spinel1977
14.07.14, 14:32
Witam, od kilku miesiecy nie radze sobie z wplywem matki mojego meza na nasze zycie i zupelnie nie wiem jak to ugryzc. Pokrotce: dla nas obojga to drugi zwiazek, nie mamy wspolnych dzieci, mamy za to dzieci z poprzednich zwiazkow. Moje dziecko mieszka z nami, natomiast dziecko meza jest starsze i nie chcialo z nami zamieszkac, pozostaje pod opieka babci i dziadka. To teraz nastolatka, w chwili kiedy zaczelismy ze soba byc miala 11 lat. Moja coreczka jest sporo mlodsza, ma dopiero lat 6. Corka meza nie ma kontaktu ze swoja matka od chwili urodzenia. Moje dziecko ma sporadyczny kontakt z biologicznym ojcem.
Od poczatku naszego spotykania sie, bardzo chcialam miec dobry kontakt z corka meza. Zabieralam obie dziewczynki do kina, kupowalam ciuchy, kosmetyki, ksiazki, staralam sie rozmawiac o szkole, pomagalam w odrabianiu lekcji. Moje dziecko oczywiscie kleilo sie do corki meza, bo bylo nia zafascynowane. Wiem, ze to ja czasem draznilo, staralam sie takie konflikty rozwiazywac na biezaco, bo wiem jak to jest miec mlodsze rodzenstwo, ktorego towarzystwem nie jest sie zainteresowanym.
Na poczatku jej niezamieszkanie z nami tlumaczono mi koniecznoscia dokonczenia szkoly w jej rodzinnym miescie. Nie bylam zachwycona, chcialam miec ja na miejscu, tak abysmy tworzyli jedna rodzine, ale zaakceptowalam sytuacje. Maz oczywiscie jezdzil do niej bardzo czesto, poza tym ona przyjezdzala do nas (nie tak czesto jak bym chciala). Mialam wrazenie, ze nasza rodzina trwa w rozkroku. Te czeste wyjazdy do dziecka, chociaz jak najbardziej uprawnione, kladly sie cieniem na naszej rodzinie, bo maz nie mial czasu dla mnie i dla mojego dziecka. Poza tym jego corka dorastala, a ja nie mialam z nia czestego, regularnego kontaktu. Rozmawialismy o tym, prosilam, tlumaczylam, czasem klocilam sie o to, ale sytuacja sie nie poprawiala.
W ostatnie swieta, kiedy bylam u nich jako gosc, matka meza nie wytrzymala i oskarzyla mnie o to, ze nie jestem matka dla corki meza. Bylam zszokowana, bo przeciez od dawna staralam sie zbudowac miedzy nami jakas relacje, ale osoby, ktore mogly i powinny byly mi w tym pomoc, nie chcialy tego zrobic. Uwazam, ze wine za ta sytuacje ponosi maz i jego matka. Uslyszalam jednak, ze jestem kobieta, a to kobieta powinna sie bardziej postarac, ze powinnam byla sama przyjezdzac co weekend, zeby spotykac sie z corka meza, itd. Te pretensje i zadania sa dla mnie nieuprawnione, chore. Uwazam, ze robilam co moglam, oczywiscie, ze zawsze mozna sie przyczepic, ze cos mozna bylo zrobic inaczej, lepiej, ale staralam sie, otworzylam sie na to dziecko, chcialam, zebysmy stworzyli rodzine. Co jakis czas powtarzalam, ze ta sytuacja jest chora, ze dziecko, ktore nie ma juz matki, zostaje w ten sposob pozbawione takze ojca. Teraz zostalam kozlem ofiarnym. Nie dosc, ze bedac gosciem w tamtym domu zostalam zle potraktowana, to matka meza zaczela juz otwarcie klasc do glowy mlodej, ze ja jej nie akceptuje, ze jej nie kocham, cytujac, ze 'moje serce dla niej nie krwawi'. Probowalam na ten temat rozmawiac, probowalam cos wyjasnic, rozmawialam z mezem. Matka meza nie dosc, ze sie nie opamietala, to jeszcze doprowadzila do tego, ze teraz wszyscy jestesmy skloceni.
Moja coreczka nie rozumie dlaczego nie widuje corki meza, teskni za nia. Kiedy maz jedzie do swojego dziecka, zachowujemy sie jakby udawal sie w podroz do czarnej dziury, bo on nie bardzo chce na jej temat ze mna rozmawiac. Podobno rozumie, ze sam popelnil blad, podobno mnie nie wini, ale pojawily sie takie slowa, ze moglam skierowac rozmowe na inne tory i nie dopuscic do takiego zachowania jego matki, ze moglam sama zadzwonic i wyjasnic. Pojawilo sie takze oskarzenie, ze to ja uzylam sformulowania, ze 'moje serce nie krwawi dla tego dziecka'. Nic takiego nie mialo miejsca. Po prostu powiedzialam matce meza, ze to ich winie za to, ze pomiedzy mna a mloda nie ma wiezi, kiedy otwarcie oskarzyla mnie o brak tej wiezi pomiedzy dzieckiem a mna.
