A propos (przemoc i terapia)

19.07.13, 19:20
Tak jak się umawiałam, napiszę, jak dalej u nas wygląda. Odnośnie do tego wątku:

forum.gazeta.pl/forum/s,898.html
Zaczęliśmy terapię. Mąż pozwala sobie na znacznie mniej wobec mnie (ale jednak nadal zdarza mu się zapomnieć), ja uczę się stawiać granice i (jednak) nie być momentami przewrażliwiona.

Okazało się że u nas punktami zapalnymi są:
- pieniądze
- zajmowanie się dzieckiem (praktycznie dotąd tylko ja)
- tłumienie złości przez męża

Wbrew temu co twierdził mąż, że tylko moja rozrzutność powoduje dołki finansowe, pani terapeutka stwierdziła, że przyczyniamy się do nich oboje.

Zdecydowanie narzuciła równiejszy podział obowiązków przy dziecku (np. usypianie co drugi dzień, naprzemiennie).

Ponadto uświadomiła mężowi, że jest równie emocjonalny jak ja (tylko tego do siebie nie dopuszcza i stąd wielkie spięcia) oraz że doprowadzamy w kłótni do sytuacji, która teraz wydaje się nam stosunkowo niegroźna, ale w rzeczywistości eskalując mogłaby doprowadzić do zbrodni w afekcie.
Pewnie wyolbrzymiła nieco, żeby nam lepiej uświadomić problem, ale ciarki mnie przeszły. Czuję, że miała rację.

Potwierdziła też, że mąż stosuje przemoc psychiczną (jesteśmy po dwóch dwugodzinnych sesjach - więc już chyba jaki taki wgląd w sytuację ma).

Dziewczyny zakładam ten wątek, jak uzgodniłam z Zuzi (dzięki raz jeszcze za wskazówki, Zuzi! :) ), ale bardzo proszę też o opinię, czy on jest potrzebny na tym forum. Stanowi jakieś tam rozwinięcie tematu "przemocy w białych rękawiczkach", jednak czy taki indywidualny przykład może być dla kogoś ciekawy?
Nie będzie mi przykro, jeśli uznacie, że nie, słowo ;)


    • kroofka84 Re: A propos (przemoc i terapia) 19.07.13, 19:21
      Przepraszam, źle wpisałam link do starego wątku:
      forum.gazeta.pl/forum/w,567,144606129,145004581,Re_Po_calym_dniu_z_chorym_dzieckiem_od_meza_to_.html
      • sebalda Re: A propos (przemoc i terapia) 19.07.13, 20:22
        Bardzo dobre są takie wątki i ja się polecam. Często pojawiają się tutaj dziewczyny z poważnymi problemami, my się produkujemy, a one potem znikają bez śladu i nie wiadomo, co dalej. Rzadko ktoś dopisuje ciąg dalszy, a to bywa bardzo cenne i ciekawe.
        Myślę, że to forum czyta wiele kobiet z podobnymi problemami, informacje na temat działania terapii i jej skutków są bardzo potrzebne.
        Pisz zatem na bieżąco, jestem przekonana, że nie tylko ja będę to czytała z zainteresowaniem.
        • zuzi.1 Re: A propos (przemoc i terapia) 19.07.13, 21:58
          kroofka takie wątki jak Twój SĄ BARDZO POTRZEBNE, dzięki Tobie poznamy punkt widzenia profesjonalnego terapeuty, jego wskazania/zalecenia, generalnie praktyczne podejscie do tematu przemocy psych., zobaczymy jak w tym wszystkim zachowuje się Twój mąż, jak sobie radzi z tym odkryciem, że jest sprawcą przemocy psych. Pisz bo fajnie piszesz, wyciągasz jasne, konstruktywne wnioski i b. mi się podoba Twoje konkretne podejscie do tego problemu i podjęte konkretne i szybkie działania. Czekamy na ciąg dalszy. Powodzenia, jestem przekonana, że sobie poradzicie, bo jesteś silną kobietą i wiem, że nie odpuscisz tematu, tylko go doprowadzisz do końca ;)
          • kroofka84 Re: A propos (przemoc i terapia) 20.07.13, 08:26
            Mój mąż? Najpierw jeszcze na etapie książek się wahał jak zareagować – na zmianę próbował nad sobą panować i całkowicie negować to, co mówię. Potem już po pierwszym spotkaniu z terapeutką - nie zaraz po, jakiś czas po - jakby się cofnął i znów miał kilka dni jazdy (po mnie :/ ), jednak się opanował i przyjął do wiadomości, że to co robi podpada pod przemoc.

            Zaskakujące, że jak ja mu mówiłam, że za mało zajmuje się dzieckiem itp, że ja się czuję przeciążona w związku z tym, to mogłam sobie gadać – jak grochem o ścianę… A jak miał zły dzień, to jeszcze się wściekał… A zalecenie terapeutki, żeby co drugi dzień usypiać córkę realizuje bez mrugnięcia okiem. Czyli jednak profesjonalny autorytet robi swoje ;) Szkoda tylko, że własna żona nie miała u niego zbyt wiele poważania.

            Szczęśliwie (bo pani mogła usłyszeć, jak to wygląda) on sam w swoich opowieściach w czasie sesji nieźle się wybielał, ale nie był takim bucem, żeby w ogóle nie przyjmować tego, co ja mówię – przy wsparciu, czy jakimś tam pionizowaniu go przez panią. Czyli jeśli ona neutralizuje te momenty, w których będąc sami zaczęlibyśmy się pewnie nakręcać, to on jakby zaczynał słuchać co się do niego mówi.
            • zuzi.1 Re: A propos (przemoc i terapia) 21.07.13, 00:31
              kroofka napisała:"Czyli jeśli ona neutralizuje te momenty, w których będąc sami zaczęlibyśmy się pewnie nakręcać, to on jakby zaczynał słuchać co się do niego mówi."

              Może to jest też sposób na poprawę Waszej komunikacji, tylko Ty musiałabys się nauczyc od terapeutki jak neutralizowac rozmowę i prowadzic ja na bezpieczne tory, wówczas może i Ciebie mąż posłucha z równym skutkiem jak ma to miejsce w przypadku terapeutki.

