triada13
19.03.13, 12:06
Proszę o chłodne spojrzenie na moją sytuację i pomoc w zrozumieniu tego co dzieje się z moim małżeństwem i moim mężem...
Jesteśmy razem kilkanaście lat razem, od 8 lat w małżeństwie. Mamy 3 letniego synka. Mój mąż jest, a raczej był bardzo ciepłym człowiekiem, urodzonym optymistą, niezwykle opiekuńczym i czułym. Po pojawieniu się dziecka wiele się zmieniło bo nie mieliśmy już tak dużo czasu dla siebie (a może to wymówka, choć fakt, nikt nam nie pomaga), ale ogólenie było raczej dobrze. Jedyne właściwie co nas czasem poróżniało to jego wielka pasja i hobby w którym potrafił się zatracić i na chwilę zapomnieć o całym świecie. Ja wtedy bardzo cierpiałam i często wydawało mi się że mój kochany mnie już nie chce i nie kocha (niestety jestem DDA i DDD więc problemy emopcjonalne mam). Mniej wiecej roku w naszym związku wiele się zmieniło. Z racji trudniej sytaucji zawodowej i kłopotów rodzinnych (choroba) stałam się osobą bardzo zestresowaną. Wiem, że niekiedy mój mąż musiał mnie mieć dość bo i ja sama ze sobą nie mogłam wytrzymać. Nadal jest fantastycznym tatą, przykładnym mężem jesli chodzi o dzielenie obowiazków domowych, ale no właśnie... Mam wrażenie, że stał się nerwowy, często jest wobec mnie niemiły, nie stara się, zapomina lub się nie interesuje moimi sprawami, nie chce ze mną rozmawiać o naszych problemach i udaje że ich nie ma. Jesteśmy po gigantycznej kłótni po której usłyszałam od niego wiele przykrych słów. Mąż zawsze po takiej sytuacji potrzebował chwili wyciszenia i udawało nam się pogadać i pogodzić. On sam często wyciągał pierwszy rękę. Od tygodnia jednak udaje, że ja nie istnieję. Próbował raz mnie zagadnąć, ale najwyraźniej liczył, że przeproszę go za swoje zachowanie (poszło o jego interpretację decyzji której wcale nie podjęłam, ale on nie mógł tego wiedzieć bo przecież nie rozmawia na ważne sprawy). Bardzo boję się o nasz związek, o naszego synka... Mam wrażenie że ktoś mojego męża zabierał na raty, żeby teraz postawić przede mną aroganckiego typa, który wydaje mi się, że przede mną ucieka. Nie chce mi się wierzyć, że tak można się zmienić. Mój M twierdzi, że mnie kocha, ale jego zachowanie wskazuje na coś innego. Poza tym nie widzi problemu, nie chce się zastanowić nad zmianą, bo wg niego ta ja mam "focha" i już. Jestem w rozsypce. Moja zachwiana pewność siebie znów daje znać o sobie. Przeżywam katusze i nie wiem już czy wyolbrzymiam nasze problemy czy naprawdę wszystko chyli się ku upadkowi.... Niech ktoś mi odda mojego kochanego mężczyznę...