kjut
29.08.14, 22:53
Nie radzę sobie. Potrzebuję obiektywnego spojrzenia. To dość długa historia, postaram się pisać w miarę ogólnie, ewentualnie będę uszczegóławiać albo dodawać przykłady. Przepraszam, jeśli będzie trochę emocjonalnie, ale jestem świeżo po awanturze i ciężko mi pisać całkiem spokojnie.
Zacznę od tego, że zawsze miałam z rodzicami bliski kontakt. Z jednej strony zawsze mogłam na nich liczyć, ale z drugiej nie udało mi się odciąć pępowiny - mimo wprowadzki na studia do jeszcze niedawna (a mam 27 lat) rozmawiałam z mamą co najmniej raz dziennie przez telefon i mówiłam jej właściwie o wszystkim. Co gorsze zawsze robiłam tak jak chciała on i tata - gdy ich nie słuchałam było jej przykro, obrażała się, a tego chciałam uniknąć. Z ojcem kontakt miałam trochę słabszy, ale on jest bardzo dominującym człowiekiem, nigdy nie potrafiłam mu się postawić. Problem pojawił się gdy urodził się mój syn. Zaczęło mi na pewnych sprawach bardziej zależeć, przestałam się na wszystko zgadzać "dla świętego spokoju". Pierwsze spięcie było od razu po porodzie. Mniejsza o szczegóły, ale doszło do tego, że ja dzień po porodzie leżałam w szpitalu i płakałam, że niechcący zrobiłam im przykrość. A wszystko dlatego, że prosiłam, żeby tata po moim porodzie nie upijał się z moim mężem (nie ma problemu z alkoholem, ale jak jest okazja to lubi wypić) przez co on uznał ze w ogóle go nie chce widzieć i bardzo dosadnie dal mi do zrozumienia, że poczuł się urażony. Potem była sytuacja, która wtedy nie miała dla mnie znaczenia a teraz widzę, że to był początek - mama kiedyś mnie obudziła po południu telefonem (młody miał jakieś 3 tygodnie). Poprosiłam ją, żebym to ja do niej dzwoniła, bo mały jest bardzo płaczliwy, a ja bardzo zmęczona wiec staram się odsypiać. Najpierw stwierdziła, że "boi się, że nie będę do niej dzwonić" a kilka miesięcy później mi wypomniała jak to ja "nie chciałam z nią rozmawiać". Pierwszy raz przyjechali na weekend gdy maluch miał 3 tygodnie. Podważyli, skrytykowali i obśmiali każdą (!) moją prośbę i decyzję. I tak już było od tego czasu na każdym naszym spotkaniu. Mama daje mi do zrozumienia, że nic nie umiem, tata, że jestem głupia. Od tego, że nie może jeść czekolady, przez ustawienie fotelika tyłem do kierunku jazdy, kończąc na prośbach o nie sadzanie go/nie prowadzenie za rączki. Mama w stylu "kochanie nie możesz" i "kochanie Ty musisz", ojciec "oj Mały, mówię Ci, Ty to nasz przesrane z tą matką twoją". Efekt jest taki, że każde spotkanie z nimi ja się stresuje 3 dni przed, za każdym razem jest kłótnia i płaczę i potem tydzień odbudowuję poczucie własnej wartości. Ale same słowa to nic. Gorzej, że oni naprawdę nie słuchają co do nich mówię. Teraz jestem u rodziców i dzisiejszy dzień po prostu przelał czarę. Oczywiście od wczoraj jest krytyka (głównie ze strony ojca, mama od dwóch spotkań jakby się bardziej pilnuje, bo wie, że robi mi przykrość). Ale dzisiaj taka sytuacja: siedzimy przy stole, małe w foteliku się trochę już Gruszką znudził i próbuje ją zrzucić na podłogę. Ja te gruszkę łapię a mój tata zaczyna na młodego.... krzyczeć. To mówię spokojnie, że nie ma na niego krzyczeć. I tu pada ironiczne "bo co?". Wiec mówię, że to mój syn