżej Twojego miejsca zamieszkania możesz sama coś stworzyć, np. kawiarenkę, klubik, wspólne seanse filmowe dla dzieci (znam ludzi, którzy coś takiego zrobili poza Polską, da się nawet w bardziej "ekstremalnych" warunkach niż Polska).
          Jak mi coś przyjdzie do głowy, to napiszę. Może jakieś namiary na miejsca do spędzania czasu z maluchem w Warszawie byś chciała?
          • glanaber Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 13.03.13, 10:46
            paris-texas-warsaw napisała:

            > Nie mówiąc o dojazdach dzieci do przedszkoli i szkół
            Przedszkole jest na terenie tej samej gminy, mam do niego 10 km, syn do szkoły 15 km
            >
            > 1) Jeśli macie brudne rzeczy do uprania, to i tak musicie je uprać. Po co je tr
            > zymać ciągle brudne? To jakaś oszczędność wody?
            To raczej chodzi o to, że np. po zimie czapki i szaliki kiblują w brudziku całe lato, bo zawsze są pilniejsze rzeczy do prania; analogicznie po lecie ręczniki plażowe itp. wypełniają brudzik
            > 2) Czy aż tak źle jest u Was z pieniędzmi, że nie możecie faktycznie umyć się w
            > domu, tak jak lubicie? To tez rozumiem, że jak nawet w ciepłej wodzie nie możn
            > a się wygrzać, to człowiek czuje się jak w schronisku - fajne na kilka dni, ale
            > ile tak można...
            No właśnie, ile można?
            > Jak mi coś przyjdzie do głowy, to napiszę. Może jakieś namiary na miejsca do sp
            > ędzania czasu z maluchem w Warszawie byś chciała?
            Chętnie poproszę, byle nie byłyby to kulki za 14 zł/godz. :)
        • glanaber Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 13.03.13, 10:40
          verdana napisała:

