letnia_jola
14.05.14, 15:09
Od prawie 3 lat spotykam się z facetem, jeszcze razem nie mieszkamy. Fajnie nam razem, do momentu, gdy się pokłócimy. Ja wychodzę z założenia, że ludzie się czasem kłócą, czasem na siebie nawet pokrzyczą, ale to nie jest powód, aby się potem do siebie nie odzywać całymi dniami. On niby myśli tak samo, ale jednak zachowuje się inaczej.
Od samego początku, po każdej naszej kłótni, przestawał się do mnie odzywać. Czasami zaraz po kłótni pierwsza do niego dzwoniłam lub pisałam smsa, ale nie odbierał, nie oddzwaniał. Cisza trwała po kilka dni, czasem ponad tydzień, do momentu, gdy znów się do niego zadzwoniłam lub napisałam maila. Wówczas zaczynał ze mną rozmawiać i za każdym razem mnie obwiniał za zaistniałą sytuację. Tysiące razy mówiłam mu, żeby się tak nie zachowywał, że miałam takiego ojca, który katował mnie milczeniem, że strasznie cierpię psychicznie podczas tych cichych dni, ale grochem o ścianę. Czasem nawet mówił, że to przecież ja się do niego nie odzywam!!!
Setki razy już sobie obiecywałam, że nigdy więcej pierwsza się do niego nie odezwę, ale... no nie wiem, jakoś nie potrafię. Zabija mnie ta cisza po prostu, umieram kiedy ktoś tak mnie traktuje, kiedy się do mnie nie odzywa. No i od wczoraj znów się obraził. 2 dni temu powiedziałam mu, że następnego dnia mam spotkanie z klientem w okolicy jego domu. Powiedział, abym po spotkaniu wpadła do niego. No i następnego dnia, kiedy jechałam do klienta, zadzwoniłam do niego, a on mi na to, że nie ma go w domu, bo gdzieś tam poszedł, ale jak będę po spotkaniu to żebym zadzwoniła, bo może już wróci. Wkurzyłam się, bo byliśmy umówieni, sam mnie zapraszał, nie padło żadne "przepraszam, coś mi wypadło", po prostu sobie poszedł. Nie zadzwoniłam już do niego, bo nie spodobało mi się takie traktowanie, a ponadto moje spotkanie skończyło się po 5 minutach i wiedziałam, że on jeszcze nie wrócił.
Zadzwonił do mnie po 1,5 godziny gdzie jestem. Powiedziałam, że już wróciłam do siebie, że jestem na niego zła, że tak się nie robi, że byliśmy umówieni, a on mnie olał. No i zaczęły się jego pretensje, że co ja wyprawiam, że miałam zadzwonić, był blisko i jakbym zadzwoniła to od razu by przyjechał, że znowu mam fochy, że znowu chcę się z nim pokłócić i że ta rozmowa nie ma sensu i on ją kończy. W ogóle nie chciał mnie słuchać, bez przerwy mi przerywał, kiedy próbowałam mu powiedzieć, że nie ma takiej opcji, aby w ten sposób do mnie mówił, że chciałabym, aby wysłuchał co mam mu do powiedzenia, że mam prawo być na niego zła, a on zachowuje się w sposób, jakby mi to prawo odbierał. Nic to nie dało, nie chciał słuchać i w końcu się rozłączyliśmy. Po godzinie, kiedy emocje trochę opadły zadzwoniłam do niego, ale już nie odebrał. Więc wysłałam mu smsa, że chyba najwyższa pora, aby nauczył się w końcu rozwiązywać konflikty rozmową, że mam już dość jego fochów, wiecznego obrażania się, nieodzywania, nieodbierania telefonów, traktowania mnie bez szacunku i z lekceważeniem. I że jeśli chce tak żyć, to ok, ale ja nie. Oczywiście nie odpisał. Cały wieczór składałam sobie przysięgi, że już się więcej do niego pierwsza nie odezwę, że nie będę cały czas za nim tak latać, wyciągać pierwsza rękę, dążyć do kontaktu. Ale gdzie tam. Dziś nie wytrzymałam i znów do niego zadzwoniłam. Oczywiście nie odebrał. A mnie po głowie chodzą myśli, aby mu wieczorem wysłać maila, że skoro się do mnie nie odzywa, to zamierzam uznać to, że nie życzy sobie już ze mną kontaktów.
Wiem, że pewnie powinnam się nauczyć również do niego nie odzywać w takich sytuacjach, bo to w sumie ja sama nauczyłam go, że przy każdej kłótni i tak za nim polecę, że zrobię wszystko, abyśmy się pogodzili. Ale ja nie wiem jak mam się tego nauczyć. Każdy dzień, gdy on się do mnie nie odzywa jest dla mnie katorgą, bardzo źle sobie z tym radzę, czuję się porzucona, winna zaistniałej sytuacji, często płaczę. Mówiłam mu o tym wielokrotnie, pisałam maile, tłumaczyłam dlaczego to dla mnie takie bolesne. I nic. Nie chcę go stracić, kocham go bardzo, ale jak mam żyć z kimś, kto się do mnie nie odzywa...