Dodaj do ulubionych

Uratowanie małżeństwa

05.06.14, 08:16
Czy udało sie komuś uratować małżeństwo przed rozwodem lub w jego trakcie?
Czy takie rzeczy się zdarzają? Czy można zacząć na nowo z tą samą osobą?
A może udało się wrócić po rozwodzie?
I zakwitło na nowo uczucie? To możliwe?
Obserwuj wątek
    • krokodil123 Re: Uratowanie małżeństwa 05.06.14, 08:35
      Podobno Krawczyk tak zrobił, a osobiście takich ludzi nie znam.
      Jako rozwódka napiszę-nie ma szans. To co było na początku nigdy nie wróci.
      Na nowo z tą samą osobę nie istnieje z prostej przyczyny, że znacie dużo o sobie, macie stare przyzwyczajenia i szybko wejdziecie w starych ról.
      Sama próbowałam traktować męża "inaczej" bo on chciał "od nowa" ale o dziwo sam się burzył że to "od nowa" nie jest "po staremu", a on biedaczek myślał że będzie miał tak jak kiedyś.

      Na pocieszenie pomyśl że każdy nowy dla żony będzie za jakiś tam czas stary i być może u nich też dojdzie do wyświechtanego schematu.
    • aqua48 Re: Uratowanie małżeństwa 05.06.14, 08:42
      indianan napisał:

      > Czy udało sie komuś uratować małżeństwo przed rozwodem lub w jego trakcie?
      > Czy takie rzeczy się zdarzają? Czy można zacząć na nowo z tą samą osobą?
      > A może udało się wrócić po rozwodzie?
      > I zakwitło na nowo uczucie? To możliwe?

      Wszystko jest w związku możliwe, pod jednym warunkiem, że OBIE osoby chcą tego samego.. jeśli chce tylko jedna to raczej się nie uda.
    • edw-ina Re: Uratowanie małżeństwa 05.06.14, 09:05
      Tak, nam się udało, chociaż ja już byłam na etapie składania papierów rozwodowych, a terapię zaczęliśmy z myślą (przynajmniej ja): może pomoże to uniknąć trupów. Udało się, emocje są bardzo silne, w dodatku połączyło nas dziecko, za którym oboje szalejemy.
      • julita165 Re: Uratowanie małżeństwa 06.06.14, 00:59
        To chyba niemozliwe. My wlasnie zdecydowalismy z mezem ze to koniec. I wiece co. Wlasciwie czuje ulge. Jeszcze do mnie nie dotarlo z jakimi problemami pewnie sie zetkne Ale w tej chwili jakos odetchnelam. Bylismy fatalnym malzenstwem nie ma co ukrywac. Stare konie po trzydziestce a glupio zlapaly sie na motylki w brzuchu i slub byl po roku znajomosci. Prawie of samego poczatku sie nie ukladalo. Nas wszystko od a do z rozni a takie zwiazki sa ciezkie. W dodatku nie umielismy naprawde rozwiazywac problemow mimo nowego otwarcia co kilka miesiecy kazdy chowal zale i i urazy. Ja jeszcze probowalam cos dzis zaproponowac ale szczerze przed soba musze przyznac ze bez wiary w sukces i bez wielkiego zaangazowania a poza tym chyba z motywacjii majacej dac mi bardziej swiety spokoj a nie szczesliwy zwiazek. Chyba rzeczywiscie bylo juz miefzy nami zle skoro nawet wsppmnienia naszych poczatkow nie budza we mnie rozzalenia ze cos sie konczy. Widocznie trzeba przejsc ta swoja droge do samego konca. Ja wiem co nasze uczucie zabilo - nieumiejetnosc nstychmiastowego zalatwiania problemow i wielomiesieczne duszenie problemow ze szkoda dla atmosfery w zwiazku brak krytycznego spojrzenia na siebie niezdolnosc do przyjecia krytyki brak empatii egoizm wygodnictwo. Trudno. Jutro a wlasciwie dzis zaczynam nowe zycie
    • indianan Re: Uratowanie małżeństwa 06.06.14, 05:43
      Ja po prostu wierzę w możliwość naprawy każdego małżeństwa, o ile oczywiście obie strony chcą, jeśli nie chcą to wiadomo, że nie wyjdzie. Jeśli obie strony zechcą popracować. Dla mnie nie jest zrozumiałe, że taką chęć odrzucają. Wymiany modeli, przetasowania, nie rozumiem tego. Dla mnie rozwód to porażka... Choć czasem mniejsze zło (przemoc, zdrady itd.).

      Kilka tekstów

      rozwód i co dalej

      Nowe życie

      w piekle
      • aqua48 Re: Uratowanie małżeństwa 06.06.14, 10:56
        indianan napisał:

        > Ja po prostu wierzę w możliwość naprawy każdego małżeństw. Jeśli obie strony ze
        > chcą popracować. Dla mnie nie jest zrozumiałe, że taką chęć odrzucają.

        Nie jest dla Ciebie zrozumiałe, że ktoś może być zwyczajnie zmęczony wymaganiami i oczekiwaniami drugiej strony, pragnąć spokoju, możliwości zajęcia się sobą i pokierowania życiem według swoich pragnień, które nigdy nie były realizowane i nie widzieć żadnego sensu w kontynuowaniu związku? Małżeństwo nie jest nadrzędną wartością, nadrzędną jest szczęście i nic dziwnego, że każdy do niego dąży, a jeśli w związku czuje się wyłącznie nieszczęśliwy to pragnie go rozwiazać.
        • indianan Re: Uratowanie małżeństwa 06.06.14, 12:46
          Pokierowanie życiem wg swoich pragnień... To bardzo istotne. Ale traktowane jako najwyższa wartość prowadzi do działań a la Magda z Sosnowca.
          Szczeście to ważna wartość. Ale są jeszcze inne: odpowiedzialność, lojalność, troska o dzieci.
          Dobry film na ten temat:

          Nie ślubuje się: będą z Tobą póki mi będzie dobrze a wszystkie moje potrzeby zostaną zaspokojone. Ale - na dobre i na złe.
          Nie chodzi o wyrzeczenie się szczęścia - ale można go szukać w tym, co się ma, w drobnych małych rzeczach. Zamiast gonić za iluzjami.
          Tekst linka



    • enith Re: Uratowanie małżeństwa 06.06.14, 08:31
      Znam jedno czy dwa małżeństwa, które przetrwały poważny kryzys z tymczasową separacją włącznie. Niestety, znam też co najmniej kilkadziesiąt, gdzie kryzys zakończył się rozwodem. Mieszkam w USA i dwie trzecie moich znajomych w wieku 30-50 lat jest po co najmniej jednym rozwodzie.
      • indianan Re: Uratowanie małżeństwa 06.06.14, 13:06
        To, że 2/3 małżeństw się rozwodzi to bardzo charakterystyczna tendencja społeczna.
        Przecież niemożliwe by ci wszyscy rozwodnicy byli głęboko nieszczęsliwi w związkach a one nie nadawały się do naprawy.
        Rozwód jest traktowany jak szybkie panaceum na kryzysy (które przecież są nieuniknione).

        Rozwody w takiej skali świadczą o tym, jak płytkie są relacje międzyludzkie - spotykają się na chwilę, przebywają ze sobą póki jest dobrze (hormony pierwszej fazy), a potem się rozchodzą. Niezdolnośc do budowania trwałych więzów rzuca się w oczy. Bez prób ratowania - bo partner jest taki i owaki, a z innym na pewno będzie lepiej. Najcześciej nie jest.
        Bo nie wystarczy zmiana środowiska, jeśli przenosimy w nie samego siebie, własne traumy.
        Małżeństwo to cięzka praca, głównie nad sobą samym. To zobowiązania, a nie tylko szukanie przyjemności.
        Pół biedy jeśli rozwodzą się pary bezdzietne.
        Ale jesli się już decydują na dzieci - to przestaje być to decyzja dwóch indywiduów.
        Dla dzieci rozwód jest koszmarem (tak, wiem, życie w rodzinie toksycznej też nim bywa)

            • triss_merigold6 Re: Uratowanie małżeństwa 06.06.14, 13:26
              Być może te iluzje są dla niej bardziej satysfakcjonujące od tego co Ty możesz jej zaproponować.
              Chcesz zafundować terapię wstrząsową? Złóż pozew o separację i zacznij ustalać kto gdzie będzie mieszkał, z kim dzieci i za co. Laska nie pracuje więc z czego się utrzyma?
            • aqua48 Re: Uratowanie małżeństwa 06.06.14, 13:49
              indianan napisał:

              > Sama nie wie czego chce. Idzie za iluzjami.

              Jest dorosła i ma prawo decydować o sobie niezależnie od Twego punktu widzenia..Nawet jeśli błądzi.

              > jedyny ratunek to terapia wstrząsowa.

              Chcesz żonę klejem do siebie przykleić? Rozwód z żoną nie oznacza rozwodu z dziećmi.
        • enith Re: Uratowanie małżeństwa 06.06.14, 17:49
          Znam wiele rozwiedzionych małżeństw, ale tylko o paru mogę powiedzieć, że małżonkowie nie walczyli w ogóle o to, by małżeństwo utrzymać, zwłaszcza, gdy były dzieci. Nie znam chyba nikogo, kto tak po prostu sobie odszedł, zabrał swoje rzeczy, zamknął za sobą drzwi i złożył pozew. Większość rozwiedzionych małżeństw to były małżeństwa zawarte tuż po college'u, czyli jak młodzi mieli po dwadzieścia parę lat i goowno wiedzieli o sobie, życiu, a zwłaszcza tym, czego od życia chcą. Takie małżeństwa z zasady mają niskie szanse przetrwania. Żeby daleko nie szukać: mój pierwszy poważny związek zaczął się, gdy miałam niecałe 19 lat, zakończył z hukiem, gdy miałam 24. Te parę lat było bardzo w moim życiu kluczowe, w sensie kształtowania kim jestem i czego od życia chcę. I partner nie chciał przyjąć do wiadomości, że jest nam po tych prawie pięciu latach kompletnie nie po drodze. Że ja 19-letnia to nie to samo, co ja 24-letnia. Dlatego ostro postuluję wśród młodych znajomych, żeby nie pchali się młodo w małżeństwo. Może twoja żona też doszła do wniosku, że wasze małżeństwo nie spełnia już jej wymagań, że wam nie po drodze, że się wypaliło? Może warto posłuchać, co ma do powiedzenia, zamiast grozić jej terapią szokową?
              • indianan Re: Uratowanie małżeństwa 06.06.14, 20:44
                no ja taki składałem, mimo że nie jestem jakoś specjalnie wierzący, ALE byłem świadomy, co przysięgam

                w cywilnym jest: świadoma praw i obowiązków przyrzekam, że uczynię wszystko aby nasze małżeństwo, było zgodne, szczęśliwe i trwałe." - no to trzeba sobie zadac pytanie, czy rzeczywiście się zrobiło wszystko

                słowa rzucane na wiatr...
                • aqua48 Re: Uratowanie małżeństwa 06.06.14, 21:26
                  indianan napisał:

                  > byłem świadomy, co przysięgam
                  > przyrzekam, że uczynię wszystko aby
                  > nasze małżeństwo, było zgodne, szczęśliwe i trwałe." - no to trzeba sobie zada
                  > c pytanie, czy rzeczywiście się zrobiło wszystko
                  > słowa rzucane na wiatr...