          > Problemem jest dom. Zostałaś z małym dzieckiem w pustce, bez znajomych , bez sa
          > siedztwa, bez łatwego kontaktu z innymi osobami. Mieszkanie 50 m w bloku było n
          > a pewno korzystniejsze na początek - ale zdaje sie, zę Ty także uwazałaś, ze al
          > bo dom, albo nic.
          Może nie aż takimi mocnymi słowami, ale ... dom był kiedyś w naszych planach, jeszcze w rodzinnej miejscowości. Nasze mieszkanie było spłacone, mieliśmy pewne nieduże ale jednak oszczędności, następnym krokiem miał być - być może - dom.
          Gdy pojaiwła się wizja przeprowadzki, sprawdzaliśmy wiele opcji. Naprawdę za zbliżoną cenę w samej Wawie mogliśmy kupić najwyżej 50 m w starych wielkopłytowych, wielopiętrowych blokach z lat 70-tych. Nasze mieszkanie miało 65 m i tak - w tym momencie wydawało nam się, że 50 m dla 4 osób + duży pies to może być ciasno. Rozważaliśmy kilka lokalizacji, domy, szeregowce, apartamentowce, w różnych miejscowościach okołowarszawskich, ostatecznie wybraliśmy tę. Stało się
    • milamala Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 21:24
      Udalo mi sie przeczytac wszystkie Twoje poczatkowe posty, choc nie planowalam.
      Moim zdaniem:
      - masz obnizony nastroj, troche depresyjny, moze wyzyta u psychologa by sie przydala, moze wtedy udaloby Ci sie zauwazyc, ze Twoje zycie wyglada calkiem dobrze i setki a moze nawet miliony by sie z Toba zamienily
      - powrot na dawne smieci chbya by Cie rozczarowal, z wieziami ludzkimi tak bywa, ze sie rozluzniaja i rzadko potem mozna je na nowo skleic, lepiej popracowac nad nowymi
      - jedyne czego Ci rzeczywiscie brakuje to moim zdaniem dobrej relacji/milosci z mezem. Nad ta dzialka popracujcie. Wtedy wszsytkie inne 'niedogodnosci" te sniegi, brak zlecen, dom, ktory moglby byc wiekszy przestana doskwierac
      • anula36 Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 22:08
        Ja tez przeczytalam i uwazam, ze sa ludzie ktorzy sie nadaja do takiego zycia i sa szczesliwi, odnajduja sie ( najlepszym przykladem jest dla mnie Edwina) i tacy ktory ten zestaw pozornie smiesznych niedogodnosci skutecznie przeslania jego plusy ( mnie by juz w tym lokalu nie bylo dawno).
        I nie wierze ze pomoze poprawienie relacji z mezem, znalezienie nowych kolezanek, miejsca spotkan dla dzieci w Warszawie.
        Moze jak dzieci pojda na swoje, wielki dom z ogrodem bedzie zbedny i postanowicie wrocic do warunkow blizej cywilizacji, odzyjesz. chyba ze juz sie tak wypalisz ta frustracja ze nawet to Cie juz nie ucieszy.
        • edw-ina Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 12.03.13, 22:48
          Dziękuję za komplement :)
          ja na takie mieszkanie patrzę inaczej, bo żyłam w wielu różnych miejscach, w gigantycznej metropolii, kilku wielkich miastach, małych podmiejskich miasteczkach, a nawet na jednej wsi. I wiem już, że każde z tych miejsc ma swoje plusy i minusy, tylko trzeba je dostrzec - szczególnie te plusy. I choć teraz np. nie mam tak blisko do kina czy na zakupy, to w zamian mam np. pod ręką wspaniałe sady z pysznymi owocami, mam gdzie trzymać psy itp. Żal mi, że nie noszę już obcasów na co dzień, za to mogę w środku tygodnia wpaść wieczorem w góry, bo w najbliższe jadę 45 minut, a do najbliższej stadniny mam 3 km. Itp, itd. Wiem też, że ten konkretny etap w życiu wcale nie musi być już ostateczny. Kto wie, może za jakiś czas wrócę do pobliskiego miasta, może wyjadę gdzieś dalej lub wyprowadzę się na inną półkulę i będę mierzyć się z zupełnie innymi problemami. Bo w sytuacjach kryzysowych, kiedy z przeszłości tworzymy niedościgły przykład raju zapominamy, że wówczas też była masa rzeczy, która nas martwiła, były problemy itp. Ale po czasie zostają nam wyłącznie dobre wspomnienia. Więc warto spróbować nabrać do każdego z tych etapów nieco dystansu.
          • moniaaga Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 13.03.13, 08:34
            Dzień dobry.
            Moim zdaniem problem był już na początku- wybór domu w takim miejscu, a mieszkaniem. Czy nie lepiej byłoby wracać do szczęśliwego , ale małego mieszkanka niż do znienawidzonego domu? Ja tez musiałam wybrać i marzenia o domu z ogrodem odstawić na bok, bo choroba, bo brak czasu na roboty przy domku, bo dojazdy... I mieszkam sobie z mężem i dwójka dzieciaków ( 2 i 10 lat) w bloku na prawie 50 metrach i jestem szczęśliwa. Cieszę się ,że dzieci mam zdrowe ,mąż chce wracać do domu, a wtedy wszystko inne -brak, pracy, brak zdrowia , brak kasy schodzą na dalszy plan. Życzę dużo siły w realizacji zmian. Pozdrawiam
            • marina2 Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 13.03.13, 10:08
              racjonalizując temat domu:
              zamiast szamba zrobiłabym oczyszczalnię.niezbyt wysokie koszty wykonania plus obsługi i prysznicujesz się i kąpiesz ,aż rozmiękniesz.
              sąsiad budował oczyszczalnię w ubiegłym roku za całość zapłacił w granicach 3tys zł.
              mam też znajomych ,którzy używają oczyszczalni od ponad 10 lat i są zadowoleni.ja mam miejską kanalizę i koszty są bardzo wysokie zwłaszcza przy 6 osobach.
              dwa czy dom jest ocieplony? od 12 cm ocieplenia ścian i 20cm dachu koszty ogrzewania przy dobrze ustawionym piecu idą w dół.mówię to z praktyki. może alternatywne grzanie kominkowe?na czas jak jesteście w domu.
              poza tym wydaje się ,ze potrzebowałabyś teraz wsparcia lekami możliwe,że masz depresję.po dobrym ustawieniu leków plus wiosna za chwilę jest szansa ,że małymi kroczkami zaczniesz znajdować jaśniejsze strony życia w domu.
              ja Cię bardzo dobrze rozumiem jako typowy miejski człowiek nie odnalazłabym sie na wsi na końcu drogi.
              ale realia sa takie,że dom obecnie ciężko sprzedać i na razie trzeba kulać się jak kulasz .
              zajmujesz się ogrodem? czujesz coś w ogóle w tym kierunku?nawet niewielkim kosztem samymi kwiatami i trawnikiem można zacząć lubić ogród.ja mam w tym temacie 4 lewe ręce ,ale drzewa łatwo się sadzi/ bardzo poprawia nastrój obsypana kwiatami magnolia!/ ,a tulipany czy hiacynty na początku wiosny po prostu kocham .
              • paris-texas-warsaw Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 13.03.13, 10:25
                Dodam tylko, że dla mnie jesteś SIŁACZKĄ. Wg mnie nie masz żadnej depresji, tylko zwyczajnie nie wyrabiasz takich warunków życia. Nie dość, że bez ludzi, z w sumie leniwym mężem (bo z tego co piszesz, to za dużo przy dzieciach nie robi, więcej syn przy siostrze pomaga niż jej ojciec - wziąć za kark i przymusić do roboty!), to do tego tyle czasu w niedogrzanej chałupie. Rozumiem, że można mieszkać w Koziej Wólce albo Nowym Jorku, że tu są kwiatki, a tam drapacze chmur, plusy i minusy i tak dalej, ale wg mnie najważniejsze jest mieć ciepło we własnym domu - nieważne czy w Bieszczadach, czy w Warszawie. Ja nawet po dniu - kilku dniach, gdy jestem u kogoś w gościach, gdzie dom jest starego typu i niedogrzany, albo ludzie oszczędzają na ogrzewaniu, to zaczynam marzyć o wyjeździe z takiego miejsca. Ja się czuję w takich domach strasznie, nie znoszę ich. Może to jakiś atawizm, a może przewrażliwienie, ale wg mnie człowiek ma prawo czuć się w domu dobrze, a nie chodzić okutany w swetry. Dla mnie opinie męża, że narzekasz, że zawsze jesteś nieszczęśliwa, w takich warunkach byłyby idiotyczne. Jakby nie było, to się wyprowadziliście ze względu na jego pracę i wg mnie powinien zrobić wszystko, żeby Ci było wygodnie w nowym miejscu. Po takim czasie w niedogrzanym domu ja bym pewnie zwariowała.
                • glanaber Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 13.03.13, 11:04
                  paris-texas-warsaw napisała:

