ecco_mi
29.06.14, 10:46
Chciałam się dowiedzieć, jak ocenilibyście moją sytuację.
Jestem jedynaczką, córką ludzi, którzy nie byli zgodnym małżeństwem, właściwie w moim odczuciu, nigdy nie powinni byli się pobrać. W domu były kłótnie, brak wspólnego spędzania czasu, osobne wakacje z każdym z rodziców, osobne finanse każdego z rodziców, brak wspólnych obiadów, itp.
Moja matka była osobą niezwykle wybuchową, nieradzącą sobie z emocjami, zwłaszcza złością. Ciągle szydziła z mojego ojca, a mnie w to wciągała. Byłam świadkiem, jak dwukrotnie wyrzuciła go z domu. Byłam przez nią szarpana i bita, nie za jakieś realne przewinienia, raczej dla wyładowania emocji. Obrażała mnie słownie również i odtrącała emocjonalnie. Mogłabym jeszcze wiele rzeczy napisać, ale nie w tym rzecz. Skończyło się to wraz z jej śmiercią, gdy miałam 13 lat. Jedyne chyba, co zawdzięczam mojej matce to to, że nauczyła mnie wielu rzeczy i wpoiła samodzielność.
Mój ojciec reagował na to obojętnie, wychodzeniem z domu i udawaniem, że wszystko jest ok. Nie bronił mnie, jeśli już to zupełnie nieskutecznie. Ja nawet nie pamiętam wiele z jego obecności w moim życiu. Był chyba zepchnięty w cień przez swoją żonę.
Gdy moja matka zmarła, chciałam się do niego zbliżyć, kupowałam mu prezenty z jakichś kieszonkowych, wyciągałam na wspólne spędzanie czasu, ale z każdym miesiącem i rokiem sytuacja się pogarszała. Coraz bardziej mnie odpychał, karał ciągłym obrażaniem się o najbardziej czasem absurdalne rzeczy (i to chyba było dla mnie najgorsze), szyderstwami (również takimi dotyczącymi różnych aspektów mojego wyglądu i kobiecości). Nie był osobą biedna, ale ciągle wypominał mi to, co mi dawał, a wiele tego nie było. Krótko po śmierci mojej matki ożenił się. Jego nowa żona była początkowo nastawiona do mnie przychylnie, ale dość szybko zaczęła się zachowywać podobnie jak on. Myślę, że pod jego wpływem. Tym bardziej, że byłam świadkiem, jak szyderczo komentował do niej różne moje poczynania .To, co jeszcze mam mu do zarzucenia to fakt, że zupełnie zaniedbał kwestię mojego usamodzielnienia. Tzn. nigdy niczego mnie nie nauczył, nie tłumaczył, ciągle podkreślał jakąś moja bezradność, nieumiejętność, wszelkie przejawy mojego usamodzielniania się karał obrażaniem się i kłótniami.
Po studiach nie wróciłam już do rodzinnego domu, usamodzielniłam się i mogę powiedzieć, że jest ok. Tylko, że ja zerwałam z nimi kontakt. Tzn. znają mój numer telefonu, adres, w każdej chwili mogą przyjechać, jeśli się zapowiedzą. Problem w tym, że ja do nich nie dzwonię w ogóle, nie wysyłam życzeń na święta (które spędzam sama), urodziny itp. Mój ojciec z kolei zaczął do mnie dzwonić i chce chyba teraz mieć kontakt ze mną, ale we mnie się wszystko kompletnie wypaliło. Ja już nie potrafię. Tym bardziej, że on nie ma sobie zupełnie nic do zarzucenia, żyje w przekonaniu, ze jest ojcem zupełnie w porządku. A dla mnie to jest największy problem. Ja sobie nie wyobrażam, że po tych wszystkich latach mam udawać, że jest tak, jak jemu się wydaje. Jak byłam nastolatką, to wielokrotnie, cos mu próbowałam tłumaczyć, ale jak grochem o ścianę, ja teraz naprawdę nie mam już siły. Wypaliłam się. Z drugiej strony jestem w kropce, bo mam wrażenie, że to ja jestem ta zawzięta jędza.
I co ja mam zrobić? Mam 35 lat, jestem na psychoterapii już x lat, ale nadal jakoś nie mogę sobie tego poukładać.