              Pisz co jakiś czas, bo to jest b. interesujące, taka praca na żywych organizmach ;)
              Ciekawe dlaczego żona nie ma u niego takiego poważania, czyżby żona musiała się habilitowac lub chocby doktoryzowac, żeby zaczął traktowac ją poważnie ;-) czy w jakiś inny sposób powinna wyrobic sobie autorytet w oczach męża?
              • kroofka84 Re: A propos (przemoc i terapia) 21.07.13, 09:36
                zuzi.1 napisała:


                > Może to jest też sposób na poprawę Waszej komunikacji, tylko Ty musiałabys się
                > nauczyc od terapeutki jak neutralizowac rozmowę i prowadzic ja na bezpieczne to
                > ry, wówczas może i Ciebie mąż posłucha z równym skutkiem

                Nie jest to takie proste... Bo wg mnie tu chodzi o autorytet. Oczywiście, że mam nadzieję, na jakieś podpowiedzi, żebyśmy w przyszłości nie potrzebowali mediatora :) Jednak ja mogę powiedzieć dokładnie to co terapeutka (lub podobną wypowiedź zacytować z książki), a usłyszę tylko "Przestań psychologizować!", "Nie jesteś specjalistą!", "To twoja projekcja!" itp.
                I doktoryzować to bym się musiała akurat z psychologii i jeszcze jakiś certyfikacik z terapii par strzelić sobie dodatkowo ;) , bo tak ogólnie to wykształcenie raczej nie jest moją słabą stroną :D Z resztą wtedy by pewnie uznał, że chirurg własnej rodziny też nie operuje i na pewno się mylę :D (trochę racji by miał ;) )
                • sorvina Re: A propos (przemoc i terapia) 21.07.13, 10:51
                  Niektóre osoby mają bardzo silnie wkodowany szacunek tylko do autorytetów z odpowiednim stopniem naukowym, doświadczeniem, pozycją itp. Ktoś może mieć znacznie większą wiedzę i genialnie tłumaczyć godzinami, ale to nie ma znaczenia jak nie spełnia warunków. Autorytet powie 2 słowa i od razu trafia. Aby to zmienić dana osoba musiałaby solidnie przerobić poczucie własnej wartości, stosunek do rodziców itp. zauważyłam, że wtedy zaczyna odpuszczać.
                  Natomiast i tak nie ma sensu by żona próbowała terapeutyzować męża. To nie ten typ relacji, to się nie uda. Lepiej wspierać się w pracy nad wspólnym problemem jak partnerzy i rozmawiać na zasadzie mówienia o swoich uczuciach i stawianiu granic a nie diagnozowaniu partnera i definiowaniu tego co robi.
                  • zuzi.1 Re: A propos (przemoc i terapia) 21.07.13, 12:53
                    Zgadzam się z tym co napisałaś Sorvina.
                • zuzi.1 Re: A propos (przemoc i terapia) 21.07.13, 20:30
                  kroofka a jaki stosunek ma swój mąż do własnej matki, jakie mają relacje i jak wygląda relacja pomiędzy teściową a teściem, jest w tych relacjach szacunek do żony i matki?
                  • kroofka84 Re: A propos (przemoc i terapia) 21.07.13, 21:30
                    zuzi.1 napisała:

                    > jaki stosunek ma swój mąż do własnej matki
                    hmmm... jak do bożyszcza? To chyba najwłaściwsze określenie ;)

                    , i jak
                    > wygląda relacja pomiędzy teściową a teściem,
                    A kto ich tam wie... Czasem widzę, że traktuje ją jak służącą. Np. wybrzydza na temat jej kuchni, właśnie z wyższością się zwraca.

                    jest w tych relacjach szacunek do
                    > żony i matki?
                    Nie umiem ocenić. Męża (mojego) do matki (jego) tak, nie tylko szacunek, ale i jakieś takie idealizowanie/ tłumaczenie i usprawiedliwianie/ nadmierne posłuszeństwo... Teścia? Niby jest, no ale służbę też się zasadniczo szanuje (jak się ją ma ;) )

                    A z tym terapeutyzowaniem męża, to się zgadzam, również.
                    • zuzi.1 Re: A propos (przemoc i terapia) 21.07.13, 23:27
                      Czy jego matka jest taką silną osobowością i faktycznie "rządzi" w domu? Jaką masz z nią relację? Z czego może wynikac ten jego stosunek do matki jak do bożyszcza?
                      • kroofka84 Re: A propos (przemoc i terapia) 22.07.13, 08:59
                        Wiesz, ja to napisałam tak trochę w przenośni :)
                        Czy rządzi? Myślę, że tak.
                        Trzymam dystans. Ile razy próbowałam się do niej zbliżyć, to prędzej, czy później coś tam wycinała i żałowałam.
                        Ale w ogóle mamy sporadyczne kontakty, więc dobrze jej nie znam. Bywa niefajna, ale stara się zachowywać pozory. Z reguły skutecznie :)

                        A skąd taki stosunek? Ja się nie znam :), ale wg mnie to tam doszło do jakiegoś pokręcenie ról - tzn. matka deprecjonowała ojca "tyrana" (tak na prawdę to mi się wydaje, że on raczej potrafi narobić zamieszania, ale realnie nie ma wpływu na jej decyzje) i idealizowała syna, z którego zrobiła sens swojego życia... Coś w tym stylu :) Ma to sens wg Ciebie, uwzględniając cały kontekst?
                        • zuzi.1 Re: A propos (przemoc i terapia) 22.07.13, 11:46
                          Wiesz, Twoja sytuacja jest trochę podobna do mojej, tj. u mnie jest matka męża, która de facto "rządzi" rodziną, ale tak za plecami, po cichu, bo oficjalnie gra słabą i potrzebującą pomocy, syn ma taki trochę ironiczny stosunek do matki (ale to za jej plecami) oficjalnie w jej obecnosci nie odważy się z nią dyskutowac czy wyrażac swoje zdanie, a jeśli już to co najwyżej na tematy polityczne ;) nie osobiste, syn jest nadmiernie posłuszny rodzicom (lata manipulacji "słabej" matki i wychowania w duchu "dzieci i ryby głosu nie mają"), z tego co wiem relacja miedzy matką a mężem od początku małżeństwa raczej słaba, mąż ma niewiele do powiedzenia w domu, to żona kieruje jego zachowaniem i myśleniem, mąż dużo pracujący, często nieobecny w domu, matka przelewa swoją miłosc na syna, idealizuje syna. Z tesciową nie da się wejsc w bliższą relację (próbowałam wielokrotnie), jest osobą mocno zdystansowaną do wszystkich, nie wyrażającą ciepła ani uczuc tzw. "zimna ryba", ma raczej mało przyjazny stosunek do mnie, "zabrałam" jej syna i jeszcze żyję po swojemu, nie przejmując się tym co ona uważa, tj. szanuję jej punkt widzenia, ale mój punkt widzenia w większosci spraw jest odmienny, generalnie pochodzimy z tzw. "innej bajki" ;-)

                          Uwzględniając cały kontekst tego co napisałaś ma to sens. Szukam jakichś punktów wspólnych dla przemocowych mężczyzn i za każdym razem wychodzi mi, że osoba matki jest w tym wszystkim b. ważna i rzutująca na zachowania takiego faceta. Do tego jeszcze słaby kontakt/zdystansowana relacja synowej z tesciową...
                          • kroofka84 Re: A propos (przemoc i terapia) 25.07.13, 12:04
                            Zuzi, a czy Ty pamiętasz tę książkę, którą mi polecałaś (Powrót do swego wewnętrznego domu)?
                            Ogólnie oceniam ją jako umiarkowanie odkrywczą, ale to może dlatego, że już kiedyś przeszłam terapię. I jeszcze interesuję się różnymi metodami pracy z samym sobą.
                            Jednak... :)
                            Trafiłam na fragment opisujący, jak dochodzi do obsadzenia syna w roli quasi męża. I autor tłumaczy, że w takiej sytuacji (nazywa ją, o ile pamiętam "niefizycznym wykorzystaniem seksualnym") dorosły mężczyzna ma nieuświadomiony gniew na matkę za ww. nadużycie i przenosi go na żonę - np. stosując wobec niej przemoc.
                            Pamiętasz ten fragment? Co o nim sądzisz?
                            Inne osoby też oczywiście zachęcam do wyrażania opinii :)