                  > Dodam tylko, że dla mnie jesteś SIŁACZKĄ.
                  :))) Ale mi poprawiłaś humor! Serio, dawno mnie nikt tak nie docenił ;)
                  > Wg mnie nie masz żadnej depresji, tylko zwyczajnie nie wyrabiasz takich warunków życia. Nie dość, że bez ludzi, z w sumie leniwym mężem (bo z tego co piszesz, to za dużo przy dzieciach nie robi, więcej syn przy siostrze pomaga niż jej ojciec - wziąć za kark i przymusić do roboty!)
                  No właśnie tyle siły nie mam, żeby przymusić. A że brat robi siostrze za ojca - to też postrzegam jako wielką porażkę wychowawczą, również swoją. Może przynajmniej jego żona kiedyś będzie miała łatwiej ;)
                  > Dla mnie opinie męża, że narzekasz, że zawsze jesteś nieszczęśliwa, w takich warunkach byłyby idiotyczne. Jakby nie było, to się wyprowadziliście ze względu na jego pracę i wg mnie powinien zrobić wszystko, żeby Ci było wygodnie w nowym miejscu.
                  Właśnie tego on nie przyjmuje do wiadomości - że to ze względu niego wszyscy pozostali członkowie rodziny musieli poświęcić wszystko inne. Powiedzmy, że założenie było takie, iż bycie rodziny razem jest dobrem nadrzędnym i temu celowi poświęcamy to wszystko, z czego rezygnujemy (ja i syn, ale córka również, wychowując się pozbawiona na co dzień szerszej rodziny - babcie, dziadek, kuzyni, dzieci znajomych). Tymczasem rodzina nie jest naprawdę razem - ja jestem samotna w związku, dzieci faktycznie pozbawione opieki ojca, syn przedwcześnie wtłoczony w rolę zastępczego rodzica.
                • igge Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 13.03.13, 15:34
                  niedogrzany wiecznie dom - to moja też codzienność:))))
                  KOSZMAR i to bez wyjścia, chyba, że się wyprowadzimy bo na odpowiednie ogrzewanie to chyba nigdy już nas stać nie będzie, rachunki są astronomiczne dom ogrzewany elektrycznymi piecykami plus terma.
                  Mąż i dzieci nie chcą się wyprowadzić, dzieci wprost uwielbiają mieszkać w lesie i oddychac czystym powietrzem, więc chyba poczekam aż się wyprowadzą i wtedy męża namowię na przeprowadzkę do bloku :)
                  Na razie marznę, kupiłam sobie zestaw polarów, czasem noszę dwa na raz, dziecku sztywnieją nogi z zimna, w czasie wizyt u teściów rozkoszuję sie ciepłem i zaliczam kolejne godzinne kąpiele w gorącej wodzie
                  mieszkam tak już 13 lat, może kiedyś było mniejszym problemem grzać więcej i płacić kilkutysięczne opłaty za prąd, teraz pozostaje samodyscyplina i wyrzeczenia :)
              • glanaber Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 13.03.13, 10:54
                marina2 napisała:

                > racjonalizując temat domu:
                > zamiast szamba zrobiłabym oczyszczalnię.niezbyt wysokie koszty wykonania plus o
                > bsługi i prysznicujesz się i kąpiesz ,aż rozmiękniesz.
                Pewnie trzeba będzie o tym pomyśleć, wprawdzie gmina się stopniowo kanalizuje, ale nasza dzielnica to raczej nie w tym tysiącleciu :(
                > dwa czy dom jest ocieplony? od 12 cm ocieplenia ścian i 20cm dachu koszty ogrze
                > wania przy dobrze ustawionym piecu idą w dół.mówię to z praktyki. może alternat
                > ywne grzanie kominkowe?na czas jak jesteście w domu.
                Jest ocieplony, pewnie mógłby być lepiej. Gdy się wprowadzaliśmy, to był to pierwszy sezon ogrzewania tego domu, słyszałam, że zazwyczaj dom ogrzewa się do stanu komfortu przez 3 lata. I faktycznie w tym roku było jakby ciut lepiej. Ale też mrozy nie dochodziły do minus 25, tylko maks. -15 w nocy ;) Kominkowe ogrzewanie też mamy, ale to przeważnie w weekendy, gdy jest komu doglądać paleniska :)
                > zajmujesz się ogrodem? czujesz coś w ogóle w tym kierunku?nawet niewielkim kosz
                > tem samymi kwiatami i trawnikiem można zacząć lubić ogród.ja mam w tym temacie
                > 4 lewe ręce
                Ja też;) Dopiero od ubiegłego roku mamy porządny trawnik i parę iglaków, w jest też wytyczony klomb, na razie pusty. Czasem koszę, grabię liście, ale zasadniczo nie postrzegam tego jako relaks, tylko jako kolejną pracę okołodomową. Zresztą tym częściej zajmuje się mąż.
                • igge Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 13.03.13, 16:18
                  musisz wygospodarować czas na własne przyjemności. mąż ma czas na komputer i telewizję, ty musisz mieć czas np na kino (ewentualnie dvd z wypożyczalni/biblioteki) teatr, koncert czy prasę, koleżanki, książki czy co tam lubisz. rzeczywiście nie rozumiem jak możesz być aż tak samotna i pozbawiona przyjaciółek, wsparcia w postaci wspólnego śmiechu
                  zaplanuj poznanie kogoś skoro spontanicznie ci jakoś nie wychodzi i nawet w pracy zero ludzi
                  (ja co prawda byłabym w siodmym niebie mogąc pracować razem z małżem, ze wszystkich ludzi na świecie jego obecność lubię najbardziej, zazdroszczę ci takiej możliwości)
                  Jak wyjście czasem niemożliwe to gadaj godzinami przez telefon, słuchaj muzyki z nogami wysoko i maseczką na twarzy (ewentualnie jednocześnie telefonicznie plotkując z koleżanką na drugim końcu kraju)
                  Syn i mąż służą jako babysitters z braku kasy na opiekunkę a Ty wychodziszgdziekolwiek na kawę chociaż, z książką pod pachą, słuchawkami na uszach do kawiarni, baru, fastfooda, biblioteki, czytelni,cukierni, nie musi to wcale kosztować majątek ekspresso machiato to często 6 zł w Warszawie.
                  Poznaj jakąś mamę dziecka/dzieci podobnego do ktoregoś z Twoich, najlepiej sąsiadkę, do której będziesz wpadać po drodze wracając z pracy na pół godziny. zamiast fitnessu albo oprócz fitnessu, zacznij biegać po okolicy z jakąs sąsiadką.
                  Zazdroszczę ci tego 3letniego malucha i pracy z nią związanej, to taki fajny wiek, zatęsknisz za tym czasem jak dorośnie i będziesz miala więcej czasu na przyjemności bez towarzystwa dziecka
                  Wypisz sobie 20 rzeczy, które lubisz i dopilnuj żeby się często wydarzały w Twoim życiu
                  Np seks :)))
                  Np kwiaty w doniczce, zamiast w ogródku, możesz mieć hiacynty i żonkile na stole, to koszt 3 zł a frajda na tydzień, może kiedyś dojrzejesz do ogródkowych przyjemności, ja też wolę poleżeć na leżaku i wypić herbatę na tarasie zamiast pielić i dbać o grządki ale wiem, że same kwiaty i ich sadzenie lubię, więc na starość zamierzam może pielęgnować ogrodek dla wnuków i siebie
                  • glanaber Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 14.03.13, 10:35
                    igge napisał:

