maria_biala
29.09.14, 22:32
Potrzebuję żeby mną forum wstrząsnęło. Na koleżanki nie mogę liczyć, bo nie są obiektywne.
Będzie długo ale chciałabym żeby było od razu jasne co się wydarzyło.
Związałam się z niepijącym alkoholikiem, który notorycznie zdradzał swoją poprzednią partnerkę. Pomimo tego wszystkiego weszłam z nim relację. Partner nie pije, uczestniczy w terapii uzależnień, ciężko nad sobą pracuje. Zmienia się i to widzę. Zaczyna dojrzewać.
Szybko ze sobą zmieszaliśmy. Z powodu jego tendencji do zdrad, nie czułam się bezpiecznie, zaczęłam bez powodu wszczynać awantury. Dodam że na początku znajomości byłam w trakcie 1,5 rocznej terapii i leczenia psychiatrycznego (depresja, DDA, objadanie się). Ponieważ nie widziałam efektów terapii (terapeuta w usprawiedliwiał moje awantury), za sugestią partnera zakończyłam leczenie.
W międzyczasie partner stracił pracę. Utrzymanie domu spadło na moje barki. Partner trochę się dorzucał ale to raczej były grosze. W tym czasie szukał pracy, niestety bez efektu. Ja uważałam, że skoro nie ma pracy w zawodzie powinien szukać nawet pracy fizycznej. Nie przymieraliśmy głodem, ale ja nigdy nie byłam przyzwyczajona do zaciskania pasa, więc czułam się sfrustrowana. Pracowałam na 1,5 etatu, studiowałam. Czułam się przytłoczona. Awantury wszczynane przeze mnie nasilały się. Regularnie kazałam mu się wyprowadzać. Seks przestał istnieć. Czułam się, że jestem sytuacji bez wyjścia. Ile razy chciałam żeby się wyprowadził, ten mi mówił że przecież nie ma gdzie i mam poczekać aż się ogarnie finansowo. Mimo wszytko chciałam z nim być. Toksyczna jędza.
Pojawiły się myśli samobójcze. Taka sytuacja trwała rok. Partner złapał kilka zleceń, pieniądze zaczęły wpływać, ale bardzo nieregularnie. Nadal z mojej pensji szły wszystkie opłaty, bo nigdy nie wiedziałam kiedy partnerowi wpłynie kasa. Pracowałam dużo i nie widziałam w ogóle tych pieniędzy. Mogłabym pracować mniej, po prostu oszczędzalibyśmy bardziej. Ja wolałam wziąć dodatkowe weekendowe zlecenie i móc iść do fryzjera czy kosmetyczki albo z koleżanką na kolację.
Awantury były regularne– najczęściej o bałagan w domu i jego brak pracy. Po prostu raz w tygodniu nie wytrzymywałam i zaczynałam się drzeć. Partner zażądał żebym podjęła na nowo terapię. Ze względów finansowych (ale też zmęczenia poprzednim terapeutą) podjęłam terapię DDA na NFZ. Nowy terapeuta także mnie wspierał w moich obrzydliwych zachowaniach tłumacząc że partner swoją biernością mnie prowokuje. Ponieważ nie tego oczekiwałam po terapii z ulgą przyjęłam wiadomość o zmianie pracy terapeuty. Nie zdecydowałam się na rozpoczęcie pracy z nowym terapeutą.
Spirala afer, awantur, wyzwisk narastała. Czułam się swojo- odgrywałam sceny z domu rodzinnego. Partner mimo, że święty nie jest- nigdy zasłużył na takie traktowanie. Nikt nie zasłużył.
Doszło do tego że partner po konsultacjach ze swoim terapeutą uzależnień zaczął podejrzewać że mam borderline. Zarzucił mi manipulację wszystkimi łącznie z terapeutami i lekarzami. Stad niby miał być brak takiej diagnozy. Wg partnera znalazłam go sobie po to by karmić nim swoją chorobę, wszczynając awantury chcę jego porażki w utrzymaniu trzeźwości. Nawet zarzucił mi że otaczam się tylko zaburzonymi koleżankami (nigdy żadnej nie poznał, jest bardzo niepewny siebie i odmawia wspólnych spotkań). Doszło do tego że w niewinnej wiadomości wysłanej na FB (zeby zadzwonił jak skończy swoje spotkanie z grupą terapeutyczną) dopatrzył się sabotażu z mojej strony. Ze robię wszystko żeby zniszczyć jego terapię bo on nie mógł się potem skupić już na spotkaniu. Jego paranoja spotkała się z moim gniewem. Urządziłam mu całonocną awanturę. Jak zawsze straciłam kontrolę i urządzałam mu piekło.
Partner postanowił ratować siebie i swoją trzeźwość. chyba doszedł do ściany. Wyprowadził (w sumie to jak kazałam mu się wynosić) zaznaczył, że ze mnie nie skreśla, ale mam coś z tym zrobić.
Wróciłam na starą terapię. Jestem po jednym spotkaniu. Terapeuta nadal nie widzi we mnie problemu. Wszystko tłumaczy głodem alkoholowym partnera i jego manipulacjami. Oczywiście obiecuje pracować nad moimi wybuchami złości ale mam wrazenie że je bagatelizuje.
A ja zgłupiałam. Mysli samobójcze pogłebiają się.
Nie wiem kim jestem. Nie wiem czy manipuluję wszystkimi. Jak mam przedstawiać obiektywną prawdę terapeucie? Da się? Partner powiedział że napisze list do terapeuty żeby powiedzieć mu jaka jestem naprawdę.
Dziś podczas rozmowy telefonicznej z partnerem znowu zostałam złapana na próbie manipulacji. To prawda- po jakimś czasie sama to odkryłam. Poszło o to że partner pożyczył ode mnie pieniądze (100 zł) ale mi ich nie oddał w całości przelał mi połowę. Powiedziałam mu ze nie mam co jeść (nie jest to prawdą) i zeby nie stawiał mnie w takiej sytuacji. Partner powiedział, że to nie jest jego wina i jego problem. Rozumiem że musiał przerwać ostrym cięciem to co właśnie zaczynałam robić. Powiedział że nie życzy sobie kontaktu z mojej strony.
To tylko przykład mojej manipulacji i poczucia winy w jakie wpędzam partnera.
Jestem totalnie skołowana. Nie ufam terapeutom, nie ufam koleżankom. Nikt nie zna prawdy i rozmiaru zła jaki wyrządziłam.
Chcę się zmienić ale jak mam to zrobić skoro terapeuci wspierali moje patologiczne zachowania próbując jakoś mnie wytłumaczyć. Sama nie potrafię.
Nie wiem kim jestem.