                            I jeszcze...
                            Zastanawiam się, jaki sens (poza tym, że psychologia jako taka może być znakomitą rozrywką intelektualną :P) mają próby zrozumienia mechanizmów kierujących własnym mężem, skoro i tak nie ma opcji wykorzystania tej wiedzy w praktyce. Traktować to jak hobby :) ? No dobrze, mnie takie "zrozumienie" pomaga nie wybuchać. Ale poza tym cienko... Przecież nie wyłożę mu swojej teorii nt. jego matki :D :D :D
                            • zuzi.1 Re: A propos (przemoc i terapia) 25.07.13, 21:36
                              Tak pamiętam ten fragment, pomyślałam wówczas sobie, że może to jest ten przypadek. Ale kto to wie...Myślę, że przeczytam jeszcze jedną książkę, którą polecała yna:Wojciech Eichelberger "Zdradzony przez ojca".

                              A co do zrozumienia mechanizmów kierujących męzem, otóz jego postępowanie wielokrotnie wydawało mi się tak dziwne i kompletnie nie wynikające z moich zachowań, że zaczęłam się po prostu zastanawiac z czego to wynika i co może byc tego rzeczywistą przyczyną i stąd drążenie tematu, czysta ciekawosc...Teorię nt. matki bym chętnie wyłożyła, problem polega jednak na tym, że nie ma pewnosci, która teoria jest tą właściwą ;)

                              • sebalda Re: A propos (przemoc i terapia) 26.07.13, 10:07
                                Ja myślę, że zrozumienie pobudek i uwarunkowań męża ma sens wtedy, gdy ten rokuje i są szanse na to, że przepracuje pewne rzeczy, co pozwoli mu skorygować krzywdzące zachowania, zmienić podejście do żony i dzieci. Gdy natomiast mamy do czynienia z klasycznym przemocowcem, który absolutnie nie pozwala sobie nawet powiedzieć, że ma problem, który niszczy rodzinę, wyżywa się na niej i nieustannie stoi na stanowisku, że on jest ok (najwyżej trochę wybuchowy), ale za wszystko odpowiada żona, która go wiecznie prowokuje, należy wręcz przeciwnie, odciąć się od niego, przestać grzebać w jego zwichrowanej psychice, skupić się wyłącznie na sobie i wzmacnianiu poczucia niezależności i własnych zasobów.
                                Bardzo wiele kobiet tkwi w krzywdzących związkach, latami rozwiązując zagadkę złych zachowań męża i żyjąc nadzieją, że kiedyś uda się go zmienić. Dzieje się to szczególnie w przypadkach klasycznych przemocowców, którzy stosują bardzo wiążące techniki serwowania "miesięcy miodowych". Są wtedy tak cudownymi mężami i ojcami, że wiele kobiet kolejny raz się na to nabiera. Dodając do tego jej wielką potrzebę bycia kochaną i otaczaną troską, mamy cały pakiet związku przemocowiec-ofiara. I ten pakiet można rozerwać tylko przez absolutne odcięcie się od przemocowca. Wtedy każde rozkminianie jego problemów tylko ofiarę na nowo wiąże, uzależnia, odciąga od pracy nad sobą i swoim poczuciem wartości i sprawczości.
                                • kroofka84 Re: A propos (przemoc i terapia) 26.07.13, 10:17
                                  Sebaldo, masz rację - zdecydowanie.

                                  Mój przemocowiec ;) z tych "nietypowych". Tak później jeszcze chwilę myślałam nad tym, co napisałam i wyszło mi, że jednak to rozkminianie pomaga o tyle, że potrafię się odgrodzić jakoś psychicznie od tych jego humorów. Po protu, jak zaczyna, to myślę coś w stylu "znów go naszło, ale przecież to nie ma związku ze mną, tylko z jego historią" i wtedy nie daję się sprowokować. Pewnie że i tak to nic miłego, ale przynajmniej nie dochodzi do awantury.
                                  • sebalda Re: A propos (przemoc i terapia) 26.07.13, 11:01
                                    i wtedy nie daję się sprowokować. Pewnie że i tak to
                                    > nic miłego, ale przynajmniej nie dochodzi do awantury

                                    Dla mnie to błędna ścieżka. Też miałam takie okresy, gdy każdą próbę wywołania awantury przez męża olewałam, nie dawałam się wciągnąć, ucinałam w zarodków, separowałam się skutecznie. Byłam z tego bardzo dumna i zadowolona. Ale po jakimś czasie zauważałam, że to działa tylko na krótką metę, bo a. mąż starał się jeszcze bardziej, żeby mnie sprowokować, dochodziło do eskalacji jego złych zachowań, bo badał, kiedy w końcu nie wytrzymam, często chodził za mną do upadłego, byle tylko wywołać moją reakcję (słynne wyłączanie korków, gdy się zamykałam w łazience;), b. gdy długo wytrzymywałam bez reagowania na jego agresję, to we mnie narastało, kumulowała się niewyrażona złość, czulam wtedy wielki przypływ nienawiści do niego, a to jest uczucie, z którym jest mi źle:( Gdy reagujemy na bieżąco, gdy dajemy odpór atakom, ten ból i złość znajdują ujście, gdy schodzimy im z drogi, jesteśmy niby ponad to, jesteśmy te mądrzejsze, mimo wszystko cierpimy (jak piszesz "to nic miłego") i męczymy się z tymi nieprzepracowanymi uczuciami. Do tego dochodzi ich bezkarność. On się wtedy utwierdza w tym, że może nam nawrzucać, a my i tak nic z tym nie robimy:( Zero ponoszenia konsekwencji.
                                    • kroofka84 Re: A propos (przemoc i terapia) 26.07.13, 12:14
                                      sebalda napisała:


                                      >
                                      > Dla mnie to błędna ścieżka.
                                      Czyli uważasz, że jak facet wykazuje jakiekolwiek zachowania przemocowe, to natychmiast rozwód? Niezależnie od okoliczności?

                                      Też miałam takie okresy, gdy każdą próbę wywołania
                                      > awantury przez męża olewałam,
                                      Ależ ja nie olewam. Sprowadzam go na ziemię, ale spokojnie. Sama się po prostu nie nakręcam. Mówię mu np. że nie będę z nim teraz rozmawiała, że nie będę dyskutowała tym tonem w środku nocy, że widzę - jest wkurzony na coś, ale niech mi po ludzku powie o co mu chodzi, itp. Zależnie od pory dnia i formy czepiania się.