                  Przemawia przez Ciebie żal i rozczarowanie, to zrozumiałe, i musi trochę czasu minąć, aby się z nim uporać. Jednak zamiast się na nim skupiać zastanów się lepiej JAK rozwiążecie sprawę opieki nad dziećmi tak, żeby tego żalu na nie nie przenosić, nie obwiniać wobec nich drugiej strony i nie obarczać rozwodem dzieci..
                • elizabeth7 Re: Uratowanie małżeństwa 07.06.14, 21:35
                  indianan napisał:

                  > no ja taki składałem, mimo że nie jestem jakoś specjalnie wierzący, ALE byłem ś
                  > wiadomy, co przysięgam
                  >
                  > w cywilnym jest: świadoma praw i obowiązków przyrzekam, że uczynię wszystko aby
                  > nasze małżeństwo, było zgodne, szczęśliwe i trwałe." - no to trzeba sobie zada
                  > c pytanie, czy rzeczywiście się zrobiło wszystko
                  > > słowa rzucane na wiatr...

                  Raczyles podac wersje zenska, jest i meska - SWIADOMY ..... Czy uczyniles wszystko by malzenstwo bylo bylo zgodne, szczesliwe i trwale czy tylko liczyles na to, ze obowiazuje to zone ze szczegolnym uwzglednieniem TRWALOSCI ?
                  • indianan Re: Uratowanie małżeństwa 08.06.14, 07:23
                    OBIE strony zawaliły.
                    Nie, nie uczyniłem wszystkiego. Starałem się, ale byłem niedojrzały.
                    Gdybym dzisiaj wiedział, co wiem teraz.
                    Niemniej, póki rozwodu nie ma, wszystko jest możliwe.
                    Czy naprawdę uczucia totalnie wygasają?
                    I nie pozostaje nic?
                    Zawsze jest jakiś fundament.
                    A miłość (prawdziwa) pojawia się wtedy, kiedy zaczynasz o kimś dobrze myśleć, kiedy zmieniasz nastawienie, kiedy otwierasz się i zaczynasz troszczyć i akceptować przywary.
                    Oczywiście nie ma musu. Beż chęci nic nie wyjdzie.
                    Chodzi mi o to, by tę chęć znaleźć, spróbować znaleźć.
                    Czemu odrzucać z góry terapię lub choćby mediację?

                    • enith Re: Uratowanie małżeństwa 08.06.14, 07:40
                      Masz jeden poważny problem, autorze wątku. Nie przyjmujesz do wiadomości FAKTÓW. A są one takie:
                      - nawet najgorętsze uczucia wygasają całkowicie,
                      - nie zawsze pozostaje "jakiś fundament",
                      - chęci, choćby największe, ale tylko jednej strony nie wystarczą,
                      - terapię/mediację odrzuca osoba NIE ZAINTERESOWANA kontynuowaniem małżeństwa.
                      Twoja żona chce się rozwieść, nie zależy jej na walce, nie obchodzą jej mediacje. Ona chce odejść. Może czas przyjąć to do wiadomości i w końcu zacząć ustalać konkrety, podział majątku, opieki nad dziećmi, zamiast upierać się przy ratowaniu małżeństwa, które najwyraźniej już nie istnieje.
                        • marsylvik Re: Uratowanie małżeństwa 08.06.14, 19:31
                          Czytam kolejne Twoje wpisy. Jakbym samą siebie sprzed lat czytała. Te same uczucia, to samo niedowierzanie, ten sam szok, ta sama nadzieja. Odpowiadając na Twoje pytanie: znam osobiście dwa małżeństwa, które przeszły tak głęboki kryzys, ale w obu przypadkach oboje chcieli go przezwyciężyć. Przypadki zupełnie inne niż mój czy Twój.
                          Osób po rozwodzie, którym się nie udało, znam co najmniej dziesiątki o ile nie setki.

                          A od siebie powiem tylko to, co mnie najbardziej pomogło. Pomogło przeżyć.
                          1. Nikt nie jest odpowiedzialny za myśli, uczucia innej dorosłej osoby. Nie możesz, nie masz tak naprawdę możliwości, nie musisz ani nie masz prawa kogoś zmusić do uczucia, żadnego uczucia, ani dojego braku, ani do myśli, ani do decyzji.
                          2. Sami wybieramy, kogo kochamy. Niestety, rzadko świadomie, a jeśli nieświadomie, to zwykle nawet nie wiemy, że wybieramy. Ale to oznacza też, że sami wybieramy, że tej osoby już nie chcemy kochać, przestajemy kochać. Jeśli wiesz, że to robisz, to możesz to zrobić świadomie. Pomyśl, czemu kochałeś, czemu kochasz i czy chcesz kochać tę właśnie osobę.
                        • enith Re: Uratowanie małżeństwa 08.06.14, 19:49
                          > Ona chce odejść od roku. Nie odeszła do tej pory.
                          > Myślę, że na dnie zostało jeszcze uczucie.
                          > Wszystko jest możliwe. Każde małżeństwo można uratować.

                          Nie, nie wszystko jest możliwe i nie, nie każde małżeństwo da się uratować. Uprawiasz myślenie życzeniowe, przypisujesz żonie cechy i uczucia, których ona nie posiada. Już wiem, że wasz rozwód to będzie koszmar i to z twojej winy. Ty po prostu nie słuchasz, co się do ciebie pisze i mówi. Zastanów się aby, czy to nie jest powód, dla którego żona chce się rozejść. Bo jej nie słuchasz, olewasz ewidentne sygnały, dopowiadasz sobie niestworzone historie, że uczucie, że fundament, że przysięga itp. duperele. Bo to są duperele dla osoby, która nie ma ochoty kontynuować związku. Czepiasz się desperacko faktu, że jeszcze nie odeszła. A może zwyczajnie nie ma dokąd, bo nie zarabia? A ty uwiesiłeś się tego, jak znaku od pana boga, że widać nadal cię kocha. No sorry, jakby tak było, już dawno bylibyście na terapii.
                    • krokodil123 Re: Uratowanie małżeństwa 08.06.14, 11:01
                      Krótko napiszę dlatego że tam ten okres jest za mną i nie chce mi się nad tym rozwodzić.

                      Najpierw wybaczyłam jedną zdradę "bo nie dawałaś mi bliskości" i sama zacielam nad sobą pracować i bardziej się starać dla męża i rodziny.
                      Po 4 latach wybaczyłam następną "bo ty nie myślisz o moje potrzeby" ale już wiedziałam że daje wszystko z siebie na 120% i nie mam czego wiej dać, bo nie mam czas na swoje potrzeby, nie myślę o sobie, wstaje o 4 a kladzie się 23 i jestem permanentne zmęczona.

                      Po roku powiedziałam że proponuję terapie rodzinna dlatego że ja się staram a dla mnie nie ma nić, czuję się nie rozumiana i nie szanowana. Rezultat-roześmiano mi się w twarz i powiedziano, że "jeżeli dojdzie do rozwodu to sam wie jak dzielić majątek i pomagierów nie potrzebuję"

                      Po następne 3 lata jak się dowiedziałam o następnej zdrady to łopatologicznie zrozumiałam że pana nie zmienię i czas żyć po swojemu i skoncentrować się na sobie i dzieci.
                      To mi powiedziano "że nie mogę tego zrobić dlatego że to są moje fanaberie, i mam żyć jak dotychczas" i to co zrozumiałam z forum -jak zacięłam stawiać granice to pan reagował agresją bo mu się ofiara wymykała. A co tam-tyle lat była posłuszna a teraz ośmiela się fikać???

                      Jak zdecydowałam o rozwozie to pan mówił dokładnie to co ty-że przysięgałam....że dla niego małżeństwo jest święte......że widocznie go nigdy nie kochałam, jeżeli (o dziwo) moja miłość do niego wypaliła się w ciągu jednego dnia....że dla dobro dzieci.....że jestem egoistka myśląca tylko o sobie.......że nie jest możliwe że uczucia wyparowali, ze te 20 lata poszło ot tak.......itp, itd.

                      Napiszę szczerzę-jak podjęłam decyzję o rozwodzie to miałam gdzieś co pan będzie mówił czy robił. Klamka zapadła.
                        • enith Re: Uratowanie małżeństwa 08.06.14, 19:56
                          > Ja nie zdradziłem.
                          > Nie mam jakichś większych przewin na sumieniu.

                          Naiwny jesteś, jeśli myślisz, że małżeństwa rozpadają się wyłącznie z powodu zdrad lub "większych przewin". Może od samego początku nie byliście z żoną dobrani, albo żona nie dojrzała do małżeństwa, a może jednak masz jakieś przewiny na sumieniu. Może spytaj żonę, co ONA sądzi o waszym małżeństwie?
                    • aqua48 Re: Uratowanie małżeństwa 08.06.14, 12:22
                      indianan napisał:

                      > Nie, nie uczyniłem wszystkiego. Starałem się, ale byłem niedojrzały.
                      > Gdybym dzisiaj wiedział, co wiem teraz.


                      Nie wszystko w życiu da się odkręcić, odrobić, cofnąć czas i zapomnieć oraz zacząć od nowa z tymi samymi kartami w ręce.. warto to mieć na względzie na przyszłość.
                    • edw-ina Re: Uratowanie małżeństwa 08.06.14, 14:35
                      Jeżeli nie padły trupy po żadnej stronie, to jakieś uczucia zawsze zostają, choć mogą być totalnie niewystarczające dla zbudowania, a raczej odbudowania małżeństwa. Żywię naprawdę bardzo ciepłe i przyjacielskie uczucia do przynajmniej dwóch moich ex, zawsze pomogę im w potrzebie, martwię się, kiedy mają problemy i cieszę ze zwycięstw, ale to wszystko nawet w minimalnym stopniu nie oznacza, że chciałabym być z którymś z nich, odbudować naszą wcześniejszą relację.
                      Jeżeli mogę ci coś zasugerować: zaproponuj żonie terapię małżeńską, ale po to, by się dobrze rozstać - bo temu również służy terapia. Jeśli w trakcie spotkań coś drgnie, poruszą się skrywane czy zapomniane emocje, to może wam się udać. Jeśli nie - to przynajmniej rozstaniecie się w lepszej kondycji, a to już dużo.
                      • indianan Re: Uratowanie małżeństwa 09.06.14, 07:12
                        Dla mnie związek to właśnie relacja w której są bardzo ciepłe i przyjacielskie uczucia do drugiej strony, gotowość do pomocy im w potrzebie, martwienie się, kiedy mają problemy i cieszenie ze zwycięstw, relacja, w której możesz poczuć się dobrze, spokojnie i radośnie. Małżeństwa często rozpadają się, bo po pierwszej fazie szaleństw hormonów (zakochanie, zauroczenie) nie potrafią wejść na spokojniejszy etap. Gdzie przede wszystkim ważna jest ciężka praca nad związkiem.
                        No w moim związku właśnie to zaszwankowało.

