ripperana2
11.11.13, 18:26
Na wstępie zaznaczam, że przyszłam się wyżalić i wygadać. Wyżalić, bo od jakiegoś czasu źle się u mnie (nas) dzieje, ale ostatnio problemy jeszcze bardziej się nasiliły. Mam już 42 lata. Jestem w 4 miesiącu ciąży. Ciąża nie była planowana, bardziej wpadka, chociaż (mimo niezbyt młodego wieku) nawet się ucieszyłam. Teraz widzę, że utrzymywanie tej ciąży nie było dobrym pomysłem. Odkąd ciąża wyszła na jaw, nie dogaduję się z mężem. Non stop się kłócimy, dogaduje mi, że nic nie robie (co nie jest prawdą: i sprzątam, i pracuję, normalnie funkcjonuję, mimo ciąży nie zrezygnowałam z niczego), mówi, że jestem głupia, skoro w tym wieku chce rodzić, że pewnie to nie jego dziecko i słowa w podobny deseń. Te ostatnie szczególnie mnie bolą, i nie mam pojęcia, czemu mąż nagle, ni stąd, i ni zowąd, stawia mi takie zarzuty. Staram się lekceważyć, ignorować, nie zwracać na to uwagi, ale czasem po prostu się nie da siedzieć cicho. Jakakolwiek, chociaż najdrobniejsza pomoc ze strony męża? Mogę zapomnieć, Kiedyś dzieliliśmy się sprzątaniem, teraz dla niego nawet wyrzucenie śmieci czy nastawienie pralki to problem. Jeżeli cos już robi, to wręcz z łaską. W wolne dni potrafi przesiedzieć cały dzień w garażu, wyjść gdzieś ze swoimi kumplami, do domu wraca dopiero na wieczór.
Do tego dochodzą problemy z naszym dorosłym, 20-letnim synem. Mimo że syn jest pełnoletni, nie robi nic: nie pracuje, nie uczy się. Po maturze poszedł na Akademię morską, ale po 3 miesiącach zrezygnował. Od tego czasu nic, zero. Nawet nie próbował zmienić szkoły na inną. Nie próbował szukać żadnej pracy. Natomiast ma inne, przeróżne problemy. Niestety, to się tez odbija na nas wszystkich. Już kilkakrotnie był zatrzymywany przez policję. Ostatnio kogoś pobił, ukradł coś ze sklepu. Już staram się nie zwracać uwagi, że regularnie wraca do domu ujarany marychą, chociaż trafia mnie szlag i on dobrze o tym wie. Jednak i tak najgorsze wczoraj: został po raz kolejny zatrzymany, tym razem za to, że się rzucił na policjanta. I co jakiś czas pojawiają się takie kwiatki. Nie mam siły. Po prostu mi jej brak. Mąż mówi, że powinniśmy wreszcie kopnąć syna w tyłek, i niech radzi sobie sam. Ja nie wiem, co robić. Tak po prostu, zwyczajnie nie wiem.
Jest u nas źle. I w moich relacjach z mężem, i z synem (który wcześniej takich wyskoków nie miał), do tego teraz jeszcze dochodzi ciąża. Za kilka miesięcy urodzi się dziecko, a u nas istny cyrk: takie określenie przychodzi mi na to wszystko. Sama powoli nie ogarniam i całego domu, i pracy, i wszystkiego wokół. Z synem też nie mam się już siły kłócić. Jak tak dalej pójdzie, to obawiam się, że syn w końcu wyląduje w więzieniu. Stosunek męża i do mnie, i do ciąży: taki, jak opisałam wcześniej.
Może marudzę, może narzekam. Chciałam się wygadać, potrzebowałam tego chociaż na trochę. Co dalej robić? Jak to wszystko poukładać? Co z mężem, co ze starszym synem? Co będzie, jak się dziecko urodzi, a mąż będzie miał takie podejście, jak teraz? Nic nie wiem.