1noga.od.stolu
28.11.13, 15:32
Nie wiem naprawdę od czego mam zacząć!Czytam wasze forum około roku i już pare razy próbowałam wyrzucić ten problem z siebie, problem, który mnie gniecie większość mojego życia...ale wycofywałam się. Uprzedzam,że będzie długie, ale w pierwszym poście chcę zawrzeć jak najwięcej informacji. Mam ogromy chaos w głowie, mnóstwo sprzecznych uczuć, począwszy od winy skończywszy na chyba już nienawiści.
Jestem 30-parolatką, mam męża, dziecko w wieku przedszkolnym.NIe mieszkamy z rodzicami, ale w tym samym mieście. Jestem drugim, późnym dzieckiem moich rodziców, z tzw.wpadki małżeńskiej.
Mama to osoba odkąd pamiętam chora na depresję, zaburzona, uwielbiająca "chorować i leczyć się". Moje dzieciństwo i dorastanie spędziłam w otoczce wiecznej choroby mamy,wizyt lekarskich, tonach wykupowanych i spożywanych leków, następnie na przemocy i szantażach emocjonalnych, czasami fizycznych, wiecznym wstydzie przed znajomymi z powodu sytuacji rodzinnej, braku pieniędzy, itp. Często wywnętrzała się nade mną z byle powodu, ubliżała, rzadko, ale zdarzało się, że obrywałam po gębie, nawet w obecności obcych ludzi, bo akurat miała taką fazę a ja odezwałam się nie tak jak oczekiwała. Byłam znerwicowanym dzieckiem, wycofanym, nieśmiałym, ale bardzo dobrze się uczyłam, byłam zdolna.Nie miałam wielu znajomych, zresztą koleżanki które zaczynały mnie odwiedzać, szybko się wycofywały, bo kto by chciał zbierać obelgi od nieswojej matki i wysłuchiwać epitetów pod adresem moim i koleżanek i patrzeć, jak mnie leje po gębie. Poza tym, to szybko potem wędrowało po okolicy, więc wiadomo, jak byłam postrzegana.
Gdy zaczęłam dorastać przestałam sobie radzić emocjonalnie z tym wszystkim. Mimo, że mam cudownego tatę, który był jeszcze wówczas niesamowicie spokojnym człowiekiem, ciepłym i wyrozumiałym, pracującym pomimo swojej choroby i renty dodatkowo na 2 etaty, żeby tylko połatać jakoś te dziury i zapewnić jakiś poziom życia. Wtedy zaczęłam się buntować przeciwko zachowaniu mamy, zaczęłam pojmować, że wieczne chorowanie mamy, to już nie tylko depresja i nerwica, ale też lekomania i hipochondria. Dodam, że przez te ponad 25 lat mama leczy się psychiatrycznie, a poza tym u wielu, wielu innych specjalistów. Więc często leki dublowały się, zresztą ona zawsze świetnie manipulowała lekarzami i nami. Nawet do psychiatrów jednocześnie potrafiła chodzić do 2-3, aby tylko miała lekarstwa na te leki.
Gdy nadarzała się okazja z tatą robiliśmy czystki, co oznaczało wywalenie leków które zalegały i w danej chwili nie były zapisywane przez lekarza, żeby ich nie podjadała. Czasem były to 2-3 wielkie reklamówki! I zaczęły się awantury pomiędzy mną a mamą, krzyki.
Zapomniałam dodać, że zapożyczała się lub wyprzedawała kosztowności, żeby tylko mieć pieniądze na lekarstwa (sprzedała np. piękny złoty pierścionek, który podarował jej tata z okazji moich narodzin, obrączki), podbierała mi pieniądze z kieszonkowego, miała długi w aptekach, w sklepach, u sąsiadów. Było mi wtedy okropnie wstyd przed ludźmi.
Nie byłam bez winy- wiem to- też czasem podniosłam na nią rękę, przeważnie w samoobronie lub doprowadzona do furii. Więc leciały w moim kierunku wyzwiska, typu k.wa, su.a, że zmarnowałam jej życie, że to przeze mnie ona tak cierpi, że przecież mogła mnie usunąć, że idzie się zabić, urządzała przedstawienia, typu otwieranie okna, że niby będzie skakać, itp.
Były kilkakrotne hospitalizacje psychiatryczne, których mama unikała jak ognia, bo wiedziała, że tam zabiorą jej te torby leków i sami będą je wydzielać i ustawiać na nowo. Po takim szpitalu ze 2-3 jakoś to funkcjonowało, a potem na nowo i tak trwa do dziś. Bywałam z mamą u wielu psychiatrów przez ten czas, nikt z nich nie potrafił postawić precyzyjnej diagnozy jeśli chodzi o zaburzenia osobowości, a mama skutecznie i konsekwentnie odmawiała psychoterapii, nie godziła się na rozmowy z psychologiem, a jeśli w szpitalu ją zmuszano, to nie współpracowała. Pewnie jest coś co ją gnębi, lecz nikt nie był w stanie się dowiedzieć co to takiego. Jej ostatnia diagnoza to CHAD+zaburzenia osobowości nieokreślone+uzależnienie od substancji psychoaktywnych.