                        Macie rację, przysięga nie dla wszystkich jest istotna (choć moja żona to zdeklarowana katoliczka, więc widzę dużą niespójność).
                        Kluczem jest umiejętność cieszenia się z tego, co się ma.
                        • ola.2014 Re: Uratowanie małżeństwa 09.06.14, 09:51
                          Daj jej odejsc. Zakladasz kilka watkow na forach o roznej tematyce i wszedzie slyszysz ta sama odpowiedz... Jezeli ona nie widzi potrzeby podjecia terapii nic z tego nie bedzie. Katolik nie bedzie tkwil w chorym zwiazku, tylko dlatego,ze druga strona kurczowo trzyma sie go.
                          • indianan Re: Uratowanie małżeństwa 09.06.14, 10:18
                            W każdej chwili może odejść.
                            Przecież jej nie zatrzymam.
                            Zresztą to prawda - obie strony muszą chcieć i obie muszą byc gotowe na zmianę.
                            Pozostaje mi mocno wierzyć, że się ułoży...
                            Naprawdę myślę, że jesteśmy dla siebie... Może istotnie potrzebuje wytchnienia ode mnie, by sobie wszystko przemyśleć. Będę czekał. Jak się nie uda to trudno.
                            • triss_merigold6 Re: Uratowanie małżeństwa 09.06.14, 10:27
                              Czytasz w ogóle odpowiedzi, które tu dostałeś?
                              Sama wiara w to, że się ułoży nic Ci nie da, wręcz przeciwnie, w tej chwili to już tylko negowanie rzeczywistości.
                              Ty możesz myśleć co chcesz, żona teraz nie uważa że jesteście stworzeni dla siebie, chce odejść od roku, sypiała z innym mężczyzną i jest w nim zakochana. Nie odeszła na razie, bo nie pracuje i nie ma kasy. Jak odejdzie, to nie będzie myślała o Tobie, tylko o tym żeby być z kochankiem.
                              • indianan Re: Uratowanie małżeństwa 09.06.14, 11:25
                                W większości to odpowiedzi osób, które mają inny system wartości.
                                Jeśli przegram walkę o ocalenie rodziny, to chociaż z przekonaniem, że walczyłem do końca.
                                Co Ci przeszkadza, że będę czekał na żonę?

                                "Nadzieja to nie jest przekonanie, że coś musi się udać, ale pewność, że coś ma sens, niezależnie od tego czy się uda czy nie” (Havel)
    • lena575 Re: Uratowanie małżeństwa 06.06.14, 13:52
      Jeśli małżeństwo przeżywa ten sam kryzys drugi raz (na ten sam temat) i jedna ze stron straciła już zaufanie i uczucia, to podtrzymywanie takiego małżeństwa jest jak reanimacja trupa. Można, tylko po co? Trup nie ożyje a zycia szkoda.
    • agnieszka_iwaszkiewicz Re: Uratowanie małżeństwa 06.06.14, 23:25
      indianan napisał:

      > Czy udało sie komuś uratować małżeństwo przed rozwodem lub w jego trakcie?
      > Czy takie rzeczy się zdarzają? Czy można zacząć na nowo z tą samą osobą?
      > A może udało się wrócić po rozwodzie?
      > I zakwitło na nowo uczucie? To możliwe?

      Teoretycznie tak. Da się uratować gasnący związek, rozwiązać konflikty, spojrzeć na siebie na nowo wzniecić pożądanie. Można takie możliwości nawet uzasadnić psychologicznie na różne sposoby. Obie płcie mają realne możliwości do tego, a życie dostarcza takich pozytywnych przykładów. Na pewno słowa takiej czy innej przysięgi małżeńskiej mają swoją wartość, zobowiązują. Tylko, kto je pamięta dosłownie. Jest to raczej pewien pożądany konstrukt, a nie rzeczywistość.
      Rzeczywistość zaś jest po stronie tego, konkretnego małżeństwa. Z jego przeszłością, możliwościami, z charakterem i doświadczeniem obu stron oraz nieświadomymi dążeniami.
      I wtedy nic nie jest oczywiste. Agnieszka Iwaszkiewicz


      • mamapodziomka Re: Uratowanie małżeństwa 07.06.14, 16:32
        Absolutnie nie jestem za pochopnym rozstaniem, etc, etc, ale... Najpierw podkopujemy malzenstwo, mamy rodzine generalnie na dosc dalekim planie, ignorujemy radosnie sygnaly, ze cos jest nie tak. A jak sie malzenstwo rypnie (zazwyczaj po wcale nie tak krotkim czasie), to nagle jest krzyk, ze tak nie moze byc, ze przyrzekalas, ze gdzie jest moja druga szansa.

        Tyle tylko, ze to tak nie dziala. O druga szanse mozna prosic i miec nadzieje, ze tak druga strona uwierzy w to, ze zrozumiales jakie bledy popelniles i ze je naprawisz. To przywilej, nie prawo.
        • glamourous Re: Uratowanie małżeństwa 07.06.14, 21:36
          Dokladnie, druga szansa to przywilej, nie obowiazek. Poza tym dochodzi jeszcze kwestia wyczerpania sie pokladow milosci. Wraz z poglebianiem sie malzenskiego kryzysu postepuje degrengolada uczuc, najczesciej u strony ktora bardziej ten kryzys dostrzega - a w konsekwencji uczuciowe wyjalowienie. I jezeli to trwa latami, to w momencie kiedy malzenstwo definitywnie sie posypie jesli chodzi o wiez jest juz zazwyczaj pozamiatane.
          Druga szanse mozna dac, jezeli uczuciowe wiezi jeszcze nie wygasly. Jezeli juz sie partnera nie kocha, to wtedy frazesy o przysiedze malzenskiej i powinnosci jej przestrzegania mozna sobie wsadzic gleboko w buty. Formula "na dobre i na zle" dotyczy bowiem dwojga ludzi ktorzy sie kochaja i maja naturalna motywacje do bycia razem. Jezeli jednak ognisko juz wystyglo, no to coz - przeciez nie mozna zmusic drugiej osoby do trwania w fikcji i ratowania czegos, do czego ona juz zwyczajnie nie ma serca, checi ani ochoty.

          Niestety, na wygasniecie uczuc u wspolmanzonka wiele osob pracuje latami. W dodatku pomimo wyraznych ostrzezen drugiej strony. A potem placz, ze on/ona ma w koncu dosc i mnie rzuca.
    • edw-ina Nie podoba mi się atak na autora 09.06.14, 12:57
      Nie rozumiem powodu, dla którego jest tak źle traktowany przez komentatorów, a jego wiara w to, że małżeństwo można jednak naprawić wyśmiewana. Jego postawa podoba mi się zdecydowanie bardziej niż postawa osób, które przekonują, że kiedy w stadle doszło do czegoś złego, należy się rozstać nie próbując nawet niczego zrozumieć, przepracować itp.
      Wierzę w to, że związek/relację można ocalić. Nie zawsze na tych samych zasadach, co wcześniej, ale warto jest próbować, jeśli to dla nas ważne. Jeżeli nie ma w tym przymusu, gierek itp., to można czekać, dawać czas. Warto to zrobić i dla siebie samego i dla rodziny, którą się stworzyło, dla dzieci, które powołało się na świat. Zbyt łatwe jest zamknięcie rozdziału i powiedzenie, że skoro ci się nie podoba to droga wolna. Nie na tym polega związek. Czasami trzeba zawalczyć o drugiego człowieka, pokazać mu swoją determinację.
      Osobiście życzę autorowi powodzenia i mądrości wobec całej sytuacji, niezależnie od tego, czy skończy się po jego myśli, czy też nie.
      • indianan Re: Nie podoba mi się atak na autora 09.06.14, 13:50
        Dzięki za dobre słowo :)

        Myślę, że to trochę takie czasy. Ja, ja, ja, skupienie na sobie, własnych potrzebach, żądzach. To ważne oczywiście, ale nabrało znamion przesady (i zatracenia się w egoizmie).

        Świat jest dzisiaj płynny, zmienny, wymienny. Coś nie spełnia oczekiwań - to się wymienia.
        Wydaje się, że jak się człowiek wyzwoli (do zobowiązań, przysięgi) to będzie szczęśliwy.
        Że życie po rozwodzie będzie lepsze. Może czasem jest... ale często rozwodnicy nie wiedzą, jakby było gdyby jednak podjęli walkę, próbę. Może związek wszedłby w nową jakość?

        Ciekawy artykuł:
        Tekst linka

        Może warto czasem zmienić swoje nastawienie, podejście, choć podjąć małą próbę.
        Widzę to po sobie.
        Napiszę szczerze - też miałem moment, kiedy uznałem, że małżeństwo nie ma sensu, bo nie kocham żony (czytaj: ona nie zaspokaja moich potrzeb). Pewnie zgodziłbym się wtedy na rozwód i broniłbym go na forum. Ale dużo się zmieniło. Zacząłem myśleć, czytać i przede wszystkim - zacząłem troszczyć się o żonę. Podjąłem próbę. Zainwestowałem w nią dużo czasu - i stała się dla mnie ważna. I poczułem miłość. Zrozumiałem, że tak naprawdę kochałem ją zawsze, choć nie umiałem tego okazać. Czy za późno? Być może. A może jeszcze nie...

        Małżonkowie nie są po to, by zaspokajać potrzeby drugiej strony - zapełniać emocjonalną dziurę, którą mają. "Jak nie zapełnią - to niech odejdą - poszukam sobie innych zapełniaczy".
        To tak nie działa.
        • triss_merigold6 Re: Nie podoba mi się atak na autora 09.06.14, 14:16
          Byłeś uprzejmy napisać cyt.: Małżonkowie nie są po to, by zaspokajać potrzeby drugiej strony - zapełniać emocjonalną dziurę, którą mają. "Jak nie zapełnią - to niech odejdą - poszukam sobie innych zapełniaczy". To tak nie działa.

          To w takim razie po co są? Po co tkwić w układzie w którym istotne potrzeby nie są zaspokajane?
          • indianan Re: Nie podoba mi się atak na autora 09.06.14, 14:30
            Jeśli sobie sam dziury nie zapełnisz, to nikt Ci jej nie zatka a każdy związek będzie rozczarowaniem. Obserwuje czasem nastawienie: "jest mi źle - to zapewne wina małżonka - znajdę sobie kogoś innego - zrobi mi się lepiej". To nie takie proste.
            Szczęśliwy związek mogą stworzyć ludzie pełni sobą a nie traktujący innych jako narzędzia do wypełniania pustki.

