sel-de-mer
12.08.14, 19:05
Jestem w związku 25 lat i dopiero wczoraj spadły mi z oczu klapki :(
Cały dzień i pól nocy czytałam (i na zmianę ryczałam) o pasywnej agresji i niestety wszystkie kwadraciki zostały zaznaczone. Dziś pół dnia pisałam posta nie mogąc na niczym innym się skupić.
Bardzo dużo się kłębi we mnie emocji i potrzebuje waszej pomocy aby się w nich rozeznać. Jakichś pytań, komentarzy, uwag, usłyszenia cudzych doświadczeń...
Nie wiem czy mam sile i chęć by ratować to małżeństwo. Nie wiem czy kocham mojego męża czy tez z wygody i uzależnienia nie chcę/boję się go opuścić. Czuje, ze go kocham, ale już sama nie wiem co jest prawda, a co kłamstwem w naszym małżeństwie. Nie ufam mężowi i nie ufam już sobie. Wszystko jest zbyt poplątane.
Z jednej strony mam nadzieję, ze może teraz, jak już wie o "diagnozie", będzie chciał i coś zrobi, żeby nasze wspólne życie było możliwe. Liczę tez na to, ze jak się poduczę w temacie, to będzie mi łatwiej wyrwać się z kręgu własnych zachowań, które karmią ten typ osobowości.
Z drugiej strony, większość kobiet (wszystkie?), które dały w internecie swoje świadectwo bycia w takim związku, rozwiodły się wcześniej czy później aby ratować siebie. Ich mężczyźni okazali się "nienaprawialni".
Boje się, ze nigdy nie uzyskam od mojego męża tego, czego od związku oczekuje, czyli istnienia i pogłębiania szczerej i głębokiej relacji. Boje się, ze jeśli to się nie udało przez 25 lat, to czas się przestać oszukiwać, ze jest to w ogóle możliwe z tym człowiekiem. Ze on zwyczajnie nie potrafi w taka relacje wejść. I możliwe, ze nigdy nie będzie potrafił :(
Czuję się dziś zmęczona ostatnimi latami moich wysiłków żeby było lepiej, czuje się rozczarowana, ze nie dały spodziewanych efektów, czuje się ograbiona przez męża i przez siebie sama z wielu lat satysfakcjonującego związku, z poczucia szczęścia i harmonii, z poczucia bycia kochaną i ważną.
Ale póki życia - póty nadziei, prawda?
Do tej pory poruszaliśmy się obydwoje bardziej po omacku, nie znaliśmy zbyt dobrze wroga naszego małżeństwa, czyli pasywno-agresywnego rysu osobowości mojego męża. Teraz docierając do źródła problemu mój maż ma prawdziwa szansę, by, jeśli zechce, coś z tym zrobić aby przestać ranić i mnie i siebie. A ja swoim świadomym zachowaniem mogłabym może mu w tym pomoc.
To nie tak, ze przez te wszystkie lata on nic z siebie nie dawał. Widzę to i doceniam. Jest lepiej niż było kiedyś.
Widzę, ze w mniejszych, ale na co dzień bardzo uciążliwych kwestiach naprawdę się stara w ramach swoich ograniczeń:
- prawie zniknęły drobne, niepotrzebne kłamstewka w ramach skrytej rebelii przeciwko mnie,
- częściej jest na czas, jeśli jesteśmy umówieni
- bardzo często i autentycznie stara się pamiętać o zadaniach, do których wykonania się zobowiązał, potwierdza ze mną czy o wszystkich pamięta,
- częściej wprost wyraża swoje pragnienia i potrzeby, i zaspokaja je w sposób otwarty a nie ukradkiem za moimi plecami
- czasami mówi wprost, co w moim zachowaniu go złości, denerwuje, czy sprawia mu dyskomfort,
- przestał za wszelka cenę unikać jakiejkolwiek konfrontacji w rozmowie ze mną, już nie zawsze mi tylko potakuje ;),
- przestał mi zawsze mówić, to, co według niego chcę usłyszeć,
- rzadziej wygłasza puste deklaracje ze mogę na niego liczyć w każdej sytuacji i będzie mnie wspierał w realizacji moich celów jednocześnie nic przy tym nie robiąc
- zdarza mu się nie odebrać krytyki jego zachowania jako ataku na swoja osobę
- czasem dzieli się ze mną negatywnymi emocjami, które przezywa, rozpoznając je i nazywając
- częściej dzieli się ze mną swoimi pozytywnymi emocjami, które przezywa, rozpoznając je i nazywając,
- oprócz tego jest dużo lepszym niż kiedyś ojcem dla naszych dorosłych już obecnie dzieci, szczególnie dla syna
Czym mnie rani, karze i konfunduje?
