mmmmmichal
06.01.14, 00:42
… ale jakoś brakuje mi determinacji lub odwagi albo obu rzeczy na raz.
W sumie to piszę to raczej, żeby poukładać to wszystko w głowie niż oczekując jakiejś porady.
Muszę przyznać, że do pewnego okresu miałem łatwe życie. W zasadzie bardziej kierując się instynktem niż głową podejmowałem różne, czasami dość ryzykowane decyzje i zawsze okazywało się później, że poszedłem we właściwą stronę. Dzięki determinacji i jasno zdefiniowanemu celowi skończyłem też dobre studia, które pomogły mi później znaleźć bardzo dobrą pracę. Systematycznie piąłem się po szczeblach kariery, co przekładało się na coraz lepsze wynagrodzenie. Pracowałem ciężko, często w warunkach stresu, ale lubiłem to, ponieważ dokładnie to chciałem w życiu robić. Dodatkowo spore wynagrodzenie pozwoliło mi kupić nowy, dobry samochód, duże mieszkanie. Stać mnie było na większość rzeczy, które zapragnąłem mieć. Mimo wymagającej pracy miałem wystarczająco dużo czasu na relaks, rozwijanie innych zainteresowań, spotkania ze znajomymi itd.
Z kobietami też nie miałem specjalnych problemów. Nawet, kiedy jeszcze chodziłem do podstawówki. Czasem było prosto, czasem trudniej, ale zawsze udawało mi się zdobyć dziewczynę, jeśli tylko bardzo mi się podobała. Byłem w kilku związkach. Czasem dłuższych, czasem krótszych niemniej jednak zawsze to ja je kończyłem.
Po jakimś czasie spotkałem kolejną dziewczynę. Wydawało mi się wówczas, że to ta, że się w niej zakochałem. Zamieszkaliśmy u mnie. Miała wady, ale myślałem wtedy, że są na tyle nieistotne, iż jestem w stanie je zaakceptować. Zresztą, każdy ma jakieś. Poza tym, ze względu na charakter jej pracy przynajmniej 1-2 dni w tygodniu nie było jej w domu przez całą noc i dzień. Mieliśmy czas od siebie odpocząć.
Po roku, zacząłem coraz więcej pracować. Kariera rozkręcała się coraz bardziej. Z drugiej strony moja przyszła żona, zaczęła coraz bardziej naciskać na sformalizowanie związku. Nie miałem na to jakiejś wielkiej ochoty – było mi dobrze tak jak jest. Z drugiej strony coraz więcej moich znajomych wstępowało w związki małżeńskie, rodzice też wspominali, że już czas. W końcu postawiła sprawę na ostrzu noża: albo idziemy krok dalej albo się rozchodzimy. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że spory wpływ miał na to ślub i ciąża jej młodszej siostry. I wówczas popełniłem pierwszy błąd. Pomimo tego, że nie byłem do tego specjalnie przekonany zgodziłem się na ślub. Ale tylko cywilny – instynkt… Minął kolejny rok. W sumie niewiele się zmieniło poza tym, że zacząłem w niej widzieć coraz więcej wad. Również fizycznych – przestała np. tak dbać o siebie jak przed ślubem. Miało to negatywny wpływ na seks. Zaczęły się też coraz częstsze kłótnie.
Zamiast zająć się problemem, coraz bardziej koncentrowałem się na pracy. Żona natomiast zaczęła myśleć o dziecku. Jej siostra urodziła, wiele naszych znajomych par również. Starałem się jak mogłem, żeby się wykręcić od ich odwiedzania. Nie mogła nie zauważyć, że nie przepadam za dziećmi. Rozmowy o pieluchach, wózkach itd. nie specjalnie mnie interesowały. A szkoda, być może gdybym się wówczas tym zainteresował nie skomplikowałbym sobie życia jeszcze bardziej.
Zaczęła mnie namawiać na dziecko. Nie chciałem, mówiłem żeby zaczekała jeszcze. Ona na to, że robi się coraz starsza. Po jakimś czasie oświadczyła, że przestaje brać tabletki. Przyjąłem to do wiadomości – i tak seks uprawialiśmy coraz rzadziej. Podświadomie liczyłem się z tym, że w końcu zajdzie w ciąże, ale starałem się o tym nie myśleć. Po jakimś czasie stało się.
W pierwszym miesiącu załatwiła sobie L4 na kolejne osiem miesięcy. Nie było żadnego zagrożenia ciąży, ale ponieważ miała taką możliwość poszła na zwolnienie. Teraz widywaliśmy się codziennie i coraz częściej wybuchały kłótnie. Wolałem już siedzieć dłużej w pracy niż wracać do domu. Żeby tylko, chociaż trochę odpocząć od tego.