            Myślę, że dobre związki tworzą ludzie, którzy są bardziej nastawieni na dawanie niż branie, wysysanie energii.
            Dla mnie osobiście małżeństwo wiąże się głównie z rodziną. A wchodzenie w nie jest związane z chęcia dawania: życia i szczęścia innym ludziom = dzieciom.
            (no pewnie jakąś potrzebę to też zaspokaja - ale nie w sposób tak instrumentalny :)
            • aqua48 Re: Nie podoba mi się atak na autora 09.06.14, 14:41
              indianan napisał:

              > Dla mnie osobiście małżeństwo wiąże się głównie z rodziną. A wchodzenie w nie j
              > est związane z chęcia dawania: życia i szczęścia innym ludziom = dzieciom.
              > (no pewnie jakąś potrzebę to też zaspokaja - ale nie w sposób tak instrumentaln
              > y :)

              Dzieci szybko dorastają i usamodzielniają się, a małżeństwo w takim momencie musi mieć mocne inne niż rodzina podstawy - wspólne cele, upodobania, tematy rozmów, sposoby spędzania czasu razem i inne tego typu łączniki, żeby się nie rozpadło, albo żeby nie okazało się ruiną.
              Zdarza się też, że w jednym związku ktoś wyłącznie bierze, lub wyłącznie daje, a w innym, z inną osobą o innym charakterze i osobowości te proporcje są bardziej zrównoważone, a kolejny związek dzięki temu może być dużo lepszy..
        • aqua48 To nie atak tylko inny punkt widzenia 09.06.14, 14:33
          indianan napisał:

          > Myślę, że to trochę takie czasy. Ja, ja, ja, skupienie na sobie, własnych potrz
          > ebach, żądzach. To ważne oczywiście, ale nabrało znamion przesady (i zatracenia
          > się w egoizmie).

          W pewnym sensie trudno nie przyznać Ci racji, owszem znamieniem obecnych czasów jest większe skupienie (ale i świadomość) na potrzebach i niechęć do żmudnego naprawiania związków, ale warto też wziąć pod uwagę, że dzięki temu zapewne mniej osób cierpi do końca życia w związku który je ogranicza, tłamsi i wyzwala w nich jedynie niechęć i nienawiść do partnera, oraz chęć odwetu zamiast wyrażania miłości.

          > Małżonkowie nie są po to, by zaspokajać potrzeby drugiej strony - zapełniać emo
          > cjonalną dziurę, którą mają. "Jak nie zapełnią - to niech odejdą - poszukam sob
          > ie innych zapełniaczy". To tak nie działa.

          A ja owszem tak widzę każdy związek, w tym małżeństwo - to wzajemne zaspokojenie potrzeb. Nie tylko emocjonalnych, ale również erotycznych, finansowych, rodzinnych, i innych. Ważna jest chęć i możliwości w tym zakresie. Na tej zasadzie ludzie się dobierają. Ale w każdym związku następuje też ewolucja - oczekiwań i możliwości. Fantastycznie jeśli małżonkowie ewoluują mniej więcej w tym samym tempie i kierunku, ale czasami bywa zupełnie inaczej. I tego chyba nie bierzesz pod uwagę. Natomiast pojawienie się emocjonalnej dziury o jakiej piszesz jest bardzo niepokojące i nie wróży związkowi dobrze..
          • indianan Re: To nie atak tylko inny punkt widzenia 09.06.14, 14:49
            "A ja owszem tak widzę każdy związek, w tym małżeństwo - to wzajemne zaspokojenie potrzeb. Nie tylko emocjonalnych, ale również erotycznych, finansowych, rodzinnych, i innych"

            Tak, potrzeby są ważne. Ale w każdym związku pojawia się moment, w którym jedna ze stron stwierdza - on nie zaspokaja moich potrzeb. Ktoś inny (bardziej ognisty kochanek, facet z pełnym portfelem) zaspokoiłby je lepiej. I co wtedy? Odchodzisz? Porzucasz partnera, bo nie sprostał oczekiwaniom? Zawsze będzie ktoś, kto mógłby Twoje potrzeby zaspokoić bardziej.

            Nie twierdze, że filozofia "cieszyć się z tego, co się ma" jest optymalna.
            Nie popieram trwania w toksycznych, przemocowych związkach za wszelką cenę.
            Ale rozwalić związek bez jakiejkolwiek próby... tego nie rozumiem.
            • aqua48 Re: To nie atak tylko inny punkt widzenia 09.06.14, 15:30
              indianan napisał:

              > Tak, potrzeby są ważne. Ale w każdym związku pojawia się moment, w którym jedna
              > ze stron stwierdza - on nie zaspokaja moich potrzeb. Zawsze będzie ktoś, kt
              > o mógłby Twoje potrzeby zaspokoić bardziej.

              Nie, ja przez 26 lat małżeństwa i wcześniej sześć lat znajomości nie spotkałam innego człowieka, który lepiej mógłby zaspokoić moje rozliczne potrzeby i którego byłabym w stanie znieść na dłuższą metę. Może po prostu dobrze i rozważnie wybrałam? A może mam szczęście?
              I tak, w każdym związku następują momenty kiedy jedna lub druga strona mówi sobie: dość on/ona nie zaspokaja mojej potrzeby tego czy tamtego, ale wtedy też następuje przewartościowanie - uprzytomnienie sobie - ale zaspokaja taką, taką i taką potrzebę, zatem podejmuję decyzję - zostaję i pracuję nad związkiem lub stwierdzam, że jednak ta niezaspokojona potrzeba jest dla mnie najważniejszą, lub jeszcze w innym przypadku niezaspokojonych pozostaje więcej potrzeb, niż zaspokojonych, i po uzmysłowieniu sobie, że nie osiągnę bez tego szczęścia - odchodzę.
              • sebalda Re: To nie atak tylko inny punkt widzenia 09.06.14, 16:44
                Mnie się ta historia nie klei. Z reguły są dwa scenariusze: mąż jest niedobry (różne rodzaje "niedobrości"), kobieta próbuje mówić o swoich potrzebach, on nie słucha, lekceważy ją, ona jeszcze próbuje, w końcu (z reguły po latach), ona decyduje się na rozwód/ucieczkę w ramiona innego. Rzadko matka dzieciom ulega bez powodu fascynacji innym mężczyzną. A jeśli, to robi to ukradkiem i nie rozwala rodziny, nie rezygnuje ze stablilizacji. Musi jej albo być bardzo źle w małżeństwie albo musi być niedojrzała, głupia, pusta, żeby z powodu romansu z bawidamkiem (bo tak z grubsza przedstawiasz kochanka żony) rozbijać rodzinę.
                I taka może jest Twoja żona, ale dlaczego Ty ją w takim razie tak kochasz? Dlaczego takiej pustej i nieodpowiedzialnej kobiecie bez zmrużenia powiek powierzasz dzieci, których dobro jest dla Ciebie najważniejsze, jak piszesz? Z Twoich słów wynika, że nie szanujesz żony, że wyśmiewasz się z jej "rycerza na białym koniu", z jej mrzonek i fanaberii. A jednocześnie chcesz taką kobietę koniecznie zatrzymać. Dlaczego? Piszesz o wartościach, a nie kierujesz się jedną ważną: szacunkiem dla żony.
                Są dwie możliwości: albo skrzętnie ukrywasz swoje REALNE przywary, miotasz się, bo "ofiara" ośmieliła się próbować wymykać, albo rzeczywiście rządzi Tobą bardzo silne uczucie, ślepe na prawdę o tym, że Twoja żona faktycznie jest mało warta. Niby to wiesz, ale w imię nierealnych oczekiwań (że ona się zmieni) chcesz ratować związek.
                Na RiDC czytałam kiedyś wątek faceta, który przenosił góry, robił wszystko, żeby odzyskać żonę, która od niego uciekła. Nie do innego mężczyzny, ale wręcz do innego kraju. Wszyscy bardzo mu współczuli do momentu, gdy ktoś znalazł inne jego wątki. Po pierwsze okazał się żądnym przygód dziwkarzem, po drugie potwornym mizoginem. Absolutnie nie twierdzę, że tak jest i w Twoim przypadku, piszesz bardzo ładnie, ale i takie przypadki bywają.
                Wszyscy na tym forum znają moją historię i wiedzą, jakiego rodzaju przemocy psychicznej doznaję ze strony męża. Bardzo pragnę rozwodu, ale przez lata zniewolenia nabawiłam się wyuczonej bezradności, nie stać mnie w tej chwili na rozwód etc. Mąż wie, że chcę rozwodu, on nie chce, bo wierzy, że można jeszcze wszystko naprawić, co nie zmienia faktu, że nie robi nic w tym kierunku, by się zmienić, bo (UWAGA!) to nie on jest winien, tylko ja. To ja mam się zmienić. Bo to, że on wybucha (nerwus to mało powiedziane) jest wyłącznie moją winą, bo... TO TY MNIE SPROWOKOWAŁAŚ!!! Jestem bardzo głęboko przekonana, że on pisałby bardzo podobne posty do Twoich, gdyby nie gardził z całego serca forami (siedliskiem zła wszelkiego!). I na pewno bardzo wiele osób by mu szczerze współczuło.
                Rozpisałam się, przepraszam. Ja bym chciała, żebyś dokładnie napisał, jakie żona miała konkretnie zarzuty wobec Ciebie, co ją popchnęło w ramiona innego. Tak szczerze, bo wiemy tylko, że jesteś nerwusem, ale większych przewin nie masz na koncie. Przekonajmy się, bądź szczery, wtedy łatwiej będzie Ci doradzić.
          • edw-ina Re: To nie atak tylko inny punkt widzenia 09.06.14, 16:13
            Ja nie patrzę na związek jako na transakcję wymienną, na spełnianie potrzeb drugiej osoby. Uważam, że od spełniania potrzeb swoich jestem ja, mój mąż od spełniania swoich. Razem możemy i chcemy: współdziałać, współtworzyć, wymieniać się, budować lub niszczyć. A wypełnianie oczekiwań kojarzy mi się z byciem najemnikiem, któremu zapłacono za to, by był i robił to co my chcemy i jak chcemy.
            Znam związki zbudowane na wypełnianiu oczekiwań, łataniu dziur powstałych w dzieciństwie, poprzednich związkach itp. Niemal wszystkie się rozpadły lub funkcjonują na granicy rozpadu. W moim odczuciu do związku nie nadają się ludzie potrzebujący, którzy relacją chcą załatać dziury, podbudować się lub właśnie mieć człowieka dokładnie takiego, jakiego sobie wymyślili. Do związku trzeba dojrzałości. Ot choćby takiej, która pojmuje, że zdrada nie zawsze musi kończyć się wystawieniem walizek za drzwi i pełną nienawiści wojną.
            • indianan Re: To nie atak tylko inny punkt widzenia 09.06.14, 17:50
              O ładnie to napisałaś. Myslę podobnie.
              Małżeństwo jest po to, by wspólnie coś zbudować - wg mnie po to, by stworzyć rodzinę.
              Ocenianie potencjalnych partnerów pod kątem poziomu zaspokajania moich potrzeb kojarzy mi się z targiem. Fajnie byłoby usłyszeć od kogos kiedyś: jestem z Tobą nie dlatego, że Cię potrzebuję (bo zaspokajasz np. moje wygórowane potrzeby finansowe) - po prostu chcę z Tobą być :)

