vilez
11.11.14, 12:15
Żeby zejść z konkretnych przykładów ( z innych wątków), choć (anty)mottem do tego wątku będą słowa Adorry z wątku wigilijnego. Moją intencją jest jednak NE SKUPIAĆ SIĘ na tamtej konkretnej historii i bardzo proszę rozmówców o to samo. Chodzi mi o bardziej szerokie spojrzenie na sprawę formuł.
Oto słowa Adorry:
Napiszę coś jeszcze, choć po pierwsze może nie powinnam, a po drugie zostanę zakrzyczana przez forumowe wyznawczynie tezy, ze każdy ma prawo robić to co chce i nieważne po kim przejdzie się walcem, żeby tylko jemu było dobrze. (wytłuszczenie moje)
[Dopowiedzenie: to w odniesieniu do sytuacji, gdy jeden z członków rodziny nie ma ochoty spędzać świąt tradycyjnie, co z kolei stawia inną osobę w rodzinie w dyskomforcie (będzie sama lub zmieni schemat obchodzenia świąt, np. pójdzie do innych członków rodziny).]
Widzę tu problem schematów, dyktatu formuł. Takich, które są podawane za "jedyne" ( w danym kraju czy innej społeczności). I wedle tego ustawiania ludzi i ich życia. Zwłaszcza - cudzego.
Rozumiem, że niektórym owe schematy/formuły odpowiadają- lubią się wpisać w schemat- tak im bezpieczniej, mniej "konfliktowo". Albo dany schemat rzeczywiście wyraża sensy, które podzielają- i to jest ok.
Ale co, gdy schemat nie odpowiada wszystkim członkom danej społeczności? Adorra nie bierze pod uwagę, że zmuszenie tych "innych" do ulegania tym schematom, oznacza nic innego, jak przejechanie sie po nich walcem w imię cudzego komfortu. Czyli, że to co napisała, można zastosować zwrotnie.
To jest oczywiście znany problem tzw. uroszczeń uniwersalistycznych, czyli dyktatu wielkich systemów symbolicznych. Ale, jak widać, dzieje się ciągle....
Pytanie brzmi: czy naprawdę trzeba bronić formuł w taki sposób, że muszą być one uniwersalistyczne? Czy nie można ograniczyć tych formuł do ludzi, którzy są nimi RZECZYWIŚCIE zainteresowani? Czy tym, którzy te formuły stosują, ubyłoby gdyby inni ich nie stosowali?
Absurdalne wnioski o aspołeczności, słabych relacjach rodzinnych, egoizmie i innych takich pokazują tylko zwrotnie, że tak naprawdę, to problem z tymi kategoriami mają ci, którzy te oskarżenia wysuwają- bo te oskarżenia są wyrazem roszczeniowości. Bo rzeczywista prospołeczność, rodzinność, altruizm, wyrażają się w codzienności, a nie- w świątecznych formułach. Można być z rodziną w codziennych serdecznych i pomocnych kontaktach bez tych formuł- jeśli one nie pasują wszystkich członkom rodziny, bo jeśli pasują, to oczywiście nie ma sprawy.
Skąd w ogóle pomysł, by o tych sprawach miały decydować takie formuły? Formuły nie zapewnią bezpieczeństwa relacji.
Formuły to tylko formuły. Źle, gdy zastępują rzeczy same. Gdy zastępują rodzinność, społeczność, altruizm. Gdy same w sobie stają sie sensami.
Dalej- żyjemy w społeczności coraz bardziej spluralizowanej. Nawet mocno homogeniczna pod wieloma względami Polska temu procesowi postępującej pluralizacji podlega. Co zrobić, gdy w rodzinie są ludzie różnych światopoglądów, wyznań, różnych modeli spędzania czasu, różnych estetykach i gustach? Mają się poddać dyktatowi jednej formuły? Dlaczego ludzie mają być uprzedmiotawaniani przez takie formuły? Dlaczego mają być instrumentalizowani (by sprostać formule)?
Czy nie można tych spraw zwyczajnie po ludzku "przegadać"? Szukać takiego rozwiązania, które w nikogo nie uderza? I co to miałoby znaczyć?
Ja pochodzę z takiej mocno spluralizowanej rodziny, mocno nienormatywnej, pewnie stąd mi łatwiej pod wieloma względami. U nas ograniczenie formuł polega dokładnie na tym, że określone formuły każdy stosuje dla siebie. Oczywiście, że były jakieś tarcia i że nie jest idealnie, szczególnie, że jedni są bardziej religijni, niż inni ;) Ale to było we wczesnym etapie krystalizowania się ścieżek życiowych, i po etapach "neofickich" rzeczy się uspokajały. Praktyka zaś jest właśnie taka. Mieliśmy i mamy to poobjaśniane. Wiadomo, że to nie oznacza osłabienia więzi, braku opieki, kontaktu itd. Po prostu- nasze relacje odbywają poza zindywidualizowanymi formułami. Da się bez szkody dla relacji.
Mnie się najbardziej dziwnym wydaje, że dorośli ludzie nie potrafiliby przekroczyć granicy "przykrości" doznawanej z racji tego, że inni nie podzielają jego formuł. To mi się wydaje strasznie dziecinne. Dlaczego "przykrości" przyznawać tak wysoki status? Świat nie jest po to, by nam ciagle sprawiać przyjemność. Inni ludzie też nie są wyłącznie po to. Trzeba umieć godzić się z wyborami innymi, niż nasze. Także co do formuł.
Ale może trzeba przejść przez jakieś osobiste doświadczenie transgresywne, by temu przestać ulegać... Może.
Mnie w tym postawieniu sprawy przez Adorrę najbardziej intryguje to zewnętrzne pojmowanie formuł. Czy np. nie można obchodzić świat bardziej "wewnętrznie"? Czy to musi być koniecznie np. kolacja wigilijna, skoro to nie wszystkim odpowiada? Nie wystarczy np. osobiste złożenie życzeń czy coś w tym stylu?
Obserwuję to wszystjko nie tylko z racji nietypowości mojej rodziny. Obserwuję to jako problem społeczny. Zwłaszcza w okresach światecznych dochodzą do nas głosy niezadowolonych, przymuszanych. I tak sobie myślę, ile byłoby łatwiej, ile by ludzie zyskali, gdyby zeszli z zewnętrzności formuł.