niemamnicanic
23.03.13, 20:30
Nawet nie wiem od czego zacząć. Nawet nie wiem gdzie leży problem. Więc pewnie będzie długo i chaotycznie, ale mam nadzieję, że komuś będzie się chciało to czytać. Problem z mężem oczywiście. Znamy się 10 lat, 2 lata temu wzięliśmy ślub, synek ma pół roku. Różnie bywało, jak u każdego chyba. Nie wiem czy teraz się wszystko nazbierało, czy teraz się spieprzyło. Mąż mnie nie szanuje. Ja do niego mówię, on nie słucha, potem się wypiera, że mu nic nie mówiłam i to przez to, że burczę pod nosem. Ja mówię, on patrzy w telefon, Żyje pracą, urlopu wziąć nie może, bo nie. Jedziemy na urlop- on wisi na telefonie. Nic nie potrafi zrobić spokojnie, wszystko z krzykiem, nerwami. Coś mu nie wychodzi więc cały dzień do d..y on już na nic nie ma ochoty, na obiad nie jedziemy, mimo, że go planowaliśmy. Żeby nie było wątpliwości: powodem jest plama na ścianie. Z moją matką się nie dogaduje- owszem ona go chyba też nie wielbi, ale on siedzi tam z nosem na kwinte, potrafi być niegrzeczny. Podnosi na mnie głos. Każdy znajomy jest taki a owaki. Często wie, że jest czemuś winny, a tak obraca kota ogonem, że to ja jestem winna.
Doszło do tego, że ja się boję robić cokolwiek, żeby on nie stracił humoru. Ciągle się kłócimy, nie mamy o czym gadać. Przy jednej z kłótni powiedziałam, że albo terapia, albo się rozwodzimy. Obiecał wielką pracę nad sobą i zmianę. Oczywiście na obietnicach się skończyło, a on na terapię nie pójdzie.
Zaczyna przenosić nerwy na dziecko. Syn płacze podczas kąpieli to wszystko zaczyna robić "twardymi ruchami". Mały to czuje, więc płacze jeszcze mocniej. Oddaje go mi do ubrania, on przestaje płakać, więc to moja wina bo go tak nauczyłam.
Nie mogę na niego liczyć. Musiała odebrać ważne papiery. Syn był chory. On nie mógł ze mną jechać bo praca. Ale do mamy pojechał 50 kilometrów podczas pracy. Nawet nic nie powiedziałam, bo bym usłyszała, że nie zabronię mu do matki jeździć.
Nie mam siły. Niby nic, a jednak wszystko nie tak. Nie chcę rozmawiać o tym z nikim bliskim, bo w zasadzie nikt nie wie co się dzieje.
Święta nie jestem. Jestem przemęczona, negatywnie nastawiona. Pewnie nie raz zalazłam mu za skórę i powiedziałam to, czego nie powinnam. Nie cierpię jego matki, on to wie, ale nie rozumie. Uważam, że mam powody (matka go wydziedziczyła, obiecywała pieniądze na ślub, a zobaczyliśmy je jak świnia niebo, jest kłamliwa). Nie wiem co robić. Każdego dnia myślę o rozstaniu, ale boję się podjąć decyzję. Wiem, że sobie poradzę, bo będę miała wsparcie w rodzinie.
Aż tu nagle on siedzi na kanapie i się do mnie śmieje i opowiada coś tam, jakby nigdy nic. Po to by za chwilę łazić wściekłym i się nie odzywać.
Help