    • akn82 Re: Uratowanie małżeństwa 09.06.14, 20:16
      Nam się udaje. Długo było z nami kiepsko. Tzn już przed ślubem były problemy. Jako dwie zaburzone osoby wkurzalismy się na wzajem i nie chcieliśmy się rozejść. Jednak podejmując decyzje o ślubie wiedzieliśmy ze bierzemy go na dobre i źle i nie będziemy powielać błędów naszych rodziców, wielokrotnych rozwodników. Po narodzinach córki nastąpiła tendencja spadkowa w relacjach. Po 3 latach kryzysu znalazłam mieszkanie i podjęłam pierwsze kroki ku przeprowadzce.mój mąż wtedy był już od 3 mies. na psychoterapii.zatrzymał mnie jego argument, ze potrzebuje czasu. 3 mies potem ja też poszłam na psychoterapię. Było kiepsko jeszcze przez jakieś 5 mies.potem nastąpił przełom i wszystko idzie równią w górę. Wszystko tzn życie prywatne, intymne, zawodowe i towarzyskie :-)
        • sebalda Re: Uratowanie małżeństwa 09.06.14, 21:33
          Indianan, ja bardzo chętnie poczytam Twój nowy wątek albo możesz napisać na priva, jak wolisz. Ja niezwykle lubię czytać wątki mężczyzn, bo pozwalają spojrzeć na drugą stronę medalu, poznać sposób myślenia mężczyzny, zobaczyć problem z drugiej strony.
          Tak się składa, że do tej pory miałam do czynienia często z wątkami, w których mężczyźni się żalili, ale jak dochodziło do podawania szczegółów, jak padały odpowiedzi na konkretne pytania, to niestety często wychodziło szydło z worka.
          Jestem tu znana z węszenia wszędzie przemocy w związku, bo sama jej doznaję i przez kilka lat zgromadziłam dużą wiedzę na ten temat, znam też setki relacji o niej. Żaden przemocowiec (mam na myśli przemoc psychiczną) nigdy nie przyzna przed żoną, otoczeniem, a nawet przed samym sobą, że stosuje przemoc. Często przemocowiec jest bardzo zdziwiony, gdy ofiara wreszcie mu się stawia i próbuje się uwolnić. Wtedy on ustawia się w pozycji poszkodowanego, bowiem często pod wieloma względami jest to niby oddany małżonek i ojciec. Mój mąż ma się za uosobienie cnót, wspaniałego, opiekującego się mną i dziećmi męża, niemającego żadnego swojego życia poza domem, skupionego na nas całkowicie. Dlaczego zatem zadaje mi wielokroć cierpienie, dlaczego największym moim pragnieniem jest uwolnienie się od niego, dlaczego rodzone dzieci są do niego skrajnie źle nastawione (dorosłe już dzieci, potrafiące samodzielnie ocenić sytuację, dodam)?
          Mój mąż wiele razy nie tyle deklarował poprawę, bo nie ma czego poprawiać (poza lekką nerwowością), ale miewał okresy dobroci, tzw. miodowe miesiące. Po nich następowały ataki. Wiesz ile lat nabierałam się na to, że tym razem to już na pewno będzie dobrze, przecież deklarował miłość, dawał prezenty, robił romantyczne kolacje, troszczył się o mnie, dbał, starał się. Grubo ponad 20 lat! Twoja żona jest z młodszego pokolenia, nie jest tak przywiązana do tradycyjnego modelu, może wie, że nie musi znosić cierpień do końca życia, może wytrzymywała Twoje deklaracje poprawy wystarczająco często i w końcu coś w niej pękło. Ja jestem wierząca, nie poszłam ani ścieżką zdrady (choć miałam okazję), ani rozwodu, bo dopóki nie wiedziałam, że to przemoc i nawet Kościół nie każe mi w tym trwać, uważałam, że nie wolno mi się rozwieść. Może Twojej żony to nie wiąże, a może wiąże, ale ona wcześniej uświadomiła sobie, że nie musi znosić krzywdzenia jej???
          Jeśli rozumiesz i wybaczasz jej zdradę, jeśli Ci na niej zależy, musiało być już bardzo źle. Dlaczego ona nie chce znowu próbować? Czy dlatego, że straciła nadzieję, czy dlatego, że jest pusta i dla romansu chce narażać dobro rodziny i dzieci? Czy nie jest tak, że tyle razy dawała Ci szansę, a Ty wciąż nie chciałeś zrozumieć, że nie możesz jej traktować tak, jak traktujesz, że w niej się przelało? Z reguły kobieta widząc dobre chęci męża, jego wyciągniętą rękę do zgody, obietnice poprawy i pracy nad związkiem, skwapliwie z tego korzysta. Przestaje, gdy to pozostaje tylko w sferze obietnic, a tak naprawdę nic się nie zmienia. Czy nie tak było?
          • indianan Re: Uratowanie małżeństwa 09.06.14, 22:35
            Pisałem - nigdy nie ma winy jednej strony.
            Mam wiele błędów na swoim koncie. I nie stawiam się w roli cierpiętnika.
            Wybaczyłem zdradę, bo sobie na nią zapracowałem.
            Szczegóły na priwie, bo tu nie miejsce na to.

              • indianan Re: Uratowanie małżeństwa 09.06.14, 22:56
                Wiesz, my generalnie się nawet lubimy, cenimy wzajemnie i potrafimy rozmawiać od serca, bardzo szczerze. Nikt nie wie tyle o żonie, co ja, nikt jej chyba lepiej nie zna.
                Tak, sądzę, ze zależało jej na wybaczeniu. Wszystko mi wyznała, bo nie potrafiła mnie okłamywać na dłuższą metę.
            • lena575 Re: Uratowanie małżeństwa 09.06.14, 23:18
              Z własnego doświadczenia - można utrzymac małżeństwo ale nie zawsze mozna utrzymac uczucia. Najczęsciej gdy już jedna strona zdecydowała się kategorycznie na rozwód to dlatego, że tych uczuć już nie ma. A gdy nie ma uczuć, to nie ma bliskości, intymności. Nawet zaprzyjaźnić się można, ale to nie jest juz małżeństwo.
              Są ludzie (i kobiety i mężczyźni) którzy potrafią odchodzić, zdradzać, wracać i kochać nadal a są i tacy, którzy zdradzają i odchodzą gdy przestaną kochać i odwrotu nie ma. Jesli swojej zony już nie pociągasz, nie ma poczucia bliskości z tobą, to nie ma czego ratowac. Dla dzieci może z tobą jeszcze pomieszkac pod jednym dachem, może prowadzić wspólne gospodarstwo. Tylko czy ty chcesz utrzymac rodzinę dla dzieci czy też małżeństwo dla siebie?
              • andalus Re: Uratowanie małżeństwa 10.06.14, 04:59
                Mam i miałam poglądy podobne do założyciela wątku. Jednak jest małe ale. To obie strony muszą chcieć. Co do uczuć, poczucia szczęścia, samorealizacji - małżeństwo jest po to aby się w nim realizować. Droga uwzględniająca tylko siebie jest zabójcza dla małżeństwa. A tak niestety w wielu przypadkach jest. I tak bliskość można odbudować, intymność też. ALe jedna osoba tego nie zrobi.
                • enith Re: Uratowanie małżeństwa 10.06.14, 06:07
                  > I tak bliskość można odbudować, intymność też. Ale jedna osoba tego nie zrobi.

                  Bingo. Autor wątku za to żyje chyba w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, bo stan faktyczny jest taki, że od roku mają z żoną galopujący kryzys w postaci romansu żony, a ona absolutnie nie zgadza się na terapię. TO ma świadczyć o tym, że żonie zależy na małżeństwie??
                  Mąż jak najbardziej może na żonę czekać, choćby i do śmierci, takie jego prawo. Natomiast prawem dzieci jest dorastać w normalnej rodzinie, choćby i patchworkowej. Rodzina, w której nieszczęśliwa matka nie marzy o niczym innym, tylko o tym, by odejść do kochanka, a powstrzymuje ją wyłącznie brak kasy, to nie jest dobra rodzina. Autor wątku pysk sobie wyciera dobrem dzieci, kompletnie nie widząc lub świadomie ignorując fakt, że obecna sytuacja dla tych dzieci też przecież jest daleka od ideału.
                  • indianan Re: Uratowanie małżeństwa 10.06.14, 07:14
                    Obecnie sytuacja dla dzieci jest daleka od ideału ale na pewno lepsza niż miałyby dorastać w rozbitej rodzinie. Dzieci widzą obecnie dwoje zakochanych w nich rodziców, dających im dużo ciepła i akceptacji. Tego bardzo potrzebują. Wallerstein (badająca reakcje dzieci na rozwód pisała):

                    "Dwa fałszywe założenia stanowią fundament naszych obecnych postaw wobec rozwodów. Pierwsze zakłada, że jeśli rodzice są szczęśliwsi, dzieci też będą szczęśliwsze. Nawet jeśli dzieci są zestresowane rozwodem, kryzys będzie przejściowy ponieważ dzieci są elastyczne i zaradne, więc szybko się z tego otrząsną. (...) W rzeczy samej wielu dorosłych uwikłanych w nieszczęśliwe małżeństwa byłoby zdumionych dowiedziawszy się, że ich dzieci są relatywnie zadowolone. Jest im obojętne czy mama i tata śpią w osobnych łóżkach, jak długo rodzina jest razem. (…)"
                    • enith Re: Uratowanie małżeństwa 10.06.14, 07:34
                      W rzeczy samej wielu dorosłych uwikłanych w nieszczęśliwe małżeństwa byłoby zdu
                      > mionych dowiedziawszy się, że ich dzieci są relatywnie zadowolone. Jest im oboj
                      > ętne czy mama i tata śpią w osobnych łóżkach, jak długo rodzina jest razem.