                                      Byłam z tego bardzo dumna i zadowolona.
                                      Ja wiem... Tak, jestem zadowolona, że nie dochodzi do eskalacji kłótni, szczególnie jeśłi mała nie śpi, zdecydowanie jestem zadowolona, ale czy zaraz dumna? Chyba nie ;)

                                      mąż starał się jes
                                      > zcze bardziej, żeby mnie sprowokować, dochodziło do eskalacji jego złych zachow
                                      > ań, bo badał, kiedy w końcu nie wytrzymam, często chodził za mną do upadłego, b
                                      > yle tylko wywołać moją reakcję (słynne wyłączanie korków, gdy się zamykałam w ł
                                      > azience;),
                                      Mój póki co nie szaleje... szczęśliwie... Jakoś zaczyna nawet artykułować, o co chodzi.

                                      Gdy reagujemy na bi
                                      > eżąco, gdy dajemy odpór atakom, ten ból i złość znajdują ujście,
                                      No jasne, że tak.

                                      gdy schodzimy
                                      > im z drogi, jesteśmy niby ponad to,
                                      Tak nie postępuję. Już nie ;)

                                      jesteśmy te mądrzejsze, mimo wszystko cierp
                                      > imy (jak piszesz "to nic miłego") i męczymy się z tymi nieprzepracowanymi uczuc
                                      > iami.
                                      No zaraz, humory drugiej strony w związku nigdy nie są miłe. Nawet jak nie podpadają pod przemoc. A w sytuacji, kiedy pracuje się nad zmianą nawykowych reakcji może nie być łatwo, ale moim zdaniem to nic zaskakującego. I dlaczego zakładasz po raz kolejny, że nie reaguję? Potrafię powiedzieć, że mnie wkurza swoim zachowaniem. Jeśli mnie wkurza. Wg mnie to wystarczające "przepracowanie" emocji. Nie czuję potrzeby doprowadzania do awantury na 4 fajerki, żeby poczuć się jak przepuszczona przez maszynkę do mięsa...

                                      Do tego dochodzi ich bezkarność. \
                                      On wie, że ja poważnie myślałam o rozstaniu i może pamięta, że jak trwale nie zmieni swoich zachowań, to wrócę do tematu.

                                      On się wtedy utwierdza w tym, że może na
                                      > m nawrzucać, a my i tak nic z tym nie robimy:( Zero ponoszenia konsekwencji.

                                      No ja tam nie wiem, ale wg mnie chodzenie na terapię podczas której dowiaduje się też niekoniecznie miłych rzeczy o naszym małżeństwie, których może w 4 ścianach nie chciałam mu mówić, to pewna konsekwencja. Konsekwencją jest też ucinanie rozmowy jeśli zmierza ona w stronę osobistych ataków, a nie rozwiązania problemu. Nie bardzo wiem, jakie jeszcze konsekwencje na obecnym etapie miałabym wyciągać...
                                      • kroofka84 Re: A propos (przemoc i terapia) 26.07.13, 12:23
                                        I jeszcze:
                                        Sebaldo, ogólnie to dzięki za Twoje uwagi :) W sumie to dobrze, jak ktoś przypomina, że przemoc to nie zabawa, niezależnie od formy.
                                        • zuzi.1 Re: A propos (przemoc i terapia) 26.07.13, 12:30
                                          Dokładnie, ale trzeba sobie zdawac sprawę z tego, że są różne natężenia i objawy tej przemocy, zakleżnie od przypadku osoby, która tą przemoc stosuje, od jej charakteru itp. Niektóre przypadki przemocy są b. dużego kalibru, niektóre mniejszego, we wszystkich są "miodowe dni, -mc-e" i momenty zachowań przemocowych. Ale to wszystko jest przemocą, mniejszą lub większą i na to nie można drugiej stronie pozwalac.
                                        • sebalda Re: A propos (przemoc i terapia) 26.07.13, 12:45
                                          Kroofko droga:) Ja pisałam bardzo ogólnie, nie o Tobie i Twoim związku. W pierwszym poście zaznaczyłam, że są dwa typy problemowych facetów: rokujących i nierokujących i uważam, że Twój mąż wygląd raczej na tego pierwszego, o czym świadczy już sama chęć pójścia na terapię i pracowania nad sobą. Ty napisałaś, że nie dajesz się prowokować i bardzo dobrze, po co nakręcać spiralę przemocy. Ja tylko chciałam (znowu ogólnie) uprzedzić, że w niektórych przypadkach to się nie sprawdza (jak w moim, ale i mój jest gorszy i trudniejszy, więc nie ma co porównywać), żeby kobiety, które mają do czynienia z przemocowcem gorszego kalibru nie liczyly, że ich niereagowanie pomoże. Jeśli Twoj mąż nie wybucha ze zdwojoną siłą, gdy Ty nie dajesz się sprowokować, to znowu na plus dla Ciebie, dla niego i dla dziecka, to kolejny dowód, że on jest z tych rokujących:)
                                          Ten wątek potraktowałam trochę jako taki ogólny, uświadamiająco-szkoleniowy też dla innych osób, które spotykają się z różnymi formami przemocy w rodzinie, stąd moje rozważania, których nie bierz do siebie, naprawdę nie musisz się tłumaczyć:)
                                          Bardzo mocno dopinguję, żeby Wam się udało, wierzę, że macie szansę:)
                                          • kroofka84 Re: A propos (przemoc i terapia) 26.07.13, 13:08
                                            Sebaldo :) Masz rację. Ja Twoje słowa wzięłam do siebie. Słusznie zauważyłaś, że to nie całkiem o to chodzi i że jakoś tam próbujemy tu i w innych miejscach naświetlać swoje problemy, ale nie tylko dla siebie.

                                            I dzięki :) Oby się udało. Ech... Czas... tylko czas pokaże (muszę sobie to przypominać ;) )
                              • kroofka84 Re: A propos (przemoc i terapia) 26.07.13, 10:13
                                zuzi.1 napisała:

                                >Myślę, że przeczytam jeszcze jedną książkę, którą polecał
                                > a yna:Wojciech Eichelberger "Zdradzony przez ojca".

                                Ja chyba też się za nią wezmę. Za jakiś czas. Muszę jakąś porządną powieść najpierw przeczytać, dla odmiany :D
                                >
                                Teorię nt. matki
                                > bym chętnie wyłożyła, problem polega jednak na tym, że nie ma pewnosci, która
                                > teoria jest tą właściwą ;)

                                :D :D :D

                                Mój i tak by nie chciał słuchać ;) Ale kij mu w ucho, dobrze że terapeutki słucha :)
                                >
                                • zuzi.1 Re: A propos (przemoc i terapia) 26.07.13, 11:48
                                  Kroofka temat przyczyn przemocowych zachowań zgłębiam wyłącznie dla siebie, dla zrozumienia mechanizmów, które prowadzą do takich zachowań. Nie daję mężowi taryfy ulgowej w związku z tym, że może nieco lepiej rozumiem ew. przyczyny takich zachowań. To droga donikąd. On ma sam sobie z tym poradzic, ja go leczyc/terapeutyzowac nie zamierzam... Tak jak napisałam w innym wątku, na razie facet się stara, panuje nad sobą i swoimi zachowaniami, podczytuje to co wypisuję na forum, unika rozmów na ten temat, myślę, że podobnie kroofko jak Twój mąż, nie był świadomy, że stosuje przemocowe zachowania, w takim duchu został wychowany, więc dla niego to była jego "norma". Moja norma jest inna, w związku z czym jasno wielokrotnie powiedziałam czego oczekuję i jakiego rodzaju zachowania tą moją normę przekraczają i tolerancji na to z mojej strony nie będzie...