Podobno mloda miala jakies uwagi na temat pobytow u nas, ale to nigdy wczesniej do mnie nie dotarlo, ale zostalo mi wykrzyczane w twarz podczas swiatecznej kolacji. Uwazam, ze mozna bylo to rozwiazywac na biezaco, kiedy te wydarzenia mialy miejsce. Ona jest nastolatka i rozumiem, ze moze sie ze mna w roznych kwestiach nie zgadzac. Gdyby powiedziano mi o tym wczesniej, moglibysmy to omowic, zmienic, pozbyc sie problemu. Jestesmy dorosli, uwazam, ze powinnismy byli o tym rozmawiac, staralabym sie dostosowac, itd.
Tesciowa podczas tej kolacji, otwarcie zarzuila mi rowniez, ze wchodze w jej kompetencje wychowawcze, bo podczas wspolengo odrabiania lekcji z mloda, powiedzialam jej, ze nie powinna wkuwac materialy na pamiec, ze wazne jest, zeby rozumiala to, czego sie uczy. Na argument, ze nauczyciel lubi, kiedy uczen wykuwa na pamiec fragmenty z ksiazki, powiedzialam, ze nie jest to godne pochwaly podejscie ze strony nauczyciela, oraz ze czasem lepiej jest dostac czworke i rozumiec material, zamiast piatki, kiedy za chwile wszystkiego sie zapomni. To, ze postulowalam, zeby mloda uczyla sie dla siebie, a nie dla taty, babci i nauczycieli, takze zostalo mi wypomniane.
Moje starania o zbudowanie wiezi otwarcie torpedowano, a teraz zarzuca mi sie, ze to ja ponosze wine za zaistniala sytuacje. Mloda obecnie mnie nie toleruje, otwarcie odmowila przyjezdzania do nas. Wczesniej spotkalismy sie jeszcze dwa razy - byla wobec mneie wroga, rzucala krzywdzace komentarze, probowala osmieszyc. Ja to rozumiem, ona jest nastolatka, z burza hormonow, ale bylo to dla mnie przykre. Podobno poczula sie odrzucona, dlatego sama mnie odrzucila, tyle ze ja jej nigdy nie odrzucilam, to sa chore insynuacje jej babki.
Moje wczesniejsze relacje z matka meza byly dobre. To energiczna, czasem zbyt wladcza kobieta, lubi panowac nad wszystkim i wszystkimi, ale nauczylam sie z tym zyc. Niektore jej uwagi mnie denerwowaly, na przyklad kiedy proponowala, zebym oddala do niej na kilka tygodni swoje dziecko, zeby je 'ustawila', ale rozumiem, ze nie ma ludzi idealnych, sama taka nie jestem. Matka meza wczesniej miala otwarty konflikt z narzeczona starszego syna, pozniej sie pogodzily i wyglada na to, ze szybko musiala znalezc 'zastepstwo'.
Nie wiem zupelnie co z tym zrobic. Ta sytuacja wplywa na nasza rodzine bardzo negatywnie. Nasz zwiazek poza tym jest bardzo szczesliwy, ale to jest kwestia, ktore nie mozemy pominac czy zapomniec. Bardzo mnie to wszystko meczy i ostatnio dochodze nawet do konkluzji, ze nie do konca wyobrazam sobie nasza wspolna przyszlosc. Moj maz nie nalezy do najbardziej wylewnych i otwartych osob, tzn. okazuje swoje uczucia, ale nie do konca potrafi o takich sprawach rozmawiac. Wczoraj poklocilam sie z mezem o to wszystko. Bardzo trudno mi z nim o tym dyskutowac, byc moze dlatego, ze matka przekonuje go do swoich racji i wklada w moje usta slowa, ktorych nie wypowiedzialam. Czuje sie teraz jakbym miala 'niewidzialnego wroga'. On jest naturalnie wsciekly, ze jego dziecko, odrzucone przez biologiczna matke, czuje sie ponownie odtracone przez zone ojca. Tyle, ze ja tego nie zrobilam, dlatego nie uwazam, ze powinnam czuc sie winna. On w sumie to rozumie, mnie nie wini, ale to tesciowa sprawuje opieke nad mloda i tym samym jestesmy podzieleni na dwie odrebne rodziny i tu koleczko sie zamyka.
Czy popelnilam gdzies blad? Co moge z tym zrobic?