                      Z całym szacunkiem dla pani psycholog, poważnie wątpię w to, że dzieci nieszczęśliwych, czy wręcz nienawidzących się wzajemnie i nie chcących ze sobą być rodziców są szczęśliwe i wyrosną na szczęśliwych dorosłych. I jak, do licha, tacy dorośli, co to nigdy nie widzieli rodziców okazujących sobie czułości, śpiących w osobnych pokojach, żyjących obok siebie, mają stworzyć szczęśliwe, dojrzałe i trwałe związki? TV ich tego nauczy czy szkoła?
              • indianan Re: Uratowanie małżeństwa 10.06.14, 07:03
                "odchodzą gdy przestaną kochać i odwrotu nie ma. Jesli swojej zony już nie pociągasz, nie ma poczucia bliskości z tobą, to nie ma czego ratowac"

                Może i nie ma czego ratować. Ale może uda się zbudować na nowo. W końcu, kiedyś się w sobie zakochaliśmy i byliśmy najważniejsi na świecie. Coś nas przyciągnęło, coś połączyło. Mozna żyć samemu, można szukac gdzieś kogoś innego, a można podjąć próbę budowy relacji z osobą, którą się dobrze zna (nie będzie już negatywnych zaskoczeń i rozczarowań), z którą ma się dzieci, która się lubi i która fizycznie odpowiada wyobrażeniu o fajnym facecie/kobiecie.
                Nie wiem jak to działa u kobiet (zresztą każdy jest inny) - ale u mnie pojawiło się na nowo uczucie do żony, kiedy zacząłem o niej dobrze myśleć, dbać o nią, dawać jej to, czego wcześniej nie dawałem. Może to jest oczekiwanie na cud, ale w naszym związku było już tyle niezwykłych zdarzeń, że może i zmartwychwstanie nastąpi? :) Jeśli nie spróbuję, to na pewno się nie uda. Będę stał cierpliwie z boku i czekał. Jeśli zechce odejść, odejdzie - nic nie zrobię przecież. Jeśli nie zechce, to nie - nic na to nie poradzę. Ale chce mieć świadomość, że zrobiłem wszystko, bu uratować rodzinę.

                Myślę, że wiele małżeństw żyje głównie w oparciu o przyjaźń. I jakoś sobie radzą. Ja nie mam wielkich potrzeb i nie oczekuję, że żona będzie je zaspokajać. Chciałbym mieć w domu przystań, do której się wraca po ciężkiej pracy i gdzie można spotkać życzliwych ludzi, gdzie można wygadać się i poczuć akceptację :) Jeśli tego się nie da zbudować, to trudno.
                • enith Re: Uratowanie małżeństwa 10.06.14, 07:42
                  > ą. Ja nie mam wielkich potrzeb i nie oczekuję, że żona będzie je zaspokajać. Ch
                  > ciałbym mieć w domu przystań, do której się wraca po ciężkiej pracy i gdzie moż
                  > na spotkać życzliwych ludzi, gdzie można wygadać się i poczuć akceptację :)

                  W pięciu chyba wątkach, które wyprodukowałeś na temat swojego małżeństwa, piszesz wyłącznie o tym, czego TY chcesz. A czego chce twoja żona? Nie napisałeś NIC na ten temat. Nic na temat zarzutów, jakie ma wobec ciebie, nic o tym, dlaczego chce cię zostawić, dlaczego woli niepewnego kochanka, który już raz kopnął ją w cztery litery od pewnej przystani w postaci twojej osoby. Zgadzam się z Sebaldą, tu jest drugie dno, którego nie dotykasz, kompletnie pomijasz osobę żony i jakieś niewygodne fakty na temat TWOJEGO wkładu w obecną sytuację. Choć nie, na forum Rozwód... i co dalej przyznajesz, że byłeś nerwus, że niedojrzały, że olewający żonę. I że od roku się starasz. A małżeństwo trwało ile? Kilkanaście lat? I raptem rok starań ma wymazać choojowe zachowania trwające dekadę?
                  • indianan Re: Uratowanie małżeństwa 10.06.14, 08:34
                    A po co schodzisz na moje życie osobiste? Jakie ono ma znaczenie?
                    Wątek dotyczy możliwości ratowania małżeństwa.
                    Nie oczekuję tu wsparcia, spersonalizowanych porad.
                    Nie robię z siebie męczennika. Nie potrzebuję głasków, pocieszeń, zrozumienia.
                    Czemu mam pisać o żonie? O tym czego ona chce? Jak będzie chciała założy sobie wątek.
                    Odpuść... Skąd w Tobie tyle złości?

                    • krokodil123 Re: Uratowanie małżeństwa 10.06.14, 08:51
                      A czy ty poważnie nie rozumiesz o co cie pytają, czy tylko udajesz?

                      A po to że każdy przypadek jest oddzielny, każde małżeństwo jest inne i różne są powody dla które to małżeństwo się rozpadło i odpowiednio powody dla które to małżeństwo się związało na nowo.
                      Pisałam na początku u Krawczyków-teraz pofantazjuję-chcesz tak też mieć?
                      A czy masz tyle kasy ile miał on wtedy dlatego że jego żony może o to chodziło i przekalkulowała że jako żona dostanie więcej teraz i po śmierci od praw autorskich.

                      Ty chcesz pisać ogólnie....oki-92% się rozwodzi 8% nie na przykład. Dla konkretów-sprawdź statystki. I koniec tematu.

                      Ale możesz oceniać, ba....nawet już wiesz kto z piszących jakie ma wartości (a ja tego nie wiem tyle lat) ,ale twoja żona jakie ma priorytety i wartości nie napiszesz.

                      A może to nie ważne dla ciebie, dlatego że cała rozmowa takie wrażenie pozostawia.
                      • indianan Re: Uratowanie małżeństwa 10.06.14, 08:57
                        "A po to że każdy przypadek jest oddzielny, każde małżeństwo jest inne i różne są powody dla które to małżeństwo się rozpadło i odpowiednio powody dla które to małżeństwo się związało na nowo"

                        Dlatego chciałem o tym poczytać. Myślałem, że ktoś się podzieli swoją historią.
                        Ale możemy zakończyć ten wątek.

                        • krokodil123 Re: Uratowanie małżeństwa 10.06.14, 09:04
                          indianan napisał:

                          > "A po to że każdy przypadek jest oddzielny, każde małżeństwo jest inne i różne
                          > są powody dla które to małżeństwo się rozpadło i odpowiednio powody dla które t
                          > o małżeństwo się związało na nowo"
                          >
                          > Dlatego chciałem o tym poczytać. Myślałem, że ktoś się podzieli swoją historią.
                          > Ale możemy zakończyć ten wątek.
                          >

                          Ja jak i inne osoby podzieliliśmy się swoją historią. I co znalazłeś wśród tego wszystkiego swój prototyp, jakiegoś podobieństwa, coś co może ci być pomocne.

                          Wogóle jakie wnioski z tego wszystkiego wyciągnąłeś?
                • aqua48 Re: Uratowanie małżeństwa 10.06.14, 08:27
                  indianan napisał:

                  > Myślę, że wiele małżeństw żyje głównie w oparciu o przyjaźń. I jakoś sobie radz
                  > ą. Ja nie mam wielkich potrzeb i nie oczekuję, że żona będzie je zaspokajać. Ch
                  > ciałbym mieć w domu przystań, do której się wraca po ciężkiej pracy i gdzie moż
                  > na spotkać życzliwych ludzi, gdzie można wygadać się i poczuć akceptację

                  A jakie potrzeby ma Twoja żona? Może nie chce małżeństwa opartego wyłącznie o przyjaźń, może chce być z kimś kto będzie jej na prawdę potrzebował i z kim będzie miała wspólne cele inne niż tylko wychowywanie dzieci? Kogoś kto zobaczy i doceni w niej człowieka ze swoimi aspiracjami, a nie tylko kierownika miłej przystani. Rozmawialiście w ogóle na ten temat?
                  • indianan Re: Uratowanie małżeństwa 10.06.14, 08:44
                    Bardzo dużo rozmawiamy.
                    Mogę mówić o sobie. Nie będę wyciągał spraw żony.
                    Założyłem ten wątek, by poczytać o doświadczeniach innych par i poglądach na temat możliwości ratowania małżeństwa. I to nie mojego, choć może czasem daje się spychać na ten wątek.

                    Bardzo ciekawa jest forumowa tendencja do dawania rad, instruowania, oskarżania ("to na pewno twoja wina", "masz za swoje"), projektowania własnych doświadczeń.

                    ps:
                    sytuacja jest ogromnie skomplikowana i są w stanie o niech rozmawiać chyba tylko dwie osoby (ja i żona). Nikt inny tego nie pojmie. Wszystko co napiszę, będzie tylko cząstką, która naświetli jeden aspekt, a pominie setki innych. Wchodzi w to wszystko m.in. przeszłość i relacje rodzinne (relacje z rodzicami). Nie da się tego sprowadzić do prostego: "to Ty zaniedbałeś związek".
    • przeciez.wiem Re: Uratowanie małżeństwa 10.06.14, 09:06
      Tak, dokładnie to usłyszałem - nie mam kasy, więc jest mi wygodnie mieszkać z Tobą.
      Jak się pojawi, to znikam. Oczywiście nie ma seksu.
      Tak, jestem wykorzystywany - taki mój krzyż...


      Zacytowałam Ciebie samego - z Twojego wątku na forum rozwodowym.
      I tak czytam co wypisujesz w tym wątku i zaczynam się zastanawiać czy jaj sobie nie robisz... Ta Twoja jeszcze żona musi Cię kompletnie nie szanować. Bo sam siebie nie szanujesz. Leje kobieta na Ciebie ciepłym moczem, a Ty płaszczysz się i jęczysz... Żal.
      • triss_merigold6 Re: Uratowanie małżeństwa 10.06.14, 09:22
        Autor sprawia wrażenie odpornego na wiedzę i stosującego wyparcie + spychotechnikę.
        Żona nie chce z nim być. Nie chce. Ma w dupie czy on się zmienił i jak się zmienił. Być może chciała żeby się zmienił 5 lat temu, 3 lata temu, a teraz - od roku - ma to w dupie i żadna zmiana już nie pomoże. Too late.
          • sebalda Re: Uratowanie małżeństwa 10.06.14, 11:06
            Być może ta informacja już się gdzieś pojawiła, ale nie pamiętam, a chciałabym znać chronologię wydarzeń. Czy Ty zacząłeś się starać po czy przed zdradą żony? Czy dopiero zdrada Cię zmotywowała do pracy nad związkiem? Taka terapia szokowa? Wcześniej żona sygnalizowała problemy, ale się tym nie przejmowałeś, a jak ona straciła nadzieję i znalazła bliskość u innego, to dopiero Cię oświeciło? No cóż, jeśli tak, to faktycznie Triss ma rację: too late. Szkoda, że wcześniej nie pomyślałeś, że w związku trzeba się jednak starać.
            Pytanie o problemy sygnalizowane przez żonę są tutaj kluczowe. Z jednej strony piszesz, że to nie w porządku, by mieć oczekiwania i w wypadku ich niespełniania odchodzić, z drugiej jednak piszesz wyłącznie o swoich oczekiwaniach, nic o żony. Czy one są aż tak nieważne? A może tu jest pies pogrzebany - w tym nieprzykładaniu wagi do tych oczekiwań. Ja też nie lubię słowa "oczekiwania", ale często jest tak, że osoba, której nie podoba się fakt posiadania oczekiwań przez drugą stronę, sama te oczekiwania posiada i jawnie egzekwuje (nie bacząc na koszty po drugiej stronie). Mój mąż też narzeka na brak bliskości i wsparcia z mojej strony, ale jak ja mam, do diaska, mu je dać, gdy on nieustannie mnie atakuje, wyżywa się na mnie i na dzieciach, używa wulgarnych słów i robi wiele innych paskudnych rzeczy? Fajnie się pisze, że marzy się o szczęśliwej, kochającej się rodzinie, gorzej postarać się, by ta druga strona miała też szansę to urzeczywistnić przy naszym boku.
            • indianan Re: Uratowanie małżeństwa 10.06.14, 11:44
              Kończmy.
              Oczekiwania mojej żony sprowadzają się do tego, aby być z tamtym, którego uważa za miłość swego życia (choć on nigdy nic nie obiecywał i zniknął po jakimś czasie). Mogę się starać niewiadomo jak ale w takim układzie nie mam szans. Wszystko co robię ją drażni. Czy się staram czy nie staram. Oczywiście gdyby była ze mną szcześliwa do takiej sytuacji by nie doszło. Mam wziąć winę na siebie - że to ja spowodowałem brak szczęścia? Może po prostu mnie nie kochała i nie umiała się cieszyć z chwil spędzanych razem... Może miała takie oczekiwania, którym nie potrafiłem sprostać (choć się starałem). Kryzys pojawił się, kiedy przestałem się starać i zająłem sobą. Wtedy poczuła się odrzucona ale dla mnie to było ratowanie siebie samego. Nie czuję się jedynym odpowiedzialnym za zanik więzi. Chyba zawsze kochałem bardziej...