                                  Sebaldo zgadzam się w pełni z tym co napisałaś. Twój mąż to jest taki typowy przemocowiec, frustrat, nakręcający się jeszcze bardziej, jakkolwiek by się w stosunku do niego nie postępowało, jak dla mnie typ absolutnie nierokujący, ale rozumiem przyczyny, dla których tkwisz z nim dalej w związku (pisałaś o nich wielokrotnie).
                                  • kroofka84 Re: A propos (przemoc i terapia) 26.07.13, 12:20
                                    zuzi.1 napisała:

                                    > Kroofka temat przyczyn przemocowych zachowań zgłębiam wyłącznie dla siebie, dla
                                    > zrozumienia mechanizmów, które prowadzą do takich zachowań.

                                    Tak jak napisałam w innym wątku, na razie facet się
                                    > stara, panuje nad sobą i swoimi zachowaniami, podczytuje to co wypisuję na for
                                    > um, unika rozmów na ten temat, myślę, że podobnie kroofko jak Twój mąż, nie był
                                    > świadomy, że stosuje przemocowe zachowania, w takim duchu został wychowany, wi
                                    > ęc dla niego to była jego "norma".

                                    Oni naprawdę są podobni... A Ty dawno namierzyłaś problem?
                                    >
                                    • zuzi.1 Re: A propos (przemoc i terapia) 26.07.13, 12:39
                                      W 2011 r. Od tego czasu mam pełną świadomosc z czym mam do czynienia. Wątki na forum i ksiązki mi uświadomiły co to jest. Ale pierwsze było forum i opisywane na nim problemy, a potem przyszły mądre książki ;)
                                • zuzi.1 Re: A propos (przemoc i terapia) 26.07.13, 12:00
                                  kroofka napisała:"Mój i tak by nie chciał słuchać ;) Ale kij mu w ucho, dobrze że terapeutki słucha :)"

                                  Masz rację, dobrze, ze słucha terapeutki. Może za jakiś czas i Ciebie posłucha ze zrozumieniem i nie będzie lekceważyc tego co masz mu do powiedzenia.
                                  Mój już się tyle nasłuchał nt. zachowań własnej matki (tak jak pisałam lubię komunikację wprost i nie zamierzam "owijac w bawełnę" tylko dlatego, że to jego matka), że kolejne teksty przełknie nawet bez mydła ;) Już sobie z żalem do mnie o to poradził i sam z siebie zauważa, gdy matka/rodzice przeginają ze swoimi zachowaniami.
                                  • kroofka84 Re: A propos (przemoc i terapia) 26.07.13, 12:18
                                    zuzi.1 napisała:


                                    >
                                    > Masz rację, dobrze, ze słucha terapeutki. Może za jakiś czas i Ciebie posłucha
                                    > ze zrozumieniem i nie będzie lekceważyc tego co masz mu do powiedzenia.

                                    No inaczej sobie nie wyobrażam. Rozumiem póki co, że na razie jesteśmy "w drodze" do tego celu ;)
                                    I, kurczę, widzę, że czasem wystarczy nawiązać na zasadzie analogii do sytuacji omawianej podczas sesji, a on łapie, że jednak nie miałam złych intencji mówiąc coś tam, albo że to on zachował się nie w porządku.
                                    Efekty są. Pozostaje pytanie jak trwałe... I wg mnie to by mu dobrze zrobiła solidna terapia indywidualna, no ale nie wyskakuję z takim pomysłem. Czekam na rozwój wypadków :)



                                    • zuzi.1 Re: A propos (przemoc i terapia) 26.07.13, 12:25
                                      Myślę, że dobrze postępujesz, tak trzymaj.
    • kroofka84 Re: A propos (przemoc i terapia) 09.08.13, 10:56
      Zastanawia mnie jeszcze jedno - terapia u tej pani jest taka, jakby ukierunkowana na korektę konkretnych zachowań. W ogóle nie wnika w ich motywy/powody. To dla mnie nowość, bo moja terapia indywidualna wyglądała zupełnie inaczej. Zawsze tak jest?

      I nadal widzę efekty. Ciekawe, czy będą trwałe...
      Np. jak - zgodnie z zaleceniem - zaczęliśmy zapisywać wydatki, to okazało się w jakiś magiczny sposób, że - choć mąż twierdził, że nam zawsze brakuje - jednak jakaś mała kwota na koniec miesiąca zostaje.
      I przy okazji pani psycholog bezbłędnie wychwyciła, że nawet przy tym zapisywaniu mąż się miga - tzn. znów ja robię wszystko i pilnuję, żeby było zapisane, a on tak na dobrą sprawę nawet nie wie co zostało tam naniesione. Kazała mu się bardziej udzielać...

      Ogólnie ostatnie spotkanie było jakby bardziej nastawione na zmianę zachowań męża - typu, że jak mamy wspólne zwierzę, to razem o nie dbamy i on nie ma prawa żądać, żebym to wyłącznie ja wypełniała związane z nim obowiązki; że on ma mi nie utrudniać wyjść z domu, bo właśnie jakbym nie chciała wychodzić, to znaczyłoby, że coś jest nie halo i że potrzeba wyjścia z koleżanką, czy nawet samej jest naturalna i normalna i on ma to uszanować.

      Summa summarum mam wrażenie, że psycholożka jakby stawała się dla niego taką osobą, która mu mówi, co jest właściwe, a co nie; gdzie ma rację, czegoś tam oczekując ode mnie, a gdzie nie. I co najlepsze on jej słucha. Bardzo jestem ciekawa, jak to będzie dalej wyglądało. Bo jak dla mnie zachowuje się jak mały chłopiec, który grzecznie słucha mamy. Jak na razie ;) Nadal ma inklinacje, żeby nie sprzątać po sobie, ale jak mu zwrócę uwagę, to bez szemrania bierze się za porządkowanie. Czyli nie widzę - jak dotąd - fundamentalnej zmiany w podejściu do obowiązków domowych, ale zasadniczą zmianę w zachowaniu (nie lekceważy mnie i nie dochodzi do kłótni). I już to usypianie córki na przemian sprawia, że odzyskuję energię (np. na hobby) i nie czuję się taką uwiązaną wyssaną z wszelkich zasobów mamuśką.