                    > nie rozumiem jak możesz być aż tak samotna i pozbawiona przyjaciółek, wsparcia w postaci wspólnego śmiechu
                    No właśnie to mi najbardziej doskwiera - pogadać, pośmiać się, wymienić poglądy z kimś innym dorosłym.
                    > ja co prawda byłabym w siodmym niebie mogąc pracować razem z małżem, ze wszystkich ludzi na świecie jego obecność lubię najbardziej, zazdroszczę ci takiej możliwości
                    Chętnie się z Tobą zamienię - mnie ten układ dusi, dla higieny psychicznej 1000 razy wolałabym pracować z kimkolwiek innym.
                    > Poznaj jakąś mamę dziecka/dzieci podobnego do ktoregoś z Twoich, najlepiej sąsiadkę
                    Temat poznania sąsiadów pojawił się w kilku wypowiedziach - cóż, ja tu mieszkam już ponad 3 lata i gdyby udało mi się poznać/zakolegować z jakąś sąsiadką, to ten wątek pewnie by nie powstał.
                    Raz dorwałam jedną sąsiadkę, podeszłam, przedstawiłam się: "Dzień dobry, jestem Iksia Iksińska, od niedawna mieszkam pod numerem X" - oczekiwałam reakcji: "dzień dobry, Igreka Igrekowa, miło panią poznać" czy coś w tym rodzaju; reakcja sąsiadki: "Tak, wiem." I tyle ją widziałam :(
    • bez_przekazu Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 13.03.13, 18:40
      proponuje napisac ksiazke o swoich przezyciach, bo tak dlugich watkow, kilkuodcinkowych nikt nie jest w stanie przeczytac:(
    • hatsu33 Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 13.03.13, 21:31
      Sądząc po długości Twojej opowieści, masz problem z syntezą. Mam na myśli zbicie faktów do kupy i wyciągnięcie wniosków, tudzież decyzji. To ani nie polepsza sytuacji ani nie popycha spraw do przodu. Stoisz w miejscu i nie jesteś z tego zadowolona.
      Przestań myśleć o tym co było. Być może popełniliście błędy. Trudno, stało się. Pozamiatane. Pomyśl raczej co Ty teraz chcesz od życia i czy/jak to osiągnąć. Co sprawiłoby Ci radość? Nowa praca? Szukaj! Inna organizacja dnia? Zmień, co możesz zmienić. Nowy zawód? Podejmij jakieś studia podyplomowe albo kurs! Mieszkanie pod Warszawą nie jest korzystne? Rozmawiajcie o tym, przedstaw argumenty - może zdecydujecie się na zmianę?
    • edw-ina tak mi przyszło do głowy 14.03.13, 09:26
      Jakiś czas po przeprowadzce mój mąż miał moment zwątpienia. Zaczął marudzić, że może trzeba było kupić mieszkanie lub jeszcze poczekać rok czy dwa na komplet papierów i decyzji, po czym budować dom na działce w mieście. Mnie to marudzenie cholernie frustrowało, bo w końcu podjęliśmy wspólnie jakąś decyzję, wszystko powoli się prostowało, a on raptem w odwrocie. Może twój mąż ma podobne odczucia do moich i stąd ten brak chęci porozumienia. Po jakimś czasie mu minęło i dla odmiany jest zachwycony mieszkaniem w takich warunkach. Skąd ta odmiana? M.in. dlatego, że przestał patrzeć na odległość, a zaczął na czas. Tj. w ostatnim mieście, w którym mieszkaliśmy, mieliśmy do pierwszego dużego sklepu pewnie tak z 5 km. Kawałeczek, ale sam wyjazd z drogi osiedlowej potrafił nam zabrać 10 minut, a przebicie się wąskimi i wiecznie zakorkowanymi uliczkami kolejne 15. Teraz do najbliższego sklepu i zbliżonej powierzchni mamy 15 km, ale jedziemy tam najwyżej 15 minut. Druga sprawa, to po kilku latach, kiedy wszelkich rozrywek upatrywaliśmy w mieście, dotarło do nas jak wiele fantastycznych miejsc mamy w pobliżu. Wspomniane wcześniej stajnie, wielki i świetnie wyposażony country club z dobrze utrzymanym polem golfowym, spa w renesansowym pałacyku, klub sportowy, korty tenisowe itp., itd. Chociaż na początku byliśmy przekonani, że tu wieś i głusza. Naprawdę coraz więcej tego typu miejsc przenosi się pod miasta i nie wątpię, że w twojej okolicy też funkcjonują. My na większość trafiliśmy przypadkiem, robiąc sobie wycieczki po jakiś bezdrożach lub czytając lokalną "prasę". Może warto poświęcić kilka weekendów na takie wędrówki po okolicy?