              • sebalda Re: Uratowanie małżeństwa 10.06.14, 13:29
                Ale tutaj nic się nie klei. Starałeś się, było źle, bo musiałeś się przestać starać, żeby się ratować (przed czym???). Jak przestałeś się starać, było jeszcze gorzej, bo się nie starałeś, doszło do kryzysu, żona zdradziła, wziąłeś na siebie, znowu zacząłeś się starać, ale żona już Cię nie chce, nie dlatego, że się nie starasz, ale dlatego, że się bezrozumnie zakochała. Wcześniej pisałeś o oczekiwaniach żony (szeroko, jakie to jest nie fair mieć oczekiwania), teraz sprowadzasz wszystko do jej zakochania.
                Powtarzam: albo winien jesteś Ty i wtedy zrozumiała jest reakcja żony i Twoja chęć ratowania związku, albo masz złą żonę, która nie potrafiła docenić, jaki ma skarb w domu (przecież się starałeś) i puściła się z pustym bawidamkiem. Innych opcji nie ma. Jeśli zachodzi ta druga, nie rozumiem, dlaczego tak Ci na niej zależy i dlaczego chcesz takiej pustej i lekkomyślnej żonie oddać dzieci.
                Uważam, że jesteś nieszczery w swoich wypowiedziach, przemilczasz ważne informacje, dlatego trudno Ci coś doradzać.
                • indianan Re: Uratowanie małżeństwa 10.06.14, 13:45
                  "Powtarzam: albo winien jesteś Ty i wtedy zrozumiała jest reakcja żony i Twoja chęć ratowania związku, albo masz złą żonę"

                  Wszystko postrzegasz tak zerojedynkowo? Ja w ogóle nie chce szukać WINNYCH. Życie jest cholernie skomplikowane, jesteśmy ze sobą kilkanaście lat. Nie da się wszystkiego opisać we dwóch akapitach. Niepotrzebnie zaczynam to robić. Twoja wersja tez jest dla mnie mocno subiektywna. Wszystko zrzucasz na męża: przemocowiec, robi dobre wrażenie a w domu jest okropny itd. A może jest okropny, bo go nie doceniasz, nie ma akceptacji itd. Nie wiem - nie rozstrzygam i nie szukam. Zna tylko Twoją wersję. Związek tworzy dwoje ludzi. I rzadko jest tak, że jedna strona jest opowiedzialna za złe relacje.

                  Powtarzam: nie szukam pocieszenia ani zrozumienia. Chciałem sobie po prostu poczytać opinie na temat możliwości ratowania związków.
                  • sebalda Re: Uratowanie małżeństwa 10.06.14, 15:21
                    Żeby Ci odpowiedzieć na pytanie, czy jest możliwe/warto za wszelką cenę ratować Twoje małżeństwo (bo co Cię obchodzą inne małżeństwa, nic z wiedzy o innych nie wynika dla Ciebie) musielibyśmy wiedzieć, dlaczego tak naprawdę się rozpadło/rozpada. Unikasz jasnej odpowiedzi na to pytanie, używasz ogólników, szermujesz wartościami wyższymi, ustawiasz się w pozycji tego starającego się, mylisz tropy, jak chcesz uzyskać odpowiedź na swoje pytania? Tylko szczerość z Twojej strony mogłaby pomóc udzielić Ci odpowiedzi.
                    Ja Ci poradzę: walcz dalej, a tak naprawdę może to być najgorsza (dla Was obojga i Waszych dzieci) opcja. Skąd mogę wiedzieć, czy Ty na to zasługujesz? Albo czy zasługuje na to Twoja żona?
                    I o jednym mogę Cię solennie zapewnić, czerpiąc z doświadczeń swoich i baaaaaaardzo wielu par: trwanie małżeństwa WYŁĄCZNIE dla dobra dzieci NIGDY nie przynosi nic dobrego ani tym dzieciom, ani parze. Czasami rozstanie jest najlepszą rzeczą, jaką rodzice mogą zrobić dla swoich dzieci, a trwanie w związku pełnym niechęci i animozji - najgorszą.
                    Czytasz opinie psychologów. A ja czytam prawdziwe historie i uważam, że moja wiedza jest mimo wszystko prawdziwsza, bo praktyczna, nie teoretyczna.
                    Chciałeś do mnie napisać, czemu zrezygnowałeś? Wygląda to tak, jakbyś jednak miał coś na sumieniu. Ale oczywiście mogę się bardzo mylić, niczego nie przesądzam. Dlatego tak proszę o te informacje. Mimo wszystko chciałabym Ci/Wam jakoś pomóc. Taką mam naturę.
                    • andalus Re: Uratowanie małżeństwa 10.06.14, 18:02
                      podeprę się własnym doświadczeniem. Nie jest zawsze prawdą, że rodzice żyjące razem dla dzieci będą dla nich złym przykładem, a wzajemna niechęć zatruje je do końca życia.
                      Pochodzę z takiej rodziny. Nigdy nie słyszałam rodziców kłócących się, awanturujacych, byli dla siebie bardzo uprzjemi i dzielili się opieką nad nami. Choć wiem, że już wtedy w ich małżeństwie była ta druga i sprawa, że tka powiem się sypnęła.
                          • sebalda Re: Uratowanie małżeństwa 11.06.14, 16:40
                            Jeśli latami się kłócą, awanturują, nie szanują albo są oziębli i sztuczni, to nawet dziecko widzi, że nie ma szans na to dogadanie się.
                            Dzieci bardzo długo nie sygnalizują, że są nieszczęśliwe i że chowają głowę pod poduszkę, gdy rodzice (przekonani, że dziecko już śpi) w nocy się kłócą. Mniejsze dzieci myślą o rozwodzie rodziców z przerażeniem, ale już nieco starsze, obserwujące postępujący rozkład i wyniszczające wzajemne zachowania rodziców szybko marzą o spokoju, stabilizacji, normalności, nawet tylko z jednym z rodziców, ale jednak normalności. Bo nienawidzący się rodzice pod jednym dachem to jednak nie jest normalność. Nieszczęśliwi, wypaleni, stłamszeni rodzice też nie.
                            Nie mówiąc o wzorcach związku, jaki tacy rodzice fundują dzieciom. Nawet jeśli nie ma awantur, ale chłod, dystans, drobne złośliwości, niechęć, zmęczenie i ciągle smutne oczy któregoś z rodziców.
                            Gdy w domu jest przemoc psychiczna, czasami nieoczywista, zakamuflowana, w białych rękawiczkach, dziecko też bardzo cierpi. Gdybyś znał choć część opowieści takich dorosłych już dzieci, jakie ja znam (także z tego forum), zupełnie inaczej byś patrzył na tzw. dobro dzieci. Wierz mi, wiem, co mówię:(
                            Dodam jeszcze, że takie dzieci nie mniejszy żal mają do tego rodzica, który nie przeciął tej sytuacji, który był bierny, niż do tego, który był bezpośrednio winowajcą. Choćby się starał.
                          • krokodil123 Re: Uratowanie małżeństwa 11.06.14, 16:59
                            indianan napisał:

                            > A nie lepiej marzyć, by się dogadali?

                            Powiedź mi czy ty marzysz że by Tuski i Kaczyński się dogadali czy jednak może rozumiesz co ich dzieli i dlaczego dla dobra obojga lepiej żeby nie były razem (w jednej partii powiedzmy)?
                            • indianan Re: Uratowanie małżeństwa 11.06.14, 17:26
                              Moim zdaniem nie dzieli ich wiele - ot gra polityczna, teatr.
                              Nie widzę żadnych przeszkód aby w sytuacji kryzysowej współpracowali.

                              Po oc budować zresztą takie skrajne analogie - większość ludzi w związkach może się dogadać, tylko muszą zechcieć popracować nad sobą, zmienić negatywne przekonania, otworzyć się.
                              Przyczyną rozwodów sa problemy komunikacyjne bardzo często, a nie jakaś chroniczna nienawiść.
                              • enith Re: Uratowanie małżeństwa 11.06.14, 17:36
                                > Po oc budować zresztą takie skrajne analogie - większość ludzi w związkach może
                                > się dogadać, tylko muszą zechcieć popracować nad sobą...

                                Podkreśliłam tu mądre, kluczowe zdanie, które napisałeś. Teraz zastosuj to do własnej sytuacji.
                              • krokodil123 Re: Uratowanie małżeństwa 11.06.14, 17:51
                                Nie mam już pomysłu jak cie przekonać żebyś przynajmniej na chwile poparzył z drugiej strony.
                                Teraz piszę o mnie. Ja chciałam rozwód i nie odeszłam od męża po to że miałam innego faceta (a to jest olbrzymy faktor dla rozstania), a po prostu że nie chciałam z mim być już.

                                I teraz przypuśćmy że od nowa jestem w tam ten punkt kiedy ja już wiem, że nie kocham go, nie szanuję faceta, wręcz drażni mnie jego obecność, a tutaj ktoś mi mówi że "mamy się dogadać", mam "zmienić negatywny przekaz", "otworzyć się"????

                                Co to do xxxx to oznacza????
                                Dla mnie są tylko puste slogany, które w konkretnym momencie, kiedy ja
                                -podjęłam decyzje,
                                -wiem co chce
                                -mam plan
                                -realizuje go

                                ktoś mi gada o współpracy??????

                                To w takim razie przypuśćmy że JA jestem w tym momencie i TY jesteś moim mężem.
                                Twojej żony tutaj nie ma dlatego że sanujemy jej "prywatność" i ty nie chcesz pisać o niej (rozumiem).
                                Więc ja cię pytam: jeszcze mężu o co konkretnie ci chodzi i co chcesz od mnie? Ja chce rozwodu. Zastanowiłam się, moja decyzja jest przemyślana i ostateczna, nie mogę żyć z tobą i już złożyłam pozew.
                                Co ty rozumiesz pod dogadaniem się?
                                Jak dokładnie mam zmienić swój negatywny przekaz?
                                I jak mamy współpracować?

