dziewczynamalegoksiecia
22.05.13, 01:23
Witam. Dwa miesiące temu założyłam tu wątek: forum.gazeta.pl/forum/w,898,143467795,143467795,Wpadka_z_obcokrajowcem_ciagle_klotnie_co_robic_.html a dziś znów przybiegam się po prostu wygadać, choćbym tylko ja miała to przeczytać, ale może trochę mi ulży. Mam dzięki Bogu najbliższą przyjaciółkę, której się zwierzam z tej sytuacji, ale wiadomo też ma swoje życie, widzimy się raz w tygodniu a resztę czasu ryczę i chcę walić głową w mur. Przed wszystkimi innymi ukrywam ciążę na wypadek gdybym zdecydowała się oddać dziecko do adopcji, dlatego zerwałam kontakt z całym światem i tylko gnuśnieję w czterech ścianach i wyję z rozpaczy.
W skrócie: jestem w 6 miesiącu ciąży z facetem, obcokrajowcem, którego znam o miesiąc dłużej. Nigdy nie myślałam o dzieciach, a już na pewno nie teraz i nie z nim. Jeśli ktoś zechce zwyzywać mnie od idiotek, że dałam sobie zrobić tego dzieciaka, niech zamilknie - sama siebie za to nienawidzę już wystarczająco. Aborcja - nie wiem czy bym się do niej posunęła, bo odpadła z powodu moich przeciwwskazań zdrowotnych. 'Związek' z ojcem dziecka - toksyczny, patologiczny, oboje nie potrafimy się normalnie zachowywać i mamy chore wzorce z domu. Jedna wielka pomyłka i kłótnia na kłótni, w dodatku nie mówimy nawet normalnie w jednym, wspólnym języku, co doprowadza mnie do szału, a jemu zwisa (po pół roku w końcu udało mi się wypchnąć go na kurs angielskiego - więc zapłacił, a teraz prawie nie chodzi... polskiego musi się uczyć na uczelni, to tak się uczy, że jeden głupi test pisze po 5 razy i napisać nie może). Przez nieustanne, DZIKIE awantury (szczegóły w podanym wyżej wątku) zrobił ze mnie emocjonalny wrak do tego stopnia, że musiałam przerwać studia (które są moją pasją i priorytetem) 2 miesiące przed obroną magisterki, i zmienić otoczenie, bo wylądowałabym w wariatkowie. Wyprowadziłam się od niego, mieszkam w innym mieście z rodzicami, ale to nie wystarczy - gnębi mnie na odległość. Oczywiście na przemian z wyznaniami ogromnej miłości i postanowieniem poprawy. Jak nie odpisuję na fb to pisze i dzwoni miliony razy na telefon, a jak nie odbieram to 2 razy już zadzwonił do mojej matki! Niezapowiedziana wizyta w moim domu (4 h jazdy w 1 stronę) też już była, więc nie mam jak go po prostu ignorować. Ostatnio robił przez tydzień jazdy o moje znalezione zdjęcie sprzed 3 lat, na którym całuję się z facetem (odebrał mojego laptopa z naprawy już po mojej wyprowadzce i przeszukał sobie dyski). A ja mam nerwicę i duże problemy z oddychaniem, ostatio to 100 razy na godzinę chcę i nie mogę wziąć głębokiego oddechu, i jak mnie tak bardzo gnoił to myślałam że się uduszę, ciśnienie i puls skoczyły mi w kosmos, głowa jakby chciała eksplodować. Oczywiście dziecko to wszystko czuje i kopie jak szalone w takich sytuacjach, wiem że mu to szkodzi... Mama zobaczyła mój stan i zadzwoniła do niego, że ma mi dać spokój, bo jak wyląduję w szpitalu to porozmawiają inaczej. Oczywiście wyraził strach i skruchę, a jak tylko się z nią rozłączył to dawaj! ciąg dalszy gnojenia przez smsy na moją komórkę! Że gdyby matka wiedziała, jak się puszczałam i jaki ze mnie tak naprawdę jest człowiek (czyli, że spałam w życiu z 7 facetami) to inaczej by o mnie myślała i nie byłoby jej mnie żal. Ehe. Natomiast stanem psychicznym i fizycznym moim i dziecka się nie przejął za bardzo. Oczywiście do czasu, aż pół godziny później znów mnie tak bardzo kochał i przepraszał.
Szukałam pomocy u psychiatry i psychologa, wyczyściłam portfel a dowiedziałam się tyle, że nikt nie podejmie się psychoterapii w moim stanie i w moim przypadku. To co mam zrobić jak nie daję rady pytam się, strzelić w łeb? Owszem, często o tym myślę, ale nigdy nie zrobię bo moi rodzice sobie na taką tragedię nie zasłużyli. U psychologa byliśmy razem, w ramach ostatniej deski ratunku, ale teraz już chyba nie mam złudzeń, że tkwienie w jakiejkolwiek relacji z tym panem ma sens.