      Poza tym korzystaj z miasta! 50 km to naprawdę nie jest wielka odległość od miasta. Gdybyś wcześniej miała okazję mieszkać w jakiejś metropolii, to wyszłoby Ci, że więcej czasu spędziłabyś w komunikacji miejskiej w granicach miasta, niż niejednokrotnie mieszkając dalej. Warszawa jest spora, ale nie aż tak. Jak będziesz spędzać więcej czasu w mieście, wśród gwaru ludzi, tym bardziej zaczniesz doceniać możliwość mieszkania poza jego granicami. Możecie stworzyć sobie z rodziną jakieś miejsko-wiejskie rytuały. Nam po pewnym czasie takie się pojawiły, np. w każdy sobotni ranek, jeśli mamy taką możliwość, jedziemy rano na pobliskie targowisko, po świeże warzywa, owoce, domowe masła i sery, za to w każdą niedzielę jedziemy do miasta na dłuuugie śniadanie. To wszystko sprawia, że odległości się skracają, a człowiek korzysta zarówno z wiejskich/podmiejskich uroków, jak i z tych typowo miejskich. Tylko trzeba zbudować w sobie taką mentalną mobilność. Powodzenia!
      • glanaber Re: tak mi przyszło do głowy 14.03.13, 10:23
        Nie mam 50 km do Wawy, tylk ok. 20, ktoś inny gdzieś wspomniał o 50 km. Ciekawe miejsca pewnie też się znajdą, aczkolwiek SPA czy pola golfowe są daleko poza naszym zasięgiem finansowym.
        Co do weekendowych rytuałów - to tak, mamy takowe (sarkazm). Właśnie małżonek rzucił standardową weekendową propozycję "A może byśmy zrobili na obiad... (tu pada pomysł dania czasochłonnego i skomplikowanego w przygotowaniu)" My jest umowne - w rezultacie ja w każdy weekend najpierw szykuję jakieś "lepsze" śniadanie dla wszystkich (bo w tygodniu zjada sie to co najszybsze), po czym pół soboty zap...dalam przy garach szykując zamówione dania (bo w tygodniu jada się to co najszybsze itd.) Często gęsto nawet do tego durnego ogrodu w weekend z córką nie wychodzę, bo gdy już wszystko mam ogarnięte, to robi się ciemno.
        Fakt, mogłabym wstawać o 6 i zaczynać garkuchnię, wtedy pewnie miałabym duuuuuużo czasu na relaks w sobotę i niedzielę.
        Niemniej dziękuję, Twoje posty są naprawdę fajne :) Pozdrawiam
        • edw-ina Re: tak mi przyszło do głowy 14.03.13, 10:48
          A musisz mu to danie ugotować, bo inaczej postawi cię pod ścianą i rozstrzela? Odpowiedz mu z uśmiechem, że jak tylko to przygotuje, to ty z wielką radością zjesz. Zacznij zmieniać reguły w domu! Masz męża i całkiem już dorosłego syna, niech chociaż raz w tygodniu zrobią śniadanie czy obiad. Twojemu synowi taka nauka się przyda. Za kilka lat pójdzie na studia, pewnie zamieszka sam i dobrze by było, gdyby potrafił przygotować sobie podstawowe potrawy. W moim domu rodzinnym był taki zwyczaj - w każdy weekend śniadanie dla rodziny robił tata. Chociaż mama nie pracowała i była naprawdę dobrą kucharką, to w weekendowe poranki nie dotykała się do kuchni. Ja to przeniosłam do swojego domu i bardzo fajnie się sprawdza.
          Napisałaś, że na wiele atrakcji was nie stać, ok są kosztowne, ale pewnie dlatego nie korzysta się z nich codziennie, tylko raz na jakiś tam czas. Poza tym jest wiele aktywności, które tej kasy nie wymagają. Np. koncerty chopinowskie w Łazienkach, jazz na Starówce, wypad z dzieciakami na Agrykolę czy do Powsina.
          Może wpadliście oboje już w taką pułapkę przyzwyczajenia i nie szukacie? A nawet jeżeli twój mąż nie szuka, to zacznij zmiany od siebie. Nie czekaj aż on wyjdzie z propozycją. Wyjdź z nią sama. Jeśli nie będzie chętny to wybierz się w dane miejsce bez niego. Mówisz - kochanie, jest piękny wiosenny dzień, pojedźmy na spacer do Łazienek. Pan nie chce, to pakujesz dziecię i jedziesz bez pana. Tylko się nie obrażaj. Za kilka dni/tydzień zaproponuj coś innego, ponownie jak się nie zgodzi - jedź sama. Uwierz mi, że to coś zmieni. Jeśli mąż się przełamie, to zaczniecie tworzyć nowe rytuały. Jeśli nie, to chociaż ty sama poczujesz się lepiej, poznasz nieco miasto, może nawet pewne jego aspekty polubisz. Tylko nie czekaj, aż ktoś to zrobi za ciebie, zacznij zmiany od siebie. Krok po kroku, krok po kroku.
        • kittykitty Re: tak mi przyszło do głowy 14.03.13, 11:53
          Po pierwsze - 20 km do Warszawy, to naprawdę niedaleko, sama mam do granic Warszawy 25 km :-). Z której strony Warszawy mieszkasz?