                                • indianan Re: Uratowanie małżeństwa 11.06.14, 22:18
                                  "Zastanowiłam się, moja decyzja jest przemyślana i ostateczna, nie mogę żyć z tobą i już złożyłam pozew"

                                  każdą decyzję można zmienić :)
                                  chyba, że się chce być niewolnikiem własnej decyzji...

                                  nic od Ciebie nie chcę :) - to nie Ty jesteś mi przeznaczona, tylko moja żona :)
                                        • indianan Re: Uratowanie małżeństwa 12.06.14, 06:18
                                          A Ty rozumiesz o czym piszę?
                                          Jesteśmy na forum zycie rodzinne. Rodzina jest dla mnie wartością nadrzędną.
                                          Zrobię co w mojej mocy, by ją utrzymać w całości. Wierzę, że jest to możliwe.
                                          Kocham moją żonę i chciałbym dla niej jak najlepiej. Jeśli zdecyduje się na rozwód - podpiszemy papiery. Jestem na to gotowy. Ale póki nie ma rozwodu, póki jest ziarno nadziei będę walczył.
                                          Moja żona podjęła decyzję, co nie znaczy, że nie może jej zmienić, kiedy zobaczy, że zmienił się także kontekst, układ współrzędnych.
                                          Oczywiście - jeśli żona nie będzie szczęśliwa w takiej rodzinie, to ona będzie kiepsko funkcjonować. Dlatego bardzo chciałbym, aby odnalazła w niej szczęście. I wciąż wierzę, że to się może udać.
                                          pozdrowienia :)
                                              • triss_merigold6 Re: Uratowanie małżeństwa 12.06.14, 08:47
                                                Nie ma się czym chwalić. :/
                                                Po zdradzie i porzuceniu jak najbardziej normalne jest odczuwanie żalu, złości, gniewu, zazdrości, bólu, cierpienia, rozgoryczenia, rozczarowania, lęku itd.
                                                Ale Ty zwyczajnie odmawiasz żonie autonomii, prawa do jej zdania, do - złego lub dobrego - wyboru. Uznajesz, że nawet jeśli podjęła decyzję to, cóż tam decyzja, nic istotnego, fanaberia, dziś taka jutro inna i kobiecie się odmieni jeśli będziesz odpowiednio długo tłumaczył.
                                                Jeśli w rodzinie prezentujesz takie podejście jak na forum, to ta kobieta musi Cię zostawić, żeby w ogóle móc żyć.
                                              • krokodil123 Re: Uratowanie małżeństwa 12.06.14, 08:55
                                                Indianan, może w ramach pracy nad sobą i uzdrowienia relacji się zastanów co u ciebie jest że na forum życie rodzinne w kilku już kobiet (które nawet cię nie znają) wzbudziłeś niechęć a nawet agresje.
                                                Dlaczego nie możesz mówić, komunikować się konkretami, dlaczego zawsze kręcisz i wypadasz jak kombinator lub użyje twoich słów jako fanatyk.

                                                Tak-to ty dla mnie jesteś fanatykiem, dlatego że ileś czasu mówisz tylko co ty chcesz jak mantra i z żadnej osoby stąd, w żadnym kontekście nie zdołałeś pogadać inaczej (czytaj merytorycznie).

                                                Dlaczego (mam takie wrażenie) odpychasz ludzi od siebie.

                                                Jeszcze taka przyjacielska porada-zbadaj się czy nie masz zespołu AS, mam znajomego który prowadzi rozmowy w taki sam sposób jak ty i ma to schorzenie.
                                                • indianan Re: Uratowanie małżeństwa 12.06.14, 09:05
                                                  Masz rację - rozmowa w takim kształcie nie ma sensu, bowiem odbywa się na zbyt dużym poziomie ogólności. A nie podam konkretów, bo to zbyt intymne kwestie na forum. W takim ujęciu obraz jest mglisty. Znając całą sytuację, mam podstawy sądzić, że decyzja nie jest ostateczna i że można nasze małżeństwo odbudować. I tak sądzi wielu moich/naszych znajomych i przyjaciół. Ale o tym nie chcę tu pisać. Skończmy już ten wątek.

                                                  co to jest AS? :)
                                                  • indianan Re: Uratowanie małżeństwa 12.06.14, 09:13
                                                    Triss uczepiłaś się mnie chyba z przyzwyczajenia.
                                                    Odpuść...
                                                    Tak nasi niektórzy znajomi wiedzą, że jesteśmy w separacji - to takie dziwne?
                                                    Najbliżsi przyjaciele znają naszą historię. To dla Ciebie niezwykłe?
                                                    Zresztą ja długo o tym nic nie mówiłem - raczej wyszło to od żony.
                                                  • triss_merigold6 Re: Uratowanie małżeństwa 12.06.14, 09:16
                                                    Jaka separacja skoro mieszkacie razem. Ale ok. Tak, dla mnie to dość niezwykłe, bo poza dosłownie 2-3 osobami, resztę poinformowałam po fakcie, jak zostawiłam męża ostatecznie i zmusiłam żeby się wyprowadził (mieszkanie moje i tylko moje).
                                          • krokodil123 Re: Uratowanie małżeństwa 12.06.14, 09:25
                                            Nie zakładaj tego na 100%.
                                            Chciałeś rady-no to daje ci najlepszą (według mnie) który usłyszał mój mąż właśnie na terapii i która przeszła mu z jednego ucha do drugiego nie zostawiać żadnego śladu w głowie.

                                            Taka pewność jest twój największy wróg. Jeżelibyś znał swoją żonę to wszystko by było dobrze.
                                            Może się ona zmieniła, może ona w tej chwili się zmienia i ty nie zauważasz i nie nadążasz za tym. Człowiek się cały czas zmienia i to jest w porządku.

                                            Spójrz na nią jako na nowy człowiek, zaczyny od nowa ją poznawać, słuchaj co ona komunikuję i może wtedy się coś uda. Jak nie teraz to za 2-4 lata.
                                            • indianan Re: Uratowanie małżeństwa 12.06.14, 09:31
                                              Dzięki. To dobre rady... Tak właśnie robię.
                                              Zmieniła się trochę, muszę się uczyć jej na nowo :)
                                              I więcej jej słuchać.
                                              Niemniej znam ją dobrze i dlatego właśnie wciąż mam nadzieję.

                                  • krokodil123 Re: Uratowanie małżeństwa 12.06.14, 08:05
                                    Jasne że nie jestem twoja żona.
                                    Chciałam żebyś napisał co konkretnie odpowiedziałbyś żonie na takie pytania i co konkretnie od niej byś oczekiwał.
                                    Ale widocznie ty nie możesz powiedzieć nic konkretnego i nie jesteś w stanie takiej rozmowy prowadzić. Możesz (co zaobserwowałam tutaj) tylko nawijać to samo bez przerwy co serdecznie i bez grama sarkazmu ci piszę że zarówno na forum jak i w życiu realnym jest nudne.
                                • indianan Re: Uratowanie małżeństwa 12.06.14, 08:50
                                  Znam moją żonę, Ciebie nie. Wiem jaki ma system wartości i co jest dla niej naprawdę ważne (szczęście dzieci). Argumenty, jakie mogą do niej przemówić, dla Ciebie będa pewnie bez znaczenia. Jest także inny kontekst sytuacji. Dlatego nie da się tego przełożyć.

                                  Ale odpowiem: "chcesz rozwodu, rozumiem Twoją decyzję. Jeśli to jest to, czego rzeczywiście pragniesz, nie uda mi się powstrzymać Twoich działań. Jednak jeśli jest w Tobie choć ziarno wątpliwości - dajmy sobie jeszcze jedną szansę. Chodźmy na terapię, może coś drgnie. Szczęście może kryć się w miejscu, o którym nawet teraz nie myślimy. Może ten kryzys był właśnie po to, by docenić coś się ma/co można stracić".

                                  I co, śmieszne?
                                  • krokodil123 Re: Uratowanie małżeństwa 12.06.14, 09:01
                                    Nie, nie jest to śmiesznie (czyż byś obawiał się ośmieszenia).

                                    Powiem szczerzę, jeżeli ty jako mój mąż przed tym nie zrobiłeś coś strasznego w sensie pobiłeś mnie, skrzywdziłeś dziecko, spaliłeś dom, przegrałeś nasze oszczędności (takie rzeczy które są nieodwracalne dla mnie) to po takim tekście zgodziłabym się na terapie.
                                  • default Re: Uratowanie małżeństwa 12.06.14, 09:02
                                    Czytając Cię mam dwa skojarzenia:
                                    "Ja wiem, że Polokoktowcy nas nie kochają, ale my ich tak długo będziemy kochać, aż oni nas w końcu pokochają." (Kingsajz)
                                    A drugie mniej śmieszne - Twoje wypowiedzi takie trochę psychopatyczne się robią, przypominają mi się różne opowieści i filmy o zaburzonych facetach, więżących swoje wybranki w ciemnej piwnicy lub mordujący i przechowujący zmumifikowane zwłoki latami we własnym łóżku - wszystko w ramach osobliwie pojętej "dozgonnej miłości".
                                    (wiem, przesadzam, ale tak tylko chciałam zasygnalizować w jakim kierunku może iść takie myślenie, jakie tu prezentujesz, oczywiście nie podejrzewam Cię o zaburzenia psychiczne :)).

                                  • krokodil123 Re: Uratowanie małżeństwa 12.06.14, 09:10
                                    Jednak jedna rzecz mi zakrakała i nie pamiętam czy pisałeś o tym.
                                    Po takim tekście ja jako twoja żona nie wiem czy ty mnie kochasz i czy przed tym mnie kochałeś.
                                    (Jaka jest prawda).

                                    Nie rozumiem czy ty małżeństwo chcesz żeby trwało bo "tak wypada" czy dlatego że kochasz żonę. Tego nie zakomunikowałeś jasno, a może żonie to brakowało całe życie-pokazywania uczuć, pokazania i mówienia że jest ważna, doceniania jej.
                                    Może ona czeka na takie słowa?
                                    • triss_merigold6 Re: Uratowanie małżeństwa 12.06.14, 09:14
                                      O toto. Panu zależy na rodzinie jako pewnej komórce społecznej, na określonym układzie. Taki układ można tworzyć z każdym, w zasadzie nie ta postać, to inna.
                                      Z tekstu nie wynika, że panu zależy akurat na tej konkretnej żonie, że zawalił mu się świat po jej odejściu, że ją kocha, że jest zazdrosny o tego drugiego mężczyznę.
                                      • indianan Re: Uratowanie małżeństwa 12.06.14, 09:22
                                        "Z tekstu nie wynika, że panu zależy akurat na tej konkretnej żonie, że zawalił mu się świat po jej odejściu, że ją kocha, że jest zazdrosny o tego drugiego mężczyznę"

                                        Przecież ona to wie doskonale. Ale to nie jest argument - odwołuję się do rozsądku, a nie wzbudzania litości i wyrzutów sumienia.