- raz na kilka miesięcy robi za moimi plecami coś naprawdę dużego kalibru, o czym wie, ze wolałabym być uprzedzona zawczasu, a dowiaduje się o tym "przypadkiem". Robi to wiedząc, ze mnie takie zachowanie bardzo rani, bo wielokrotnie je już przeżywaliśmy i obydwoje doświadczaliśmy moich bardzo silnych emocji związanych z "wydaniem się sprawy". Odpowiedzialność za dramatyczny efekt, który to zdarzenie u mnie wywołuje usiłuję najpierw przerzucić na mnie mówiąc, ze nie uprzedził mnie bo bym się nie zgodziła (?), co w praktyce oznacza, ze rzeczywiście mogłaby mięć inne zdanie ale oczywiście niczego bym nie zabraniała, bo i jak? Oraz byłabym zła. Kiedy nie udaje mu się tej odpowiedzialności na mnie przerzucić, bo na gruncie logiki pokazuje, ze moja zgoda nie była do niczego mu potrzebna, bo najwyraźniej i tak zrobił, jak uważał za stosowne oraz ze teraz jestem 1000 razy bardziej zła niżbym była przed faktem, zaczyna się cala litania powodów i tłumaczeń, ze to jak wyszło, to absolutnie nie jest jego odpowiedzialność czy wina, tylko kwestia przypadku, splot nieszczęśliwych okoliczności, absolutnie nie było jego intencja by mi sprawić tym jakakolwiek przykrość a na końcu, jak już wszystko zawiedzie i wypadałoby przyjąć na klatę własna winę, to usiłuje mi wmówić, ze nie miał biedny świadomości, ze to akurat dla mnie możne być ważne albo mnie w jakiś sposób dotyczy, bo ostatnim razem było coś troszkę innego i sugeruje, ze to moja wina, ze mu precyzyjnie nie powiedziałam, ze nie chce, żeby to konkretnie robił. Tu następuje próba przymuszenia mnie, bym konkretnie i precyzyjnie określiła czego ma nie robić a co robić, żeby mógł uniknąć w przyszłości nieporzadanego przeze mnie zachowania. Próba ta, podjęta z pomocą najbardziej absurdalnych przykładów jakie da się tylko przywołać ewidentnie służy wykazaniu mi, ze moje oczekiwania są absolutnie nierealistyczne do zrealizowania.
W wyborze tych swoich "wyskoków" jest naprawdę dobry, bo doskonale celuje w obszary, które są dla mnie istotne, a po fakcie "szczerze" wypiera się tej wiedzy. W końcu ze skrucha przyznaje, ze mu bardzo przykro, ze się czuje zraniona i ze już taki nigdy nie zrobi. Tzn. postara się nie robić. Z deklaracji "postaram się" trudno przecież później rozliczyć czy mieć pretensje. Trzeba mu przyznać, ze jest tu i słowny i kreatywny zarazem, bo następnym razem modyfikuje nieco przypadek i droczy się ze mną w grę "znajdź 10 różnic". Jak wam opisuje ten mechanizm to aż się sobie dziwię, ze nie widziałam wczesnej tak jaskrawo tego powtarzającego się schematu. A miałam się za inteligentna osobę ;)
Ponieważ te rebelie czynione za moimi plecami, decyzje mojego męża o których nie jestem uprzedzana i spadają na mnie jako fakty dokonane, dotyczą rzeczy ważnych i z jego i z mojego punktu widzenia - stosunków rodzinnych, naszych finansów, sposobu zaspokajania własnych potrzeb kosztem potrzeb drugiej osoby, to czuje ze:
- ukrywa przede mną swoje prawdziwe potrzeby, żeby sprawiać wrażenie kogoś, kto wolny jest od egoistycznych potrzeb
- ukrywa przede mną swoje prawdziwe intencje, nie chce być wobec mnie szczery, mimo ze wie, ze uczciwość wobec partnera jest dla mnie bardzo ważna w związku, tym samym
- nie zaspokaja mojej fundamentalnej potrzeby choć deklaratywnie mówi, ze zależy mu na tym bym była z nim szczęśliwa i chce o mnie dbać
- nie tylko nie bierze pod uwagę moich potrzeb, ale nawet nie daje mi szansy na ich wyrażenie
- myśli tylko o tym co jest dobre dla niego, a nie o tym co byłoby dobre dla mnie czy dla nas jako pary i robi to, co myśli :)
- nie jestem dla niego na tyle ważną, by podzielić się ze mną swymi przemyśleniami i wpuścić mnie do swojego świata a tym samym
- nie zaspokaja mojej potrzeby bliskości i budowania intymności