glanaber
12.03.13, 11:35
Ten post będzie w częściach, ponieważ jest bardzo długi, ale muszę w końcu wyrzucić z siebie wszystko, co się nagromadziło w ciągu ostatnich lat, bo desperacko potrzebuję pomocy. Ok. roku temu napisałam na innym forum, ale nie dostałam zbyt wielu konstruktywnych porad, natomiast ktoś pokierował mnie na to forum. Dość długo trwało zanim zdecydowałam się tutaj napisać, ale w końcu jestem.
Nieco ponad 3 lata temu przeprowadziłam się wraz z rodziną w inny rejon kraju, daleko od poprzedniego miejsca zamieszkania i … od tej pory moje życie stało się gehenną, nie umiem się odnaleźć w nowej sytuacji. W momencie przeprowadzki nie byliśmy już z mężem zbyt młodzi, ja byłam bardzo mocno zakorzeniona w swoim poprzednim życiu (mąż niekoniecznie). Decyzja o przeprowadzce była podyktowana różnymi ważnymi czynnikami i wówczas wydawało mi się, że jest to dobra decyzja, a teraz nie ma dnia, żebym jej nie żałowała. Nie wiedziałam, że skazuję się na piekło samotności – takiej absolutnej, koszmarnej i dobijającej. Dodatkowo los nie szczędzi nam innych niepowodzeń, które po kolei opiszę.
Przedtem mieszkaliśmy w mieście powiatowym w północnej Polsce. Nie było to z pewnością najlepsze miejsce na ziemi, ale z mojego punktu widzenia było tam wszystko potrzebne do życia – każdy rodzaj sklepu, parę supermarketów, parę drogerii, miałam swoją fryzjerkę, kosmetyczkę, ginekologa, dentystę, klub fitness, basen, kino, parę knajpek – wszystko w umiarkowanych cenach i w zasięgu komunikacyjnym – w razie braku samochodu wszędzie można było dojść pieszo lub dojechać komunikacją publiczną bądź taksówką, za rozsądną cenę. Mieliśmy 3-pokojowe całkowicie spłacone mieszkanie w fajnym punkcie, żadnych kredytów. Nasze dziecko chodziło do dość dobrej szkoły społecznej, oprócz tego na lekcje gitary, wspinaczkę i ze mną na basen (oprócz szkolnych zajęć). Miałam na miejscu mamę, teściów, siostrę i kilka dobrych koleżanek, z którymi regularnie się spotykałam. Pracowałam w pewnej firmie produkcyjnej, wchłoniętej przez dużą korporację, na stanowisku wprawdzie specjalistycznym, ale zdecydowanie nie kluczowym dla firmy, zarabiałam poniżej średniej krajowej, ale dość lubiłam charakter swojej pracy i lubiłam większość ludzi, z którymi pracowałam. Prowadziłam też niewielką 1-osobową działalność gospodarczą, w swoim mieście byłam jedynym dostawcą usług w swojej dziedzinie. Popyt nie był może oszałamiający, nie na tyle, bym mogła zrezygnować z etatu i utrzymać się tylko z tego, ale też nie było miesiąca, w którym nie miałabym choćby jednego zlecenia. Mąż pracował również w korporacji, na stanowisku menedżerskim, teoretycznie odpowiadał za region w naszym miejscu zamieszkania, w praktyce 80% czasu spędzał w centrali w Warszawie. W domu bywał w weekendy, ale przyzwyczailiśmy się do takiego trybu życia.
Na początku 2009 roku wszystko się wywróciło do góry nogami. Najpierw zorientowałam się, że jestem w ciąży. To było wielkie zaskoczenie, klasyczna „wpadka”, ale ucieszyłam się. Syn miał już 10 lat, to był tzw. ostatni dzwonek na dziecko, świadomie byśmy się nie zdecydowali, czasem zresztą żałowałam, że przegapiliśmy moment i nie mamy drugiego dziecka, ale już go nie planowaliśmy – więc to była radosna niespodzianka.
Krótko po potwierdzeniu mojej ciąży przez lekarza mąż dostał wypowiedzenie z pracy. Oczywiście był to szok, tym większy, że z wyższego stanowiska ciężej się spada. Dlatego niestety całą ciążę przeżyłam praktycznie bez męża – nie interesował się dzieckiem ani moim samopoczuciem, skupił się tylko na szukaniu pracy, a potem na wdrażaniu się w nowej pracy, organizowaniu przeprowadzki itd. OK, rozumiałam to, ale przykro mi było, że wszystko, co dotyczyło dziecka, było tematem tabu, w ogóle nie chciał o tym rozmawiać i widziałam – czułam, że wolałby, żeby tego dziecka nie było. Przypuszczam, że gdyby z jakiejś przyczyny straciła tę ciążę, on może nie tyle, że by się ucieszył, ale z pewnością czułby ulgę.