      A... mnie pani psycholog zapisała na (wręcz zaleciła mi) spotkania w grupie wsparcia dla kobiet - od września. Tego też jestem b. ciekawa. To będzie dla mnie nowość, ale nastawienie mam jak najbardziej pozytywne.
      • kroofka84 Re: A propos (przemoc i terapia) 09.08.13, 11:20
        I jeszcze taki dialog z wczoraj (w ramach rozrywki ;) ):

        M - Ale tę książkę "Zostać czy odejść" to już możesz oddać do antykwariatu.
        Ja - Tak by się wydawało, ale jeszcze niech poleży na półce. Nie zajmuje dużo miejsca.
      • pade Re: A propos (przemoc i terapia) 09.08.13, 11:27
        Super:)
        Trafiliście na fajnego psychologa.
        A terapia pewnie jest behawioralna, stąd nie wgłebianie się w przyczyny nieprawidłowych zachowań.
        Gratuluję i oby tak dalej:)
        • kroofka84 Re: A propos (przemoc i terapia) 09.08.13, 11:56
          Dzięki :) Szczególnie, za życzenie "oby tak dalej" ;) Oby, oby...
          Babeczka jest naprawdę fajna - taka życiowa.

          Jeszcze jedna ciekawostka. Mąż dostał "pracę domową" na następne spotkanie - umyć wszystkie nasze okna (7) Takie "prace" jakoś dotąd nie kojarzyły mi się z terapią :D
          Chodzi o to, że on się jeszcze kilka lat temu zobowiązał, że mycie okien będzie należało do niego i... zobowiązał się i tyle. Na tym poprzestał. Nawet raz tego nie zrobił!
          • sebalda Re: A propos (przemoc i terapia) 09.08.13, 13:27
            > Chodzi o to, że on się jeszcze kilka lat temu zobowiązał, że mycie okien będzie
            > należało do niego i... zobowiązał się i tyle. Na tym poprzestał. Nawet raz teg
            > o nie zrobił!

            To tak jak mój, gdy kazał mi odprawić Ukrainkę, która za 20 zł (słownie dwadzieścia złotych polskich, mieszkamy poza miastem) sprzątała nam w 3 godziny całą chałupę. No ale on stracił pracę, trzeba było oszczędzać, więc panią odprawiliśmy. A mąż się zobowiązał, że będzie w każdą sobotę pomagał. Pomógł raz. Potem źle się czuł, potem musial jechać do rodziców, potem musiał naprawić spłuczkę, potem się pokłócił ze mną, i tak mijały miesiące i lata. Raz na kilka miesięcy wielkim zrywem odkurzy w salonie i umyje mopem podłoge w salonie i w kuchni. Dobre i to, gdyby tylko odbywało się choć co dwa tygodnie, choć co miesiąc. Ja dużo nie wymagam.
            Kroofko, bardzo się cieszę, że tak dobrze Wam idzie. Macie świetną terapeutkę. A to, że Twój mąż jej słucha, to wielki sukces. Napisz, jak on te okna umyje.
            Pozdrawiam:)
            • kroofka84 Re: A propos (przemoc i terapia) 09.08.13, 14:04
              Napiszę (jak nie umyje to też ;) ).

              I jeszcze mi się przypomniało a propos tej kasy. To akurat jest taki tekst, który wydaje mi się może wyjaśnić, jak to jest z tym terroryzowaniem i kontrolowaniem wydatków.

              Pani powiedziała mniej więcej tak: "Panu się wydaje, że macie za mało pieniędzy, bo pan się kompletnie nie interesuje bieżącymi wydatkami i potrzebami. W konsekwencji ma pan poczucie braku kontroli nad finansami i stąd obawy. [a z tych obaw terroryzowanie - przyp. autorki wątku ;) ]. Proszę albo się włączyć w zarządzanie bieżącymi wydatkami, albo skupić na zarabianiu, a żona niech zarządza pieniędzmi. To też jest jakieś wyjście, ale w takiej sytuacji niech pan zda się na nią [i nie czepia - jw :P]".
              • sebalda Re: A propos (przemoc i terapia) 09.08.13, 14:25
                Kroofka, gdzie Ty masz tę terapeutkę? Jak w Warszawie, dasz namiar na priva? Bardzo mi się podoba jej podejście. Takie racjonalne, sensowne, praktyczne. Żadne pitu, pitu:)))
                Mnie się już nie przyda, bo to i tak beznadziejna sprawa, ale znam tyle młodszych dziewczyn z facetami, którzy być może rokują, że warto mieć taki namiar. To państwowa terapia czy prywatna, bo nie pamiętam, czy pisałaś.
                • kroofka84 Re: A propos (przemoc i terapia) 09.08.13, 14:47
                  Państwowa, ale nie w Warszawie.
                  • kroofka84 Re: A propos (przemoc i terapia) 09.08.13, 14:54
                    Sebaldo, a Ty już naprawdę wszystkiego próbowałaś? Bo smutno się czyta, że już nie widzisz szans na poprawę sytuacji...
                    • sebalda Re: A propos (przemoc i terapia) 09.08.13, 15:27
                      kroofka84 napisała:

                      > Sebaldo, a Ty już naprawdę wszystkiego próbowałaś? Bo smutno się czyta, że już
                      > nie widzisz szans na poprawę sytuacji...

                      Wiesz, jak się tak próbuje przez 25 lat, chwyta się każdego sposobu i nic nie działa, to już się nie ma nadziei. U mnie to nie tylko nazywanie prośby o współpracę w domu "terrorem prac domowych", nazywanie troski o dzieci "kultem dzieci", ale cała masa innych, bardzo dotkliwych działań przeciwko mnie. Od lajtowych, typu awantura o nic i foch na tydzień, mimo że to on mnie obraził najgorszymi słowami, po szarpanie, ganianie po domu, szantaż emocjonalny, wieczną huśtawkę nastrojów i wiele innych "atrakcji". Do tego zero autorefleksji. Wszystkiemu jestem winna ja, bo go prowokuję. To co tu mówić o naprawie, jak przecież to nie on winien? Szkoda słów.
                      • kroofka84 Re: A propos (przemoc i terapia) 09.08.13, 16:02
                        sebalda napisała:


                        > Wiesz, jak się tak próbuje przez 25 lat, chwyta się każdego sposobu i nic nie d
                        > ziała, to już się nie ma nadziei.

                        Bardzo Ci współczuję :(
                        Czyli pozostaje się skupić na sobie i dzieciach... Bo rzeczywiście... Brak słów :(
                  • zuzi.1 Re: A propos (przemoc i terapia) 09.08.13, 14:59
                    kroofka po tym co napisałaś, powiem że BARDZO mi się to wszystko podoba, pani terapeutka super życiowa osoba, bardzo się cieszę, oby tak dalej, ta pani tak jakby trochę "wychowuje" Twojego męża od podstaw, czego nie zrobiła matka, pośrednio zrobi ona, dobrze, że facet słucha co do niego mówi i się do rad stosuje, wygląda to wszystko nadzwyczaj dobrze, tak trzymaj kroofka ps. a tekst na temat książki super ;-))) jak to się mówi: "nie chwalmy dnia przed zachodem słońca..." pozdrawiam i czekamy na cd.
                    • sebalda Re: Namiary 09.08.13, 15:44
                      Kroofko, póki co dziękuję, jakby się ktoś zgłosił, to się odezwę:)
    • kroofka84 Re: A propos (przemoc i terapia) 18.08.13, 10:09
      2 okna umyte...
      Listą wydatków szanowny pan mąż się nadal nie interesuje...
      Z "kwiatków" wczoraj usłyszałam, że "błędnie czuję"! Tym razem to ja wyszłam z domu w związku z kłótnią (na mały rajd po sklepach - nawet udany ;) ). A jak wróciłam mąż do rany przyłóż.

