1krys-ta
08.09.14, 21:50
Zdecydowałam się napisac tutaj, bo nie dosc ze dobrzy ludzie tu pisza, to jeszcze Pani Agnieszka zawsze cos rozsadnie doradzi…
Mam 30 lat, mój partner 35. Mieszkam we Wloszech, tu tez poznalam partnera (Wlocha). Poznaliśmy się jak mialam 22-23 lata, w depresji. Było mi z nim dobrze, pamiętam ze zakochalam się, bo był taki szalony, egzotyczny, zdecydowany, inny od moich kolegow ze studiow w Polsce…Szybko zamieszkaliśmy razem.
W chwili obecnej nie jestem pewna czy moje uczucia się wyczerpaly, czy może jest to kryzys, który można zazegnac. Dodam, ze od czterech miesięcy bezskutecznie staramy się o dziecko, zdiagnozowano u mnie PCOS i mam bezowulacyjne cykle, co wcale nie poprawia sytuacji.
Mam cale mnóstwo obaw od tych absurdalnych po te calkiem realne..
Czuje, ze w ogole nie pasuje do rodziny mojego partnera. Sa to dobrzy ludzie, którzy bardzo mnie lubia, ale ich styl zycia zupełnie odbiega od mojego z polski. Np. mama mojego partnera ma 4 dzieci, z trzech roznych ojcow. Jedna ciotka caly czas korzysta z pomocy tutejszego MOPSu. Mojego partnera mlodsza siostra (19 lat) rzucila szkole i niezbyt chetnie szuka pracy- tutaj mój partner bardzo się zaangażował, niestety bez zadnej reakcji. Mój partner b odcina się od swojej rodziny, mieszkamy w jednym miescie, a widzimy się z nimi niezobowiązująco raz na miesiąc, nie zgadza się z wieloma zachowaniami, no ale wg mnie to jego rodzina i tak, chociaż faktycznie bardzo się od nich rozni.
Czasem sobie mysle, ze moje dziecko będzie takie jak oni z tego tytulu ze moi rodzice („dobrzy dziadkowie”) sa daleko. Boje się, ze moje dziecko tez się nie będzie uczylo jak jego ciocia, ze oddale je od korzeni, ze nie będzie „polakiem”. Oczywiście zdaje sobie sprawe, ze duzo zalezy od rodzicow dziecka (kultura, mowienie po polsku), ale bedac na obczyźnie czuje się czasem bardzo samotna mimo pracy, koleżanek i partnera.
Kolejna sprawa, mój parter jest osoba spokojna, chociaz troche tez Piotrusiem panem. Jest pracowity, ale niekoniecznie ambitny. Ma stala, ale taka sobie prace, gdzie zarabia srednia krajowa, niby lubi swoja prace, ale chciałby zmienic. Nie ma niestety na siebie pomyslu, nie mysli o poprawieniu bytu jego „rodziny”, a przynajmniej nie tak jak bym chciala. Owszem, większość swojej pensji daje na wspolne zycie, mieszkanie, jedzenie, nigdy nie było pod tym względem problemu i zawsze się wywiązywał z „domowych” obowiązków finansowych.
Ja mam bardzo dobra prace, ktorej nie lubie, ale zarabiam bardzo dobrze, wiecej od mojego partnera, co czasem jest dla mnie problemem, zwłaszcza jak mysle o dziecku. Mój partner uwaza, ze on nie chce siedziec cale dnie w pracy i nie widziec w ogole wlasnego dziecka. Mowi, ze naszemu dziecku niczego nie będzie brakowac, ze dziecko nie musi mieć najdrozszych zabawek, najdroższych kursow. Nadmienie tez, ze nasze obydwie pensje nie daja wcale takiej zlej kwoty, ale zawsze byloby lepiej żeby zarabial wiecej.
Teraz, żeby nie było, troche plusow:
Nadajemy na tych samych falach, mamy podobny stopien wrażliwości.Rozumie moje dylematy, nawet te „abstrakcyjne”. Traktuje mnie powaznie, jak mam jakis problem to nigdy mnie nie zbywa, zawsze stara się mi pomoc. Co ciekawe, bardzo mnie motywuje (moglby siebie tak motywowac). Jestem niesmiala osoba i trudno mi się przebic, gdyby nie on, to nigdy nie aplikowałabym na stanowisko na którym teraz jestem. Zawsze we mnie wierzyl, jest ze mnie dumny. Zawsze mnie namawial na zapoznanie jakis koleżanek, żebym nie była sama. Jest nam bardzo dobrze w lozku, pomimo prawie 8 lat spedzonych razem. Często o mnie dba. Udziela się w domu, sprzata. Jest osoba elastyczna, np. na moje prosby zerwal z nalogiem papierosowym, zamienil to na sport i od czterech lat intensywnie bierze udzial w roznych triatlonach, itp. Ma tez bardziej odpowiedzialne i refleksyjne nastawienie do pracy (tak, bo kiedys miał gorsze), czasem mowi "bo jak powiekszymy rodzine, to xyz". Namówiłam go na robienie oszczędności i ma już calkiem spore. Często chodzimy na wspolne spacery, duzo rozmawiamy, ale tez zdarza nam się klocic, zdarza nam się „nie rozumiec” drugiej strony. Czasem ma zly dzien i siedzi tylko przed komputerem i mi cos odburkuje w odpowiedzi.