          Po drugie - przedstaw mężowi alternatywną opcję weekendową, miłą i wygodną dla Ciebie. Możesz zaproponować też kompromis - w jeden weekend przygotowujesz i serwujesz zamówione przez niego potrawy a w drugi spędzacie czas w miły dla Ciebie sposób. Tak przy okazji - jeśli już spędzasz pół dnia w sobotę gotując wymyślne potrawy to może ugotuj od razu na dwa dni? W niedzielę będziesz mogła odpocząć od garów.

          No i odwróć porządek dnia w weekend, przynajmniej do późnej wiosny - sprzątaj, pierz itp. gdy zrobi się ciemno, a wcześniej skorzystaj i wyjdź choćby do tego ogrodu :-).

          Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie

          • glanaber Re: tak mi przyszło do głowy 15.03.13, 13:57
            kittykitty napisała:

            > Po pierwsze - 20 km do Warszawy, to naprawdę niedaleko, sama mam do granic Wars
            > zawy 25 km :-). Z której strony Warszawy mieszkasz?

            Północnej

            > Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie
            Wzajemnie :)
            >
        • rurek00 Re: tak mi przyszło do głowy 14.03.13, 16:53
          No z tym gotowaniem to przeginka, po co gotujesz, skoro nie masz z tego frajdy?
          I może poszukaj jakiejś pracy w Warszawie, skoro masz samochód do własnej dyspozycji?
          Ta praca z mężem to porażka.
          Ogólnie to ten dom to chyba największa porażka, ale jeśli mężowi odpowiada, to pewnie ciężko będzie się przeprowadzić bez jego wsparcia.
    • notting_hill Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 14.03.13, 12:08
      Nie bierz sobie do serca tego, co napisali malkontenci- że za długie... Jak ktoś nie chce, czytać nie musi. Ja tam przeczytałam z zainteresowaniem, masz naprawdę umiejętność fajnego pisania. Może napiszesz książkę? :)
      Dziewczyny tu dużo praktycznych porad dały, jednak to Tobie musi się chcieć... Jak wszystko Cię przerasta, to nic z tych rzeczy nie zadziała.
      Sprawdź tę depresję.... Serio.
      Ludzie nafaszerowani są jakimiś opowieściami jak to antydepresanty czynią spustoszenie, jak pazerne firmy uzależniają nas od swoich wyrobów i temu podobne historie. Nie wiem, nie wypowiadam się, wiem jedynie, że moje życie po ponadrocznym braniu antydepów jest zdecydowanie jaśniejsze, weselsze, chce mi się chcieć i budzę się rano z radością, a nie zwlekam z łóżka z przerażeniem, co mnie jeszcze okropnego może spotkać. A obiektywnie moja rzeczywistość nie zmieniła się ani na jotę! To znaczy zaczęła się zmieniać w momencie, gdy ja zmieniłam podejście. Ludzie są jacyś życzliwsi, czasem nawet się uśmiechają w reakcji zwrotnej, świat jest o wiele bardziej przyjaznym miejscem aktualnie. A nie był.

      Wiem też jak to jest żyć z mężem, który emanuje chłodem na podobieństwo lodówki. Oraz utrąca wszelkie inicjatywy albo uczestniczy obrażony. No, łatwe nie jest. Ale jest jak jest. Masz przynajmniej kogoś kto przeniesie coś cięższego jakby co- a, nie, sorry, on ma przecież chory kręgosłup. No to pozostaje Ci jedynie cieszyć się formalnym statusem mężatki :).
      Zajmij się jakimś swoim hobby. Wiem, że to banalne, ale kiedy zaczęłam spotykać się z ludźmi, którzy robią hobbystycznie podobne rzeczy do tego, co ja lubię, świat stał się o wiele milszym miejscem. Ludzie, którzy mają jakieś pasje naprawdę są o wiele szczęśliwi pomimo wszelkich przeciwności losu.
      W wielu hobby można uczestniczyć przez sieć, niekoniecznie zaraz trzeba wielkich nakładów sił i środków. A i ludzie się spotykają od czasu do czasu w realu.... Raz w miesiącu to nawet ktoś bardzo zajęty i obciążony dziećmi da radę. W ten sposób poznaje się nowych ludzi i dostaje nowych impulsów do życia.
      Może jest coś, co lubiłaś robić przed małżeństwem, do czego mogłabyś wrócić teraz? To naprawdę nie jest taka głupia rada jak z pozoru wygląda. To może być coś zupełnie banalnego, nawet to przysłowiowe szydełkowanie albo haft krzyżykowy. Są nieformalne dyskusyjne kluby książkowe, są miejsca gdzie bez wielkich nakładów można pobyć z innymi ludźmi na bazie podobnych zainteresowań. Naprawdę są, trzeba ich tylko poszukać.

      Od kiedy wyszłam do ludzi z ograniczającego małżeństwa, zauważyłam że wiele jest przede wszystkim kobiet w średnim wieku, które coś dla siebie robią. Chodzą na wykłady (za darmo!), uczestniczą w grupach wsparcia, chodzą na jogę, jakieś warsztaty rozwoju osobistego (często za niewielką opłatą), spotykają się w ramach wspólnego hobby, pomagają sobie nawzajem, tworzą ten społeczny networking, którego gdy zamykamy się w kręgu rodziny/małżeństwa, w ogóle nie zauważamy. On tam jest, tylko trzeba go sobie dla siebie poszukać. Powodzenia!