      Nadal jest zdecydowanie lepiej i nawet przyznał, że przegiął z tym powyższym stwierdzeniem. Jednak chyba nigdy tak na dobre nie ustąpi z pozycji ja-wiem-lepiej :/
      Chociaż muszę przyznać, że odkąd uciął chamskie docinki i wykpiwanie oraz hamuje się w razie kłótni (są zdecydowanie (!) rzadziej) to na co dzień żyje nam się całkiem fajnie.
      Ale te pozostałe 5 okien same się raczej nie umyje - tak przypuszczam... Poczekamy, zobaczymy...

      Coś czuję, że równorzędnym partnerem, takim nowoczesnym w pełnym sensie tego słowa to on nigdy nie będzie... Jednak z tym co teraz jest już jest całkiem nieźle. Tzn. oprócz oczywistych wad, mój mąż ma też kilka zalet, które bardzo cenię, a które wtedy, gdy tak źle się do mnie odnosił właściwie się dla mnie nie liczyły. Czyli co pozostaje zaakceptować to, że nie dotrzymuje słowa w sprawach związanych z prowadzeniem domu (jak to mycie okien, czy zabranie agd do serwisu)? Sama nie wiem, co z tym dalej zrobić i czy coś się w ogóle da :/

      To taki mały raport z frontu ;)
      • zuzi.1 Re: A propos (przemoc i terapia) 19.08.13, 17:17
        kroofka, wydaje mi się, że w takim przypadku to pozostaje Ci tylko konsekwencja, tj. zrobic listę co ma do zrobienia on a co Ty, kiedy/ile razy w roku powinno to byc zrobione i trzymanie się tej listy i nie branie odpowiedzialnosci za to, co nalezy do męża, nawet, gdyby te okna miały byc nieumyte i 3 lata, jeżeli odpuscisz w tej sprawie, to za chwilę on nie wywiąże się z kolejnych spraw, które za jakiś czas znowu TY będziesz musiała ZA NIEGO wykonac, to jest droga donikąd IMO. I szanuj się, pilnuj swoich granic, zwracaj uwagę na brak szacunku i brak współpracy z jego strony, wymagaj i konsekwencja non stop.
        • kroofka84 Re: A propos (przemoc i terapia) 19.08.13, 18:52
          zuzi.1 napisała:

          > pozostaje Ci tylko konsekwencja
          > , tj. zrobic listę co ma do zrobienia on a co Ty, kiedy/ile razy w roku powinno
          > to byc zrobione i trzymanie się tej listy
          Tak właśnie zrobię - i powieszę na lodówce.
        • zuzi.1 Re: A propos (przemoc i terapia) 19.08.13, 23:13
          w sprawie agd spróbuj sposobem, gdy prosby nie pomagają ;-) : powiedz mężowi, że rozmawiałaś już z sąsiadem, który obiecał Ci, że Ci sam pomoże przewiezc ten sprzęt do punktu napraw, gdy mu będziesz o tym opowiadała, to rozpływaj się w zachwytach nad kulturą osobistą i świetnym wyglądem sąsiada, miłym uśmiechem i świetną sylwetką, pomlaskaj sobie przy tych opowiesciach ;))) i na koniec powiedz, że nie wiedziałaś, że taki fajny sąsiad mieszka tak blisko Was i że taki jest pomocny, powiedz, że następnym razem też go poprosisz o pomoc, gdy mąż nie będzie miał na to czasu, gdy tylko spotkasz sąsiada w towarzystwie męża uśmiechaj się do niego z daleka hollywódzkim uśmiechem i odwracaj się za nim jeszcze wciąż uśmiechając się i pozdrawiając go, może ten sposób zadziała ;) czego Ci życzę ;-) a listę spraw do zrobienia zalakuj, żeby przetrwała długo na tej lodówce, wczesniej daj mu do wyboru co woli zrobic z tej listy ;) i wymagaj wywiązywania się z ustalen, pokazuj listę, zaznaczaj z czego Ty się wywiązałas.
          • kroofka84 Re: A propos (przemoc i terapia) 20.08.13, 10:33
            Numer z sąsiadem nie przejdzie. On sam sobie wkręca takie akcje (kiedyś z hydraulikiem) i poza gderaniem nic dobrego z tego nie wynika ;)
            Mam lepszy sposób: kupie nowe (chodzi o mikser, wiec wydatek do przełknięcia), a ponieważ on ma alergię na "zbędne" zakupy, to może następnym razem znajdzie więcej motywacji, żeby się wybrać do serwisu.
            Ja nawet zawiozłabym ten mikser sama, gdyby nie to że się zobowiązał. No nie zawiozę - dla zasady :)
            Pomysł z zalakowaniem - genialny! :D
    • kroofka84 zuzi 28.08.13, 13:04
      Czy Ty też doświadczałaś takiej huśtawki nastrojów, że jednego dnia, czujesz się ok, bo masz poczucie, że rozgryzłaś problem i jakoś dasz sobie z nim radę. A drugiego że jednak zostawisz to wszystko w diabły, a następnego że jednak nie czujesz się na siłach zostawiać w diabły (bo przecież nie bije i nie pije i na rodzinę łoży ;) ), a jednak pan mąż jest nie do zmienienia (tak dogłębnie)?

      Bo ja ostatnio tak mam i już sama nie wiem, czy to typowy przejściowy objaw, czy mam powód do zmartwienia...

      Jak sądzisz?

      Oczywiście opinie innych osób też są mile widziane :)

