blond.sweter
27.05.14, 09:48
Witam,
Jestem mamą 4,5 letniego synka, do tego żoną. Normalna rodzina. Syn jest wspaniały, mądry, rozsądny, jest naprawdę moją dumą - w towarzystwie słyszę pochwały od innych, jest bardzo ułożony, ma fajne pomysły, ogromną wyobraźnię. Oczywiście jak to z dzieckiem, miewamy mniejsze lub większe problemy, np jest uparty, nie słucha nas, ma swoje tempo - co nie zawsze jest fajne, np rano jak się spieszę do pracy. Ostatnio mamy problem z robieniem kupy. Robi normalnie, na sedes, ale nie wiem dlaczego czasami coś się zblokuje i kilkakrotnie zabrudzi bieliznę, zanim zrobi. O ile jest to w domu, to staram się rozumieć, zawsze mu powtarzam: raz może zdarzyć się każdemu, ale jak drugi lub trzeci raz popuszcza w majtki to nie ukrywam że sie wkurzam. Tłumacze mu, rozmawiamy.
Ostatnio poszliśmy do naszych dobrych znajomych. Oczywiście syn popuścił, poszłam z nim do toalety, niestety tak się złożyło, że "przy okazji" pobrudził sedes, wannę - ocierając się o to przypadkiem, łazienka wąska. No wkurzyłam się.
I teraz sedno: moja reakcja w takich sytuacjach jest nie do końca dobra. To znaczy trafia mnie klasyczny szlag, robi mi się gorąco, zalewa mnie nagła fala złości. Zaczynam mówić podniesionym głosem, zdarza mi się zabluźnić. Takie sytuacje nie są codziennością, zdarzają się sporadycznie, ale jak się zdarzą to katastrofa. Mnie jest potem wstyd, kompletnie sobie nie radzę z tym, nie potrafię tego zatrzymać. Z reguły reaguję tak w sytuacji, gdy np pracuję nad czymś od dłuższego czasu, coś wydaje się logiczne, a i tak nie działa - jak z tą kupą.
Z reguły kontroluję się wśród ludzi, ale teraz u tych znajomych faktycznie się wkurzyłam. Znamy się od wielu lat, spędzamy razem wakacje itp, więc myślałam, że znają mnie i zrozumieją, że każdemu zdarza się błąd. Na przestrzeni lat widzieli mnie w takiej sytuacji może z kilka razy. I teraz ten kolega zadzwonił do mojego męża, czy ja to będę takie akcje na wakacjach robiła itp. Oczywiście mąż ujął się za mną, że jestem dobrą matką, każdemu zdarzają się gorsze dni itp. Ale włączyła mi się lampka kontrolna. Może powinnam coś ze sobą zrobić? Iść do psychologa, brać leki uspokajające? Z reguły ten najwiekszy nerw dopada mnie tuż przed okresem....
Reasumując: metoda nasza wychowawcza jest taka, że rozmawiamy, tłumaczymy - nie bijemy, nie szarpiemy, nie ma kar i nagród, codziennie po 100 razy powtarzamy synowi że go kochamy itp. Ale zdarzają mi się takie akcje, przy których tracę rezon. Mąż mówi, że robię sie taka dzika w oczach.... Prosze o porady czy i co powinnam robić?
Oczywiście kolega ma swoje problemy, jak spotykamy się bez dziecka to potrafi pokazać rogi wobec swojej żony, ale nie przyszłoby mi palnąć, czy nie będzie robił żonie awantur na wczasach.... ;-/