martha782
01.10.14, 13:28
Z gory przepraszam za dlugi post i brak polskich liter. Kocham mojego meza najbardziej na swiecie, a on wstydzi sie ze jestem jego zona I chce rozwodu jak naszybciej sie da. Maz mowi, ze nie zywi do mnie juz zadnych uczuc i ze nie czuje zupelnie nic. Mamy dwojke dzieci w wieku 11 i 12 lat. Jestesmy malzenstwem juz 16 lat, przezylismy zarowno wiele dobrego jak i zlego. Jednak przezwyciezalismy problemy i trudnosci, bo nasza milosc byla silna, czasem jego nawet bardziej. Zeby nie jego zaciecie i milosc do mnie juz dawno bylibysmy po rozwodzie. Byly czasy, ze bylismy razem ze wzgledu na dzieci i to dla nich walczylismy o nasz zwiazek. Po pokonaniu tylu barier wreszcie dotralismy sie. Zbudowalismy bardzo silna wiez i wtedy nasza milosc byla silniejsza niz kiedykolwiek i to nie bylo juz malzenstwo ze wzgledu na dzieci ale z milosci. Jednak zawiodlam go bardzo, zniszczylam zaufanie i wiez ktora nas laczyla. Przez glupote, bezmyslnosc zranilam go i potraktowalam jak smiecia. Nieswiadomie, ale stalo sie. Nie da sie cofnac tego co zrobilam. Nie, nie zdradzilam go, jednak on uwaza ze zrobilam cos o wiele gorszego niz zdrada. Kto nie zna mojego meza nigdy nie zrozumie dlaczego to jest powod do rozwodu. Dla mnie jest to po prostu niemozliwe. Tak przekreslic wszystko po 16 latach wspolnego zycia. On inaczej nie moze. Juz od dwoch tygodni twierdzi, ze nic do mnie nie czuje i nie wybaczy mi tego nigdy. Ze cos w nim peklo i juz nigdy nie wroci. Jestem zdruzgotana. Wlasnie oboje zaczelismy studia medyczne. Nie potrafie sobie wyobrazic funkcjonowania bez niego, z mysla, ze zniszczylam cos najbardziej cennego w moim zyciu i ze nie ma szans powrotu. Boje sie ze sie stocze, ze zawale studia, ze zostane na lodzie, ze zabierze mi dzieci, ja zostane z niczym. Nie wiem co mam robic a porady typu porozmawiaj z nim, wyngrodz mu to jakos, daj mu czas .... nie dzialaja. Bo juz tego probowalam i wiem ze czas tu nic nie zmieni. Ja po prostu sie nigdy nie pozbieram po rozwodzie. Nie potrafie, nie mam sily. Nie widze sesnu zycia. Prosze o jakas pomoc. Tylko nadzieja, ze on mi wybaczy i ze kiedys bedziemy jeszcze razem trzyma mnie przy zyciu, gdyby nie ta nadzieja, to nie wyobrazam sobie zycia, nie potrafie tego zakceptowac, to jakis zly sen, najgorszy z mozliwych, nie do zniesienia.... Dodam jeszcze ze mieszkamy w Anglii i nie mam nikogo kto moglby mi pomoc, porozmawiac ze mna o tym, wesprzec jakosc. Nnie chce o tym rozmawiac z moja rodzina w Polsce, bo nie czuje ze to cos da a wrecz odwrotnie.