      Ps. Okna czekają nadal i mikser też ;)
      • pade Re: zuzi 28.08.13, 13:24
        Nie jesteś jedyna:), niestety...
        Ktoś mi ostatnio uświadomił, że zbyt duże oczekiwania co do terapii i tempa zmian, mogą spowodować nasilenie się rozgoryczenia, żalu i innych emocji, które wcześniej były tłumione nadzieją. A ja doszlam w związku z powyższym, do konkluzji, że z terapią, czy pracą nad sobą, jest jak z rozwojem dziecka, postępuje skokowo, długo, długo nic, aż tracimy cierpliwość, frustrujemy się, a potem jest duża zmiana, na plus.
        Czasem jest regres, mocno nieprzyjemny, frustrujący, a potem powolne wychodzenie na prostą...
        Chyba trzeba odrobinę skorygować oczekiwania, po prostu:)
      • zuzi.1 Re: zuzi 28.08.13, 13:34
        Kiedyś też, teraz raczej rzadko bo mój mąż współpracuje, zmiany są duże, ale wiem, że dogłębne zmiany w nim samym będą możliwe JEDYNIE pod warunkiem przejscia przez niego terapii indywidualnej dla DDD a potem ew. terapii małżeńskiej, do tego dążę, teraz podsuwam mu książki do czytania typu "życ w rodzinie i przetrwac" czyli od lekkich mówiących o całych tych mechanizmach psych. i zamierzam dojsc do najcięzszych dla niego typu "toksyczni rodzice" i "powrót do swego wewn. domu", chcę z nim pogadac o tym co on sądzi o tym wszystkim, ale chcę żeby miał jakąś wiedzę na ten temat, żeby można z nim było porozmawiac na te tematy, a potem będę dązyc do zachęcenia go do terapii. O oknach i mikserze przypominaj mu co jakiś czas, że się zobowiązał do zrobienia tego. Ew. gdyby Cię o coś poprosił o pomoc, coś z poważniejszych tematów, to możesz mu powiedziec, że owszem chętnie mu pomożesz, ale gdy wywiąże się ze swoich obiecanych obowiązków, bo nie może byc tak, że tylko jedna strona współpracuje, szuka, pracuje nad zmianami i pomaga, a druga jest w pełni bierna...
        • kroofka84 Re: zuzi 28.08.13, 14:40
          Dzięki, dziewczyny :) To zawsze jakaś pociecha - że nie tylko ja mam takie perypetie. Oby mój mąż też dojrzał do tej współpracy... Kiedyś. No jeśli nie może tak już teraz zaraz ;)
    • kroofka84 Re: A propos (przemoc i terapia) 10.09.13, 13:25
      Ufff...
      Po chwilowym spadku formy i napadzie braku wiary w powodzenie przedsięwzięcia wróciłam do siebie.
      Mam nawet sporo nowych pomysłów i energii, co czułam ostatnio przed ciążą czyli ponad 5 lat temu.

      I niestety mam poczucie, że tylko zamordyzm skutkuje :D
      Tzn. taki z lekka polukrowany. Staram się nie przeobrazić w heterę, ale widzę, że najlepsze efekty osiągam artykułując głośno, wyraźnie i krótko, ale bez emocji (!), o co mi chodzi i czego w danym momencie oczekuję.
      Może z czasem wejdzie mu w krew, że nie należy zostawiać brudnych skarpet na środku sypialni, itp? Jak sądzicie, bardziej doświadczone koleżanki? ;)
      Czy już zawszę będę jedynym "strażnikiem" porządku?

      Co najważniejsze nie przeżywam już tak mocno tych mężowskich wpadek i fochów. Jakbym się uodporniała... powoli ;) Dotarło też do mnie, że jego punkt widzenia nie jest jedynym możliwym i często bywa niesłuszny (przynajmniej z mojej perspektywy), a ja mam prawo mieć inne zdanie (także na temat np. wydawania zarobionych "własnymi rękami" pieniędzy ;) ). Powoli nawet zaczynam się dziwić, że wcześniej tego wszystkiego nie dostrzegałam i z jakichś tajemniczych przyczyn uważałam, że on jest mądrzejszy. A może chciałam tak uważać, bo dzięki temu za pewne decyzje nie brałam odpowiedzialności? Sama nie wiem, co o tym wszystkim myśleć, ale zdecydowanie mi lepiej :)

      Postanowiłam przeorganizować garderobę i kuchnię oraz zacząć naukę nowego języka. To o czymś świadczy? ;)
      • ferrod Re: A propos (przemoc i terapia) 10.09.13, 13:43
        > Dotarło też do mnie, że jego punkt widzenia
        > nie jest jedynym możliwym
        i często bywa niesłuszny
        > a ja mam prawo mieć inne zdanie
        > Powoli nawet zaczynam się dziwić, że wcześ
        > niej tego wszystkiego nie dostrzegałam i z jakichś tajemniczych przyczyn uważał
        > am, że on jest mądrzejszy. A może chciałam tak uważać, bo dzięki temu za pewne
        > decyzje nie brałam odpowiedzialności
        ? Sama nie wiem, co o tym wszystkim myśleć,
        > ale zdecydowanie mi lepiej :)


        Gratuluję , że zaczęłas się zachowywac normalnie :)
        Bo najważniejsza w tym wszystkim jest Twoja wlasna samoświadomośc i odwaga życie i odwaga podejmowania samodzielnych decyzji.
        I własnie to, że jeśli nie zgłosisz się sama na ofiarę (jestem głupsza, mniej się znam, on wie lepiej jak to zrobić, itd) to i "przemocowiec" nie będzie miał szans na rozwinięcie się.
        Bo teraz to juz nie jest takie ważne czy wy razem ze soba będziecie. Masz prawo stwierdzić (i on też) że nie macie ochoty byc w tym związku. Ale mając świadomość tych emocjonalno-psychologicznych schematów w jakie weszliście, i ty, i on, już nie dasz się stłamsić zniszczyć. I tym samym, nie wykończycie emocjonalnie dzieci.
        Jeszcze dużo pracy przed Tobą (nie nad nim - ale nad sama sobą, nad stawianiem granic, nad spokojną nieagresywna komunikacją, i dużo pracy dla niego nad sobą jesli tą pracę zechce wykonać) ale gratulują, że zaczęlaś zmiany. To wielkie!
      • zuzi.1 Re: A propos (przemoc i terapia) 10.09.13, 20:02
        kroofka, Ty się po prostu z mgły wyłaniasz, brawo, właśnie rodzi się nowa kroofka ;)
        tak trzymaj, a mój sposób na skarpetki zapewne znasz ;) pozdrowienia, zuzi.1
    • zawiedziona88 Re: A propos (przemoc i terapia) 18.09.13, 06:02
      mam pytanie, jak udało ci się namówić męża na terapie??
      koleżanka ma podobny problem i nie wie co robić,
      • kroofka84 Re: A propos (przemoc i terapia) 18.09.13, 09:28
        Mój mąż chyba wyczuł, że serio rozważam odejście. Właściwie to nie musiałam go specjalnie namawiać. Musiałam nas tylko umówić na spotkanie. Najbardziej wystraszył się tej książki "Zostać czy odejść", choć szczerze mówiąc wcale nie zależało mi, żeby zobaczył tytuł. Tak wyszło :)

        A poza tym to ostatnio pani terapeutka oświeciła mnie, że mam problem ze współuzależnieniem. Tzn. już teraz nad tym pracuję - od jakiegoś czasu, nawet przed terapią, choć wówczas nie umiałam tego nazwać. Jednak przez całe lata nawet nie przypuszczałam, że coś takiego może mnie dotyczyć:
        www.psychologia.edu.pl/czytelnia/63-terapia-uzalenienia-i-wspouzalenienia/336-syndrom-wspoluzaleznienia.html
        No i po raz kolejny przegadaliśmy jego postępowanie i znów zachowuje się b. fajnie. Może kiedyś zapamięta na dobre, że gburowatość nie popłaca... ;)
Pełna wersja