      **********************
      A skein of cashmere has seldom done a relationship damage- Yarnharlot
      • anula36 Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 14.03.13, 12:20
        A najciekawsze jest to ze jesli chodzi o ludzi w wieku sredniom i starszym to wlasnie kobiety sa sila napedowa wiekszosci takich pozadomowych inicjatyw;)
        Widac niejedna ma takiego meza jak Ty, ktoremu do szczescia wystarczy smaczny obiad i swiety spokoj,
        • edw-ina Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 14.03.13, 12:30
          Ależ oczywiście!!!!!!!!!!! świetnym przykładem jest mama mojego przyjaciela. Chodzi na zajęcia uniwersytetu trzeciego wieku, jest wolontariuszką jakiejś fundacji, a w pewnej chwili zapisała się nawet na jogę. Uwielbiam kobietę, ma w sobie tyle życia! Kiedyś zapytałam ją otwarcie, czy w ten sposób wypełnia czas po śmierci męża (2 lata temu została wdową), a ona, że nie! Że zawsze czuła potrzebę takiego łapania życia, ale kiedy jeszcze mąż żył, to te jej zapędy torpedował. A po co ty tam będziesz szła, a co ci z tego przyjdzie, a mi się nie chce, więc zostań ze mną itp. I dopiero po jego śmierci zrozumiała, że głupia była godząc się z takim jego podejściem. powiedziała, że bez sensu straciła wiele lat, a poza tym, może gdyby zaczęła to robić wcześniej, to on też w końcu by się wciągnął i zamiast gnuśnieć na sofie, przeżyłby ostatnie lata bardziej radośnie.
      • glanaber Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 15.03.13, 14:21
        notting_hill napisała:

        > Nie bierz sobie do serca tego, co napisali malkontenci- że za długie... Jak kto > ś nie chce, czytać nie musi.
        Wiem, że za długie - dla mnie przelanie tego na klawiaturę to też była forma jakieś oczyszczenia, katharsis ;)
        > Ja tam przeczytałam z zainteresowaniem, masz naprawdę umiejętność fajnego pisania.
        Dzięki:)
        > Może napiszesz książkę? :)
        Chyba jednak nie ;)

        > Wiem też jak to jest żyć z mężem, który emanuje chłodem na podobieństwo lodówki. Oraz utrąca wszelkie inicjatywy albo uczestniczy obrażony.
        No właśnie o to chodzi, że jemu się nie chce, jemu nic nie potrzeba do szczęścia, brak ludzi wokół nas raczej go cieszy niż martwi. A jakakolwiek moja aktywność bez niego wymaga niestety również jego zaangażowania - musiałby chcieć zająć się córką, musiałby zgodzić się na wydatek ze wspólnej kasy na moje fanaberie (choćby tylko na paliwo na mój przejazd z domu w miejsce X)
        > Masz przynajmniej kogoś kto przeniesie coś cięższego jakby co- a, nie, sorry, on ma przecież chory kręgosłup.
        Dokładnie - nie neguję jego choroby, ale teraz to też doskonały wykręt, żeby np. nigdy nie umyć córki wieczorem. A poważnie, on faktycznie dźwigać nie może, więc drewno do kominka przynosi syn, zakupy pomaga wnosić syn - a syn ma dużą skoliozę i jego kręgosłup wciąż się rozwija i też ma kategoryczny zakaz dźwigania - więc mam świadomość, że świadomie krzywdzimy i trwale okaleczamy własne dziecko - to też mnie dołuje. Oczywiście noszę też ja (sama ważę 48 kg, więc raczej niezbyt obronna kobita ze mnie)
        No to pozostaje Ci jedynie
        > cieszyć się formalnym statusem mężatki :).

        > Może jest coś, co lubiłaś robić przed małżeństwem, do czego mogłabyś wrócić teraz?
        Może ... Na razie luksusem jest poczytanie książki parę minut w spokoju.

        Bardzo Ci dziękuję za wszystko co napisałaś. Dużo to zbieżności z moją sytuacją, dużo fajnych, praktycznych porad, uwag.