No i teraz - tak bardzo go nienawidzę, nie chcę znać, jak cudownie byłoby móc wyrzucić go z życia, zafundować sobie terapię aby się na przyszłość od takich trzymać z daleka, machnąć ręką i powiedzieć 'tego kwiatu to pół światu'... ale nie, ja mam całe zmarnowane życie patrzeć na dziecko, które on mi radośnie zrobił a następnie wyzywał od dziwek bo nie byłam dziewicą, być samotną matką ledwo wiążącą koniec z końcem, podczas gdy on bez żadnych konsekwencji będzie sobie wiódł wymarzone życie ze swoją wymarzoną żoną dziewicą? Po moim trupie chciałoby się rzec... tak, sama sobie zgotowałam bagno, i będę się w nim taplać do końca życia, wiem. Zostawić dziecko, czy oddać?
Samej ciąży nienawidzę, mój wielki brzuch mnie obrzydza, dostaję ataku histerii na widok słodkich śpioszków w sklepie albo gdy mama dotyka mojego brzucha i gada do 'dzidziusia'... Za każdym razem na usg po prostu ryczę, łzy lecą mi strumieniami od początku do końca, niestety z rozpaczy a nie wzruszenia... strasznie się tego stanu wstydzę, nie chcę żeby ktoś więcej się o tym dowiedział, jestem w stanie przesiedzieć w mieszkaniu te 3 miesiące żeby tego uniknąć. Z drugiej strony dbam o dziecko, latam do prywatnego gina i łykam witaminki, nie tykam nic co niewskazane w ciąży, zrobiłam też usg genetyczne za 2 stówki żeby się upewnić, że będzie zdrowe. Jak jego tatuś robi nam sajgon to głaszczę brzuch, próbuję je uspokoić. W ogóle bardzo mi żal tego dziecka, nie jest niczemu winne a nie dość że nikt na nie nie czeka (poza moimi rodzicami) i stanowi tylko powód wzajemnej nienawiści swoich rodziców, to jeszcze boję się, że jakieś adhd czy inną niespodziankę ma już murowaną, przez te jazdy wszystkie które ja przechodzę... Jakiejkolwiek decyzji nie podejmę, będzie źle i kogoś nią unieszczęśliwię. No bo poza nielicznymi momentami ja po prostu nie chcę tego dziecka, nie chcę być matką z powodu miliarda rzeczy, i koniec kropka. Z drugiej strony, czytam historie kobiet, którym miłość do dziecka przyszła po porodzie, a trzeciej strony czytam historie, że nigdy nie przyszła i że dziecko ma 5 lat a matka żałuje, że go nie usunęła i jest nieszczęśliwa, podobnie jak samo dziecko.
Zostawię dziecko - zmarnuję sobie życie, spędzę nie wiadomo ile czasu czując się żałośnie na garnuszku rodziców, bez pracy, perspektyw, nie wiadomo kiedy dokończę studia, możliwe że będę miała do dziecka podświadomie pretensje o to wszystko, będę sfrustrowana, nieszczęśliwa i samotna, bo w to że znajdę sobie kiedyś kogoś będąc panną z dzieckiem to nie wierzę. A tak marzyłam o miłości, chciałam mieć faceta bez dziecka, a nie dziecko bez faceta... Miałam tyle planów zawodowych, wyjazdowych, chciałam zacząć nowe studia w innym kraju...
Oddam dziecko - też zmarnuję sobie życie wyrzutami sumienia, może ktoś kto czyta ten post ma mnie za zimną sukę, ale każdy kto mnie zna wie jaka jestem wrażliwa i że coś takiego będzie mnie nawiedzało w snach do końca życia. Że będę się zastanawiać, czy dziecko na pewno ma się dobrze, czy wie że je oddałam, kim jest, jak wygląda, czy na pewno musiałam to robić, a może za 10 lat będę chciała mieć dziecko i nie będę mogła, i uznam to za Bożą karę... będę myślała, że moja świętej pamięci najukochańsza babcia przewraca się w grobie jak widzi co zrobiłam, co by powiedziała gdyby tego dożyła... Dodam tylko, że w przypadku adopcji zdecydują się na tę ze wskazaniem i zrobię wszystko, żeby znaleźć dziecku jak najlepszą rodzinę, absolutnie nie ma mowy o jakichś domach dziecka (tylko proszę bez kryptoogłoszeń bezdzietnych par chętnych na adopcję mojego dziecka, od których się roi na forach przy podobnych wątkach). W dodatku jeśli oddam pierwszego wnuka moich rodziców to wiem, że bardzo bardzo zranię moją mamę, i to mnie przeraża. Rodzice oferują mi każdą możliwą pomoc i wsparcie, jeśli zatrzymam dziecko, i wiem że na nie czekają.
Trochę się uzewnętrzniłam, trochę mi ulżyło, dziękuję, dobranoc.