taka1edna
22.09.14, 08:35
Dzień dobry,
to mój pierwszy post na tym forum. Na moją rodzinę składa się 5-miesięczne dziecko, partner i ja.
Zdarzyła się nieprzyjemna sytuacja. Dokładnie raz. Pokłóciłam się z moim mężczyzną o drobną pierdołę (zgubiliśmy się nawzajem w hipermarkecie). Tak to się rozkręciło, że zaczęliśmy krzyczeć na siebie na przystanku autobusowym. Wstydzę się tego, ale byliśmy przemęczeni i to było pierwsze w życiu pranie brudów publicznie...
Ale czy przemęczenie usprawiedliwia to, że mój partner wciągnął w kłótnie dziecko? Odepchnął mnie od wózka, krzycząc, że teraz on się zajmie. Próbowałam delikatnie odebrać wózek, on tylko mocniej chwycił. Nie szarpałam się, bo bałam się, o bezpieczeństwo maleństwa... Nadjechał autobus. Przy wsiadaniu tak rzucił wózkiem, że dziecko wraz z materacykiem bardzo się przesunęło. Na szczęście nic mu się nie stało.
Po wszystkim, partner najpierw się wyparł: nie wyszarpał wózka, tylko sobie pomyślał, że wprowadzi je do autobusu. To nie jego wina że chodnik krzywy. Że stosuję przemoc psychiczną, skoro mam do niego o to wszystko pretensje. Potem się przyznał (choć dalej twierdzi, że nie celowo rzucił wózkiem, ale powinien był bardziej uważać), były łzy, przeprosiny i obietnica poprawy.
Teraz nie wiem, czy to się będzie powtarzało? Boję się, nie chcę wychowywać dziecka z kimś, kto:
a)będzie wplątywał dziecko w kłótnie (np. przytulał i mówił:"nie martw się, tatuś cię ochroni przed mamusią")
b)stosował przemoc
c)najzwyczajniej w świecie nie jest w stanie zająć się prawidłowo dzieckiem w sytuacjach stresowych
Ale tak naprawdę to wszystko zdarzyło się raz... Z jednej strony jestem przeciwnikiem skreślania człowieka po jednym błędzie, z drugiej to jednak jest dziecko!! i nie powinno służyć za króliczka doświadczalnego sprawdzającego, czy będzie lepiej... Chciałabym mieć szklaną kulę i sprawdzić, czy to tylko incydent, czy już precedens...
Na co dzień po równo zajmowaliśmy się dzieckiem, jest dla niej kochającym ojcem. I przewinie, i pobawi... Twierdzi, że bardzo nas kocha i okazuje to swoimi czynami.
Więc co się teraz robi? Tak jak z rakiem, jak przez pięć lat nic się nie stanie, znaczy jest poprawa? Można to jakoś poznać bez próbowania na dziecku? Przed ciążą nic nie wskazywało na to, że tak będzie.