Poród. Bez problemów. Dziecko zdrowe. Dziewczynka. Po powrocie do domu zaczął się horror. Brak możliwości odpoczynku po robocie i w weekendy, nieprzespane noce, pieluchy dymanie z wózkiem na spacerki. Kompletnie brak czasu dla siebie. Po 6 miesiącach żona też już miała dość, wiec wróciła do pracy, a dzieckiem w dzień opiekowała się opiekunka.
Teraz córka ma 6 lat. Nie sra już w pieluchy i przesypia całą noc to fakt. Ale czy poprawił mi się komfort życia? Niezbyt. Nadal nie mam praktycznie możliwości odpoczynku po pracy ani w weekendy. Zamknąłem się w sobie. Przestałem mieć ochotę na spotkania ze znajomymi i rodziną. W pracy marazm. Od 6 lat tkwię w tym samym punkcie. Nie potrafię się nad niczym skupić. Nie mam już żadnego konkretnego celu. Chciałbym się tylko z tego jakoś wyrwać, ale nie wiem jak.
Nie kocham żony. Córki raczej też nie, natomiast jest mi jej szczerze szkoda. Jest zdrowa, ładna i pełna życia - marzenie każdego rodzica. Niby nic jej nie brakuje, z wyjątkiem miłości rodziców. Żona może dość dowolnie ustalać sobie godziny pracy, ale żeby zrobić mi na złość, zwykle robi to tak, aby pójść do roboty zaraz jak ja wrócę do domu, a ja po całym dniu pracy średnio mam ochotę bawić się z dzieckiem. W weekendy podobnie – każde z nas próbuje wymyślić sobie jakieś zajęcie żeby tylko nie musieć zajmować się dzieckiem. Nienawidzę weekendów – kiedyś nawet bym nie pomyślał, że to jest możliwe, a jednak.
Naprawdę szkoda mi tego dziecka. Tym bardziej, że jest coraz starsza i coraz więcej rozumie. Widzi, że rodzice się nie przytulają, często kłócą i generalnie nie lubią przebywać ze sobą. I jeszcze granie jej uczuciami: „Chcesz iść na konie (basen, do parku, etc.), to poproś ojca…” i dziecko z nadzieją przybiega. Żona nawet się mnie wcześniej nie zapyta, czy mam na to ochotę czy nie. Byle tylko się nas pozbyć na chwile z domu albo pokazać jak bardzo niedobrego ma ojca, gdy powiem nie. Czy jestem tu bez winy? Oczywiście, że nie, ale naprawdę nie rozumiem, po co żona tak ją podpuszcza. Przecież doskonale sobie zdaje sprawę z tego, że w trakcie ewentualnego rozwodu nie będę się starał o przejęcie opieki nad dzieckiem. Nie wystarczy jej, że i tak robi wszystko żeby mi zrobić na złość? Musi się jeszcze posługiwać dzieckiem?
No właśnie… ewentualnego rozwodu… ku..wa… kiedyś bym się nawet nie zastanawiał, a teraz nie mogę podjąć decyzji. Czuję, że to najlepsze wyjście… przynajmniej dla mnie, ale nawet jak się zdecyduję to, co dalej?
Wiem, że długo nie wytrzymam sam i prędzej czy później będę chciał znaleźć sobie inną kobietę. Pewnie młodszą i to sporo ode mnie. Będzie trudniej niż kiedyś, bo lat mi nie ubywa i nie mam już tej pewności siebie, co kiedyś, ale myślę, że nadal dam radę. Boję się jednak, że wrócę do punktu wyjścia – kolejny ślub i kolejne dziecko, które będzie mi działało na nerwy. Chociaż bardziej możliwą opcją jest to, że nie zgodzę się już ani na kolejny ślub ani na dziecko, ale wtedy prawdopodobnie zrujnuję marzenia tej młodej dziewczyny.
Samotne matki też odpadają – skoro nie umiem zaakceptować własnego dziecka, to tym bardziej nie powiedzie mi się z cudzym.
Z drugiej strony nie ma, na co czekać. Rozwód, albo przynajmniej separacja jest najlepszym rozwiązaniem w tej sytuacji. I to chyba nie tylko dla mnie. Rok nerwówki związanej ze sprawami rozwodowymi i tak jest niczym w porównaniu do 6 już straconych lat i kolejnych 12, które stracę, jeśli teraz znów nic nie zrobię. A dodatkowo zyskuję szansę (wiem, że niewielką, ale zawsze) na poznanie później dziewczyny, która jest w moim typie i dodatkowo będzie miała inne ambicje niż bycie żoną i matką.
Dziękuje za uwagę.