sorvina
05.05.13, 11:52
Mam pytanie do Pani Ekspert. Ostatnio odwiedził nas teść i tym razem dał popis swoich urojeń, teorii spiskowych na temat zdrady ex-żony (matki mojego partnera), działań jej kochanków, którzy go śledzą, okradają itp. Czyli wszystkie objawy osobowości paranoicznej w pełnym rozkwicie. Z powodu takich zachowań i związanych z tym złośliwych akcji odwetowych na żonie, a także młodszym synu (ubzdurał sobie, że nie jest jego i unika płacenia alimentów na niego) żona się z nim rozwiodła. Udało się go na jakiś czas umieścić w szpitalu psychiatrycznym. Podobno dał łapówkę i wyszedł, dobra strona, że od tego czasu więcej gada niż robi, bo boi się powtórki z rozrywki.
W każdym razie przez lata robił starszemu synowi wodę z mózgu, on - mój partner, dopiero uczy się nie ulegać jego manipulacjom - a trzeba przyznać, że szkolący się w technikach perswazji tatuś, potrafi mieszać w głowie. Syn był od niego zależny finansowo, to on go utrzymywał - bez sądowego ustalenia alimentów, więc kontakt musiał utrzymywać. Od jakiegoś czasu partner przerabia temat na terapii i wiem, że z czasem sobie poradzi, jednak na razie na tym spotkaniu, widząc, w jakim jest stanie, przyjęłam rolę bufora między nim a ojcem. Praktycznie 6h prowadziłam sama dyskusję z ojcem, starając się zmieniać temat na neutralny, podczas gdy on cały czas próbował przekonywać nas do swoich teorii. Moja mama też ma zaburzenia osobowości z urojeniami, więc znam to zaślepienie, nienawiść w oczach, mówienie totalnych głupot będąc święcie przekonanym, że to prawda. Wiem jak wiarygodnie to wygląda dla osoby zaangażowanej emocjonalnie i jakie jest przykre. Potrafię już rozróżnić fakty od interpretacji faktów, mam przećwiczone nieuleganie manipulacjom i presjom. Te 6h to była jednak regularna bitwa umysłowa z ciężkim przeciwnikiem, gdzie starałam się zachować równowagę pomiędzy odrzucaniem urojeń, a uprzejmością do człowieka (choć czasem czułam takie obrzydzenie dla jego cynicznej filozofii i podłych zachowań, że trudno było gryźć się w język). Na początku zwracałam mu uwagę, gdy mówił o jakiś sytuacjach i nie wiedziałam jeszcze, że chodzi o mamę partnera (hipotetyzował), że może być wiele wyjaśnień danej sytuacji, ze widzę, że wszystko interpretuje tak by pasowało do jego teorii. Raczej starałam się zrobić z tego ogólną dyskusję w tematach psychologicznych, wtrącając o możliwych mechanizmach zniekształcających postrzeganie, by nie wchodzić w melodię jaką próbował narzucić - "takie są fakty i co wy na to".
Gdy widać było o czym naprawdę mówi, nazwałam po imieniu i spytałam wprost czy próbuje udowodnić nam, że żona go zdradzała i kochankowie go śledzą itp. Wtedy on nakręcił się jeszcze bardziej i z olbrzymim poziomem agresji opowiadał kolejne teorie, zupełnie nie słuchając tego co do niego mówię próbując przerwać tą tyradę. Zareagował dopiero gdy kilkakrotnie metodą zdartej płyty powiedziałam, że nie będę rozmawiać na ten temat, bo to nie w porządku w stosunku do teściowej, którą znam, ona nie może się bronić, więc nie możemy weryfikować tego co mówi. Przez chwilę myślałam, że teść mnie uderzy. Wstał by pójść do łazienki, podszedł do mnie na 10 cm zbliżył twarz i wysyczał, że ja nie wiem wszystkiego, bo gdybym wiedziała.... Widać, że wściekły, że go powstrzymałam, nie uwierzyłam, nie pozwalam indoktrynować syna.
Gdy wrócił z łazienki powtarzał niby uprzejmie, z wyraźną złością w głosie, że nie spodziewał się że ze mną można na takie "tematy psychologiczne" rozmawiać. Oczywiście nie wiem wszystkiego i gdybym wiedziała.. powtórzyłam, że widzę, że to dla niego ważny i trudny temat, że wiąże się z nim wiele emocji, ale ani ja ani syn nie jesteśmy dobrymi rozmówcami, ze względu na powiązanie emocjonalne, nie możemy też rozstrzygać prawdy, znając tylko wersję jednej strony, więc zmieńmy temat. Resztę spotkania starałam się wyszukiwać teściowi coś do zrobienia w domu - jakieś drobne naprawy itp. by do czasu pociągu nie było okazji wrócić do tematu.