Tymczasem moja firma wdrażała program oszczędnościowy, wymuszony przez korporację pod hasłem kryzysu, czyli w praktyce trzeba było pokazać „górze” działania oszczędnościowe i wskaźniki. A więc już pod koniec 2008 podjęto pewne kroki oczywiście godzące w pracowników, a w 2009 akcje te się nasiliły – m.in. wszystkim obcięto wynagrodzenia. Ja, z racji ciąży, byłam pod ochroną (należał mi się dodatek wyrównawczy), więc dość mocno zaczęto uprzykrzać mi życie. Byłam jedyną ciężarną na ponad 300 zatrudnionych osób, mój dodatek wyrównawczy to były naprawdę śmieszne pieniądze, a prezes poruszył niebo i ziemię sprawdzając jak można obejść ten przepis. Ostatecznie zaproponowano mi skorzystanie z L4, bo wtedy dostanę 100% wynagrodzenia, płaci ZUS, więc firma ma kłopot z głowy. To nic, że moja praca nie była wykonywana, to nic, że dobrze się czułam, zmuszono mnie do zwolnienia lekarskiego. Stopniowo planowano też redukcje zatrudnienia w sferze administracji – tak aby zostawić jak najmniej stanowisk umysłowych, a głównie produkcję. Miałam więc wyraźne przesłanki, że po urlopie macierzyńskim nie będę miała dokąd wracać.
Mąż zaczął szukać pracy nie ograniczając się do naszego rejonu zamieszkania i jeszcze w trakcie okresu wypowiedzenia dostał propozycję, z której skorzystał. Niestety wiązała się ona z koniecznością przeprowadzki do stolicy. Wcześniej mąż spędzał dużo czasu w Warszawie, ale jego firma opłacała mu hotel; teraz miał dostać przez 3 miesiące dodatek relokacyjny, a potem – albo utrzymywanie 2 gospodarstw domowych, albo przeprowadzka całą rodziną. Decyzja o przeprowadzce była wspólna, ja też uważałam, że rodzina powinna być razem, dziecko, które ma się urodzić, powinno mieć ojca na co dzień, nie będzie nas stać na 2 mieszkania, pewnie stracę pracę, więc nic mnie nie trzyma (w naszym mieście rodzinnym sytuacja na rynku pracy jest tragiczna), etc. etc.
Ostatecznie kupiliśmy nieduży dom w okolicach Warszawy, ale w dość szeroko pojętych okolicach – na wsi, która nawet nie należy do powiatu m.st. Warszawy; w okolicy, gdzie ludzie dopiero zaczynają się osiedlać, daleko nawet od centrum miejscowości, w której mieszkamy, na kompletnym odludziu i pod koniec 2009 roku przeprowadziliśmy się z 2,5-miesięcznym niemowlakiem. Nasza tzw. ulica to wyboista droga gruntowa, która nie należy do nikogo, ani do nas-mieszkańców, ani do gminy (podobno do jakiegoś prywatnego właściciela, który się tutaj nigdy nie pojawia), więc nikt o nią nie dba. Nasza posesja jest na razie ostatnia; od ulicy asfaltowej, z chodnikiem, dzieli nas ok. 100 m tej drogi. Sąsiedzi się za bardzo nie poczuwają, więc np. przez wszystkie zimy tutaj my odśnieżaliśmy całą „ulicę” + wjazd w nią. Droga jest pełna dziur, gdy pada deszcz, tworzą się kałuże głębokie po kolana i grząskie błoto dookoła nich – nie ma mowy o przejściu piechotą, ani tym bardziej z wózkiem (to już mnie nie dotyczy, ale było uciążliwe w 1.-2. roku mieszkania). Zresztą i tak nie ma gdzie iść – najbliższy ciut większy sklep w odległości ok. 3 km, do tzw. centrum 6 km, można ewentualnie do lasu. Wkrótce po przeprowadzce mój samochód, który był już stary i bardzo awaryjny przed przeprowadzką, ostatecznie odmówił posłuszeństwa, więc przez pierwszy ponad rok siedziałam z dzieckiem uziemiona w domu, nie będąc w stanie się ruszyć gdziekolwiek poza własne obejście. Komunikacji publicznej też tu właściwie nie ma, taksówkę można wezwać z Warszawy (koszt kilkaset zł, strefa pozamiejska).
cdn.