        Ogólnie po lekturze wszystkich postów mam dużo do przemyślenia przez weekend
        • anula36 Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 15.03.13, 14:25
          Glanaber, nie wierze ze w waszej okolicy nie ma zadnego starszego nastolatka, albo mlodego emeryta ktory nie chcialby sobie dorobic pare zlotych za wnoszenie drewna i zakupow oraz inne tego typu rzeczy.
          Za chwile syn wyladuje na operacji kregoslupa i tak bedziesz musiala kogos szukac do tego.
          • dor114 Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 15.03.13, 16:43
            Aż się zalogowałam.
            Wiem, ile kosztuje skromne, malutkie mieszkanko w Warszawie, ponieważ takiego szukam.
            A Ty piszesz, że interesowało Was mieszkanie 50-metrowe w apartamentowcu! W Warszawie!
            Musicie być bardzo bogaci, albo czegoś tu nie rozumiem.
            Pozdrawiam
            • edw-ina Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 15.03.13, 16:53
              Bardzo bogaci? Czyli 85 proc. populacji na ursynowskich/natolińskich itp. teoretycznie eleganckich, lecz zwykle byle jak skleconych stosunkowo nowych blokowiskach to wyjątkowo zamożni ludzie? Średnia krajowa by się nam zawyżała.
              • dor114 Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 15.03.13, 17:17
                Warszawa to w ogóle miasto dla zamożnych.
                • igge Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 15.03.13, 19:29
                  ja się nie uważam za osobę zamożną, wręcz przeciwnie, a mieszkam w 100metrowym mieszkaniu w 4 osoby.
                  co ma wielkość mieszkania do poziomu życia, znajomi w dużym wolnostojącym domu żyją baaaardzo skromnie niewyobrażalnie wprost skromnie dla większości tu piszących
                  • crises Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 16.03.13, 14:32
                    Zdecyduj się najpierw - niedogrzany dom na odludziu czy stumetrowe mieszkanie?
                    • igge Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 16.03.13, 18:01
                      niedogrzany szeregowiec czyli coś pomiędzy domem a mieszkaniem o pow 100 m, czyli mało metrów jak na prawdziwy dom :))
                    • igge Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 16.03.13, 18:09
                      aha :) i to odludzie to małe osiedle szeregowców (ożywa trochę w weekend po pracy ) z dalekim i pełnym przesiadek dojazdem do centrum, a autem jeździć nie lubię choc muszę i robię to wtedy tylko kiedy absolutnie muszę. Plus muszę brać pod uwagę koszt benzyny bo mam duży samochód, sporo pali
                      W moim subiektywnym odczuciu to odludzie, choć piękne, ciche i zielone :)
    • 987ania Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 15.03.13, 19:26
      Ja tez za mężem przyjechałam do Wawy. Najpierw rok cierpialam w samotności, drugi rok cierpialam z niemowlęciem a potem poszłam do pracy. Ani dochodowa, ani rozwojowa ale praca. W międzyczasie zjadłam kilka opakowań leków na depresję, poznałam w sieci koleżanki z for mamowych i hobbystycznych, i postaralam sie ułożyć swoje zycie. Mąż duzo pracuje i mało bywa w domu a poza tym niewiele mi pomaga. Po kolejnej awanturze, zdecydowałam sie zatrudnić panią do sprzątania. Po wnikliwej analizie, okazało sie ze o to najczęściej sie klocimy i takie rozwiazanie przyniosło nam wiele korzyści.
      Ja bym sie zastanowila co z życiowych bolączek mi dokucza i jak ja (nie mąż, syn, ktos inny) mogę to zmienić. Ja żeby spojrzeć na swoje zycie i je docenić, musiałam wspomóc sie lekami. Pozwoliło mi to, na spojrzenie z pewnej perspektywy na wszystko.
      Jak czytam to co napisalas, to widzę siebie sprzed 4 lat. Nie warto tracić życia na umartwianie sie. Ja pracuje z cieżko chorymi dziećmi, niektórych z nich nie da sie uratować, wtedy jeszcze bardziej doceniam to, ze mam mieszkanie, prace, zdrowe dziecko, drugie w drodze. Może nie stać mnie na luksusy Wawy i golf na wsi ale to miasto daje masę możliwości i staram sie z nich korzystać. Otworzyć sie na ludzi, sama unikam tych nieszczęśliwych.
      Tak sobie myśle jeszcze, ze skoro mąż Ci nigdy nie za bardzo pomagał, to nie jest tego nauczony i nie będzie tego robił nagle. Ja bym któregoś dnia wyszła z domu i nie mówiąc gdzie idę poszła na basen, do kina, kawiarni itp. Niech sobie towarzystwo samo radzi przez 3 godz. Zacznij powoli przyzwyczajać męża, ze wychodzisz. Będzie sie gniewal i buntowal ale da radę.
      Przepraszam za ten chaos ale pisze z telefonu, siedząc z dzieckiem w sali zabaw za 20zl bez limitu czasu ;) mają tez darmowe wifi, pyszną kawę i mozna im zostawić dziecko na 2h a nad nimi jest fitness.
      • pearl3434 Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 16.03.13, 16:31
        Hej.41lat.Poludniowe powiaty W-wy.Tez 30 km do W-wy.Rok temu przeprowadzka do nowego domu.Zadupie badz tzw czarna dooopa:))))Ale....(oprocz dojazdow wszedzie logistycznych) sa tez zabawne aspekty mieszkania na wsi.:)Jak sie zobaczy kogos na drodze to kurde swieto;)Jelonki,zajaczki podchodza pod siatke.Mozna dostac miod z prawdziwej pasieki,wiejskie jajka itp.Mieszkalam w W-wie dlugo,przy glownej arterii.Jak przyszly dzieci to powiedzialam bye bye.Mam teraz fajnych sasiadow( a jestesmy ostatni na ulicy) i tu ludzie sie nie odgradzaja.Tu sie garna do rozmowy,bo tu nie mieszka 100 osob na kupie.;))To lubie.Blotko na ulicy mi srednio przeszkadza.Kalosze mamy:)
        A w aucie woze szpilki.:)Wszyscy znajomi(glownie warszawiacy,ale i poza tez) ,ktorzy tu byli mowia: daleko tu do was..Ale na grilla kazdy przyjedzie i wszyscy uwielbiaja u nas na dzialce wypuszczac dzieciarnie.Zyje sie inaczej.To byla nasza swiadoma wyprowadzka,bo lepsze to niz 60m2 w bloku gdzie facet na balkonie czytal mi gazete;)a spoldzielnia doprowadzala mnie do szalu...Sa minusy-do sklepu rowerkiem lub autem(to pierwsze dla zdrowka),do szkoly bede dzieci wozic tez autem.Brakuje mi troche bliskosci "wszystkiego miastowego" ,ale w sumie do najblizszego miasta ze sklepami,kosmetyczka,fitnessem itp 4 km.Nie jest zle.( dla przykladu ci powiem,ze mieszkalam niedaleko Zlotych Tarasow w W-wie,nie moglam tam dotrzec przez 2 lata,bo nie bylo czasu...;) )Tez nie mam jak sie wyrwac,bo maz pracuje popoludniami.Reasumujac-polub to co masz.Mozna.Ja poprostu staram sie dostrzegac plusy nawet jak minusy mnie przygniataja.... Jak masz ochote to napisz na emeila gazetowego to pogadamy:)Pozdrawiam
        • igge Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 16.03.13, 18:19
          tak, liski, sarenki, dziki, bażanty, wiewiórki etc :) to rzeczywiście miłe ale odległość od kulturalnych rozrywek, jak dla mnie, leniucha, porażająca. Z kawiarni wracałam 1 godz 10 minut (bez czekania na przystankach, sama podróż), z czego 45 minut komunikacją miejską. Moim panom, mężowi i synowi to nie przeszkadza, ale oni łatwo i z przyjemnością pokonują długie kilkuprzystankowe dystanse na piechotę lub biegiem i są jeszcze zadowoleni i wysportowani :)
          • pearl3434 Re: Życie po zmianach - równia pochyła w dół 17.03.13, 00:03
            Taki life.:) Ps.Ja z Empik Cafe 25 minut autem.Da sie zyc.A jak nie to zaczne polowac na te dziki i bazanty...:)))Pozdro
Inne wątki na temat:
Pełna wersja