Po jego wyjeździe partner bardzo mi podziękował za pomoc. Powiedział, że niezwykle cenne było obserwowanie, że można zupełnie inaczej reagować na oskarżenia ojca, nie jako na fakty, że widzi gdzie ulegał manipulacjom i cieszy się, że potwierdziłam, że miał racje nie wierząc ojcu. Był zawsze skołowany nie mogąc zweryfikować czy np. kiedyś jechał za nimi TEN SAM samochód, który potem ojciec widywał pod domem itp. Powiedziałam, że żadne z nas nie może tego zweryfikować bo potrzeba by monitoringu, ale możemy po zachowaniu ojca stwierdzić, że on nie szanuje faktów, myli je ze swoimi wnioskami, wszystko nagina do swoich teorii i widać u niego duże zaślepienie i złą wolę. I pozostaje jeszcze zwykły rozsądek - kto przez ileś lat śledzi zwykłego bezrobotnego, i gdzie u jego mamy widać pieniądze tych bogatych kochanków itp. Niestety on wychowany w nastawieniu - rodzic ma zawsze rację i masz się go słuchać, jeszcze nie potrafi zawsze sam postawić granicy i ufać sobie do końca, gdy był pozostawiony w tym piekle z ojcem sam. Ale już odprowadzając ojca na dworzec zastosował podpatrzoną metodę zdartej płyty i przerwał próbę powrotu do dyskusji.
Później wyszło, że nie do końca zdawał sobie sprawy też z prób dyskredytowania go przez ojca, takie niby niewinne uwagi "a dlaczego to lubi/robi? nie uważa, że to dziecinne, a dlaczego nie pojedzie tam i tam (gdzie teść lubi jeździć)" itp. ciągłe próby urabiania go do jedynego akceptowanego formatu. Ale też spodobały mu się moje asertywne odpowiedzi i przeniesienie dyskusji na poziom - taka jest opinia teścia, szanujemy ją, mamy własną. Coraz więcej dostrzega, terapia zrobi swoje. Jest zdeterminowany by przerobić swoje dzieciństwo i uwolnić się do końca od wpływu toksycznych rodziców. Reszta wymaga czasu.
Na razie ustaliliśmy, że będziemy ograniczać spotkania i najchętniej umawiać się na mieście, skąd można w razie potrzeby wyjść. Być może kiedyś partner dojrzeje do zerwania kontaktu, na razie radzimy sobie z tym co jest. To jego ojciec i jego decyzja, musi być na nią gotowy.
Natomiast przestraszyło mnie to przekroczenie moich granic fizycznych przez teścia, bałam się, że za chwilę mnie uderzy.
Czy pani ekspert miałaby jakieś uwagi jak rozmawiać z takimi ludźmi? Na razie mam plan by stosować metodę zdartej płyty by nie wchodzić w ogóle w takie dyskusje, zmieniać temat. Nie widzę sensu prób uświadamiania mu, że może to on ma ze sobą problem i potrzebuje pomocy specjalisty. Raz to zrobiłam, zignorował. Epizod psychiatryka przerobił na "to żona dała łapówkę z kochankiem by mnie tam wsadzić, nic mi nie jest". Obawiam się, że w tym przypadku nazwanie po imieniu wszystkiego co robi może wytrącić go z równowagi i nie wiadomo jak to się skończy. Odrobina wytrąca mu broń z ręki i już go wkurza.
Co najlepiej "zdetonuje" takie nakręcenie? Komunikat, że rozumie się, że on może się tak czuć, że widzę jakie to dla niego ważne (czyli nie odrzucam jego jako osoby), ale nie będę rozmawiać o tym z bo źle się z tym czuję? Czy nie bawić się w takie subtelności i namawiać partnera do jak najszybszego zerwania kontaktu? Mnie ratuje to, że mam dość wiedzy psychologicznej, zwłaszcza dotyczących przemocy psychicznej, by nie dać sobą pogrywać i widzę, że teść ma do mnie pewien respekt - dopóki panuje nad sobą. Stara się być uprzejmy, owijać w bawełnę to co mówi, nie odważy się wbić mi nawet szpileczki. W przypadku syna nie cacka się.
Prawdopodobnie raz na pól roku będę faceta oglądać, może mniej. Chcę sobie zaplanować co robić dalej.