Ogolnie to moje „marzenia” czy wyobrażenia, które mialam do tej pory jakby nie rosly wraz z relacja. Tez nie ukrywam, ze za często o dzieciach nie myślałam, ale zawsze jakos w tyle glowy sobie wyobrażałam wlasnie male blondynki, domek z ogrodkiem, i rodzinne zycie bez problemow finansowych . I nagle (wiem, to glupie i niedojrzale), obudzilam się z reka w nocniku: 3 tys km od „domu”, bez możliwości posiadania domku z ogrodkiem (kraj ogarniety kryzysem, nikt nie bierze kredytow), z szalona tesciowa, niepowazna szwagierka i możliwością posiadania „oliwkowych" dzieci. Najlepiej to by było po prostu zweryfikowac i zaktualizowac te moje „stare marzenia” , ale jak?
Zastanawiam się, czy to problemy z zajsciem w ciaze tak na mnie wpływają, bo trzeba przyznac, ze akurat o tym aspekcie w ogole nie mysle, non stop tylko sobie wizualizuje moje opalone dziecko, które mi mowi, ze rzuca szkole, pali papierosy i okrada samochody. A przeciez na te chwile to ja w ogole nie mogę mieć dzieci (brak owulacji w ciagu 4 cykli). Czytam wciąż blogi „staraczek” o ich cudownych mezach i jeszcze cudowniejszych staraniach, i się negatywnie nakręcam.
Na te chwile nie przekonuja mnie pozytywne aspekty związku, nie widze ich, chociaż w glebi duszy zdaje sobie sprawe, ze przez te 8 lat często było mi jednak dobrze. Nie wiem czy taki jest mój charakter ze „nigdy nie jestem szczesliwa” i wciąż się porownuje do innych. Musze przyznac ze czytanie polskich forow nie wychodzi mi na dobre, czytam o wielkich domach z ogrodem, o tym ze ludzie zmieniaja prace jak im się obecna znudzila- tutaj jest to nierealne. Widze, ze moje obecne Zycie bardzo rozni się od standardowego zycia w Polsce i czuje się jak nieudacznik. Mam kompleks emigranta mimo dobrej pracy i dobrych zarobkow, czuje ze to nie jest moje miejsce na ziemi. Co gorsza Polska chyba tez nie.
Kloce się a partnerem wypomiajac mu niezaradność i niedojrzałość i nie wiem tez czy może to oznacza koniec związku i koniec miłości. Może nawet gdyby był bardzo zaradny, to byloby zle?
W chwili obecnej wszystko wydaje mi się zlym wyborem- szaleńczo się zakochalam w moim parterze te 8 lat temu, nie było czasu na przemyślenia, na rozsadny bilans, było „go with the flow”.
Przez te 8 lat zdarzalo mi się mieć rozne wątpliwości dotyczące mojego zycia ale wtedy tez uważałam moje wybory za wielka przygode ,walke z przeciwnościami. Wiem tez, ze często było mi dobrze. Jeszcze miesiąc- dwa miesiące temu było mi dobrze, a teraz nawet nie pamiętam dlaczego. Przez ostatni miesiąc wymyślałam sobie wszystkie możliwe najgorsze scenariusze mojego zycia jako matki (wtracajaca się tesciowa porywajaca dziecko, problemy finansowe, moje dziecko które się nie uczy) i teraz już nawet mi się tego dziecka nie chce mieć…
Najchętniej to jednak starałabym się to wszystko naprawic, bo jak tylko wyobraze sobie ewentualne rozstanie to az mi niedobrze: niesmiala 30latka z parciem na dziecko, ale bez zadnego potencjalnego ojca, samotna, w obcym kraju, ewentualnie powrot do PL, gdzie wszyscy sa dzieciaci.
Mój partner na te wszystkie moje paranoje jak na razie mowi, ze on tez chciałby zmienic prace, ale nie wie na jaka i jak to rozegrac, ze mam się zastanowic czego chce, bo nie można będzie za dlugo tego ciagnac tak w niepewnosci i ze on tez jest zmeczony tymi moimi ciągłymi wątpliwoścami