Zawsze marzyłam, żeby wyprowadzić się z tego piekła, tak jak zrobił to brat zaraz po szkole podstawowe (internat, wojsko, praca, małżeństwo) i uciec z tego miasta jak najdalej. Do szkoły średniej musiałam chodzić w miejscu zamieszkania, na studia jeździłam zaocznie, bo nie było pieniedzy na moje dzienne utrzymanie, tak więc studia jedne kończyłam pracując i mieszkając z nimi. Tata już sam poważniej zachorował, wiec nie mógł dorobić do swojej renty. Potem wyszłam za mąż, wyprowadziliśmy się na swoje, niestety znowu w tym mieście, pomimo prób szukania pracy w innym miejscu Polski. Potem urodziło się dziecko. Tak więc tutaj zapuściliśmy korzenie.
W ostatnim czasie parę temu był ostatni szpital psych, poprzedzony próbą samobójczą mamy- zatrucie lekami. Przeszła na oddziale odtrucie od jednej grupy leków. Osobiście wraz z tatą zadbaliśmy, aby karty wypisowe z zaleceniami nie przepisywania tych leków dotarły do jej potencjalnych lekarzy. Co myśmy przeżyli przez te czas pobytu w szpitalu, to nasze. Codzinne telefony od mamy, z różnych nr telefonów, żebyśmy tylko odbierali. Prośby o wypisanie jej z oddziału, bo ona nie jest chora psychicznie, i że obiecuje poprawę i będzie się leczyła w domu i nie podjadała leków. Po naszych odmowach leciały już wyzwiska, znane mi doskonale... a na końcu groźby, że jak wróci to nas pozabija (też już przywykliśmy, choć czasami jej groźby były prawdziwe, sięgała po ostre narzędzia, ale wówczas uspokajało ją branie telefonu do ręki i rzekome dzwonienie po karetkę).
Bardzo to wtedy przeżyłam, bo mieliśmy malutkie dziecko a mężem możemy liczyć w kwestii opieki nad dzieckiem tylko na siebie lub płatną opiekunkę.Co pare dni podróże do szpitala, wieczne telefony z groźbami, emocje, nieprzespane noce, w dzień praca, po pracy dziecko lub wyjazd do szpitala i tak prawie 2 m-ce. Od tamtej pory jestem kłębkiem nerwów. Zawsze byłam nerwowa, ale teraz nie umiem sobie poradzić ze swoimi lękami, drobne problemy w domu i pracy zaczynają mnie przerastać. Swoje stany przelewam na męża i dziecko, często krzyczę, nie umiem się opanować. To pogłębia jeszcze fakt, że moja mama z miesiąca na miesiąc podupada na zdrowiu (serce, nerki, z trudem porusza się o własnych siłach). Na razie na co dzień opiekuje się nią tata, który już też jest wiekowy i sam coraz gorzej to znosi i potrzebuje wsparcia. Oczywiście jak tylko jest potrzeba, to jestem do ich dyspozycji, podwożę do lekarza, do szpitala, przychodzę od czasu do czasu ogarnąć mieszkanie.
Ostatnio tata sam był w szpitalu, tak więc przez ten czas prowadziłam dwa domy, pracowałam, opiekowałam się dzieckiem. I pomimo, że dla wielu z was to nic nadzwyczajnego, mnie to przerosło! Co dzień wracałam wypompowana od mamy, nie fizycznie, lecz psychicznie.
Za wskazówkami niektórych z was z innych wątków,przeczytałam książkę - Toksyczni rodzice.Czytałam ją i płakałam, przecież ona była o mnie! O tym, że moja mama jest toksyczna, że jest uzależniona od leków, a my razem z nią! Postanowiłam, przeprowadzić z nią konfrontację.Powiedziałam co mam powiedzieć, a ona nawet nie zaprzeczyła. Tylko prosiła mnie ze łzami w oczach, żebym już przestała, bo ona nie chce tego słuchać. Pomyślałam wtedy, może jakoś to do niej dotarło. Po czym nazajutrz już było tak jak zawsze, czyli nie obyło się oczywiście bez ubliżania, manipulacji, kłamstw, nawet pomimo braku sił,potrafiła mi grozić.
Myślałam, że ta książka w czymś mi pomoże wewnętrznie, poukładać ten bałagan w głowie, że będzie to coś na wzór autoterapii, ale jest chyba gorzej niż było. Zaczynam poważnie myśleć o terapii takiej tradycyjnej dla siebie, tylko, że jak zwykle czasu i pieniędzy też bez nadmiaru.