maria_37
23.08.14, 18:32
Moje 17-letnie dziecko powiedziało mi dzisiaj, że od ponad roku bierze narkotyki. Jak małe dziecko, z płaczem, że już nie daje rady, i że potrzebuje pomocy. Powiedział wszystko. Od czego się zaczęło, co bierze, jak często itp. Wszystko. Ja nie widziałam NIC. Jestem nauczycielką, pod koniec tamtego roku sama założyłam wątek dotyczący jednego z moich uczniów. T był uczeń mający bardzo poważne problemy, bardzo zaangażowałam się w jego sprawę, chciałam mu jak najlepiej pomóc. Może niektórzy pamiętają ten wątek, ale to nie chodzi o to. Po usłyszeniu takiej, a nie innej wiadomości od syna, nie mogę sobie wybaczyć, że szybciej u obcego dzieciaka zauważyłam, że coś z nim nie tak, a nie potrafiłam zauważyć niczego niepokojącego u własnego syna. Można powiedzieć, że nie było sytuacji, które by mnie jakoś szczególnie zaniepokoiły. Owszem, syn często prosił nas o pieniądze, znikał na długie godziny z domu, później po powrocie zamykał w swoim pokoju itp, ale jakoś nie zwróciłam na to większej uwagi. Już na pewno nie wzbudzało to we mnie jakichkolwiek podejrzeń. Ocen też nie miał tragicznych. A dzisiaj dostaję taką informację. W głębi duszy cieszę się, że syn mi o tym powiedział, bo pewnie dalej nic bym nie widziała, a on dalej by ćpał. A z drugiej strony nie potrafię się otrząsnąć. Nie wiem, co teraz zrobić, od czego zacząć. Niby wiem, jak się powinno postąpić w takich przypadkach, ale mam taki mętlik w głowie, wszystko mi się kotłuje, że naprawdę nie wiem, co mam najpierw zrobić. Teoria to jedno, praktyka drugie. Płakać się chce, ale wiem, że tym nie pomogę synowi. Miałam się za dobra matkę, ale jak widać, życie pokazało, że jest zupełnie inaczej