i nie chcę, żeby na niego krzyczał, bo to ja go wychowuje. Na co dowiedziałam się, że "mam problem", bo on jest dziadkiem i on będzie wychowywał swojego wnuka jak chce i po swojemu, bo dziadkowie tez są od wychowywania. Trochę się przy tym pokłóciliśmy, ale jeszcze w miarę spokojnie. Starałam się nie robić awantury, chociaž problem się powtórzył juz drugi raz. Ostatnio jak byliśmy tłumaczyłam mu dlaczego nie może po prostu wziąć syna i go zawieźć do rodziny mimo ,iż ja się nie zgadzam na ten wyjazd. On twierdził wtedy, że jak będzie chciał to po prostu go weźmie(!). Zawsze pada przy tym ironiczne "no coś takiego! Proszę, proszę!". miarka się przebrała pod wieczór. Ach, jeszcze jeden ważny szczegół - ostatnie kilka dni było bardzo intensywnych dla mnie i malucha. Zaowocowało to tym, że mały na widok obcych zaczyna być przerażony - nie płacze, ale wtula się we mnie, robi wielkie oczy, albo wręcz odwraca głowę, cały się spina. No wierzcie mi - znam swojego syna, widzę co się z nim dzieje. Próbowałam to wytłumaczyć tacie, ale usłyszałam tylko ze "mam nie przesadzać". Do rzeczy. Mały od wczoraj zdążył się do mojego taty przyzwyczaić. Dlatego gdy tata wziął go na ogród to nie protestowałam. Gdy zobaczyłam, że zabrał go do sąsiadów (bez pytanie oczywiście), których ja znam z widzenia a mały ich na oczy nie widział (na ogród, 3 dorosłe osoby + dzieciarnia) to chwilę poczekałam po czym stwierdziłam, że do nich dołączę - wezmę małego na ręce, będzie spokojniejszy, posiedzimy spokojniej. Problem w tym, że gdy tam poszłam, to mały siedział u sąsiadki na rękach przestraszony, a mojego taty. ... nie było! Bo "poszedł do łazienki". Zabrałam małego tłumacząc, że muszę go nakarmić i wróciłam do domu. Powiedziałam mamie, co zrobił tata,a ta zaczęła na mnie krzyczeć, że przesadzam, że nic się nie stało, że przeze mnie dziecko się lęków nabawi i generalnie horror. Pokłóciłyśmy się ostro w każdym razie. Co jednak ciekawsze gdy przyszedł mój ojciec to mama. .. zrobiła awanturę jemu! Tym razem, że "przecież wie, że ja się denerwuję i po co go samego zostawił". Generalnie awantura z fajerwerkami. Gdy ostatecznie poszłam do nich o powiedziałam, że przepraszam, ze krzyczałam, nie powinnam, ale niech się przeze mnie nie kłócą, to od mamy usłyszałam, że "mam się iść zamknąć w pokoju to przynajmniej spokój będzie" a od ojca "ze może powinnam wrócić do O." (gdzie mieszkam).
No i Co teraz zrobić? Wracać jutro do domu, ryzykując utratę kontaktu? Zostać(w planach tydzień, potem tydzień i teściów i powrót na prawie trzy tygodnie do rodziców - to szczególna sytuacja, chodziło o to, żebym nie siedziała długo sama w domu gdy mój mąż musi wyjechać) i ryzykować kłótnie? Nie jestem w stanie zaufać własnemu ojcu! Od razu mówię - spokojna rozmowa na ten temat nie wchodzi w grę. Próbowałam i znam swoich rodziców. Nie zmienią zdania, powiedzą ze przesadzam, obrażą się i wpędzą w poczucie winy. Taka opcja nie wchodzi w grę. Szkoda tylko, że jak wrócę do domu to będę siedzieć i ryczeć - ja naprawdę jestem z nimi mocno związana, przez co ta cała sytuacja rozkłada mnie na łopatki. Ale tutaj tez będę się źle czuła, ciągle pod ostrzałem krytyki i pilnująca właściwie rodziców. Poradźcie.