panizalewska
30.06.14, 11:16
Czyli zakamuflowany wątek o teściowej.
Jest mi ogromnie przykro, ale szlag mnie trafia. Może ktoś mi podpowie, jak mam się zachowywać?
Teściowa i relacje z nią - sprawa złożona, ma plusy i minusy. Mamy dni lepsze i gorsze.
Starsza kobieta lat 70, mąż zginął 10 lat temu, ma jedynego syna, czyli mojego męża, mamy dwójkę małych dzieci (2 lata + noworodek). Teściowa mieszka sama na wsi 120 km od nas. Przyjeżdżamy do niej, ona do nas też (mąż przywozi), mąż jeździ, pomaga, zwozi drewno z lasu, oporządza gospodarstwo, lekarze itp itd. Czyli jak na syna - ogarnia naprawdę dużo, pomaga, jak może. Mama nie docenia. Odkąd ja się pojawiłam w jego życiu - wieczna depresja, wiecznie "synciu ratuj, ja nic nie potrafię". Typ "leżę w łóżku i umieram" ale z łóżka wszystko słyszy, wszystko widzi, dopytuje się o każde westchnienie, jak ktoś coś mruknie do siebie, komentuje. Ale zasadniczo pół dnia leży w łóżku i śpi / narzeka. Do tego niestety jest na bakier z higieną. Śmierdzi porażająco. Myje się symbolicznie, nie zmienia ubrań. Leży w łóżku i gnije niestety. Nic do niej nie przemawia, żeby się ruszyła, na spacer, po chleb, przejść się pogadać z sąsiadami. Od leżenia w łóżku jeszcze żadna depresja nie minęła, a tym bardziej wieczny ból głowy.
Problem jest wtedy, kiedy leży i jęczy w naszym mieszkaniu. Mamy 1,5 pokoju, mieszkanko naprawdę malutkie. Ja jestem w domu, mąż w pracy. Kobieta siedzi mi dosłownie na głowie. Próbuję ogarnąć dwójkę dzieci, muszę ostro kombinować jak je porozkładać spać, czy oba dzieciaki w sypialni (budzą się nawzajem), czy starszą na kanapie w salonie (spada), młodego w łóżeczku w sypialni. Nie mogę odpocząć we własnym domu. Bo zaraz komentarze, muszę się spowiadać z każdego mruknięcia i stęknięcia, "cooo? nie słyszałaaaam!" a kiedy wychodzimy, ja się spieszę i denerwuję, to akurat mama wstaje, plącze się w przedpokoju i znowu "a czapkę mu weźmiesz, a kocyk? gdzie idziecie?" a ja się o nią potykam, bo próbuję szybko wyjść, bo młode już ryczą. Próbuję zrobić coś na kompie, jestem zajęta. A mama siedzi mi za plecami i non stop się patrzy przez ramię, ca 2 minuty rzuca jakieś pytanie / komentarz, zupełnie od czapy, wybija mnie z rytmu, nie pozwalając ani pracować, ani odpoczywać.
Zero intymności. Z mężem i tak śpimy oddzielnie, bo starsza jeszcze potrzebuje się przytulić, a młodego by stratowała w nocy. Ale najzwyczajniej w świecie krępuję się chodzić w piżamie, czy w samej bieliźnie, karmić piersią (tylko da radę dwójkę na raz na kanapie w salonie, na przeciwko łóżka, które okupuje teściowa). Jak jestem zmęczona i mega wkurzona - nie ma gdzie uciec / do innego pokoju, bo nie zamknę się z ruchliwą dwulatką i noworodkiem w małej sypialence, muszę uciekać na spacer. I znowu cała logistyka z wychodzeniem.
Do tego dochodzą takie typowe wsiowe jazdy: mama wygląd przez okno pół dnia, obserwuje moich dziadków, kto na kogo jak spojrzał i potem zdaje mi relację. Mnie to NIE INTERESUJE! Serio. Mam własne życie, moi dziadkowie własne, nie muszę wiedzieć o ich każdym ruchu małego palca prawej ręki, albo że mój sąsiad "tak na mnie spojrzał". Nawet nie wiem, że kogoś mijałam.
Pytania o duperele, typu co robię i dlaczego. Albo pytania w tonie "przepraszam że żyję, ale czy mogę zjeść kanapkę". Z jednej strony taka cicha "grzeczna" bierność, ale z drugiej strony czuję jej oddech na karku i mrugnąć nie mogę bez zdania relacji po co i dlaczego.
Jestem tym wszystkim nieziemsko zmęczona, przygnębiona. Jest mi też bardzo smutno, że odczuwam taki przemożny wkurw na teściową, bo współczuję jej samotności. Niestety ona przykleiła się do syna, do nas na amen i dusi nas, nie pozwala odpocząć od swojej obecności. Rozstania są najgorsze. Festiwal wpędzania w poczucie winy "zostawiacie mnie / wywalacie mnie" (w zależności od tego, kto od kogo wyjeżdża) "ja już zaraz do grobu, oddajcie mnie lepiej do domu starców, inni to się interesują swoimi i pomagają". Szlag mnie trafia. Czasami coś powiem, częściej już udaję, że nie słyszę i mówię "Mamo, do zobaczenia za kilka dni". A teściowa KONIECZNIE CHCE mieszkać u nas - nam na głowie, zamiast u moich dziadków (ta sama klatka, mieszkanie obok) gdzie ma własny osobny pokój i lokalowo jest dużo bardziej komfortowo - wszystkim, poza nią.
Nie wyrabiam.
W perspektywie będzie przyjeżdżać na leczenie do nas na kilka dni w miesiącu, w dalszej perspektywie być może czeka nas mieszkanie razem - już w większym domu, ale też nie ma tak, żeby był osobny pokój dla każdego. Z przerażeniem myślę, co będzie np za 10 lat, kiedy dzieci podrosną, będą chciały mieć osobne pokoje (dziewczyna i chłopak), a tu jeszcze teściowa. I znowu kombinacje, jak tu mieszkać razem?
Jak możecie - napiszcie czy można tą sytuację jakoś rozwiązać i załagodzić - doraźnie i długofalowo. Bo mi ręce opadają. Nie chcę krzywdzić i krzyczeć ani na teściową, ani wyżalać się mężowi, ale na Boga, ja tak żyć na kupie nie umiem.
Pozdrawiam