wesolaja40
16.11.14, 16:44
Jesteśmy razem kilkanaście lat, choć wydaje mi się, że różnimy się w pomysłach, jak spędzić przeciętny wekend. Gdzieś w środku zaczynam się dusić, ponieważ nie uważam, żeby przejść przez życie sprzątając, gotując, jedząc, robiąc zakupy, śpiąc. Brakuje mi obcowania ze sztuką, tej, co się gdzieś na mieście pokazuje. Moja druga połówka twierdzi, że wekend jest po to, by odpocząć po tygodniu pracy, nabrać sił na tydzień następny, najlepiej w domciu, przy piwku, telewizji... Nie, jeszcze siłownia, taak, to jest bezsprzecznie sposób na wekendową rozrywkę, na którą próbuje mnie namówić, gdy mówię o nudzie, rutynie, nieciekawości wekendowych czynności.
Potrzebuję obcować z żywą sztuką, najlepiej muzyką.
Dziś postanowiłam wyjść na miasto, ale mój mąż nie jest tym zainteresowany, no, może by i poszedł, ale... Zawsze jakieś jest.
Nie jest mi on niezbędny jako towarzysz, ale nie ma wokół ludzi, którzy mają w tym wieku takie chciejstwa jak koncerty dobrej muzyki. Tak, jestem jakimś tam jej koneserem, kocham muzykę, dobrą w mojej ocenie.
Moje pytanie brzmi: czy jesteście w Waszych związkach tak różni od partnerów w swoich pasjach, zainteresowaniach, lubieniu czegoś? Czy tak się da zdrowo funkcjonować? Czy, jeśli ktoś czerpie z nas energię i czujemy, jak powoli gaśniemy, dusimy się, odpuszczając, idąc na tzw.kompromis, to tak ma być, bo zobowiązania, rodzina?
Skąd wziąć siłę, by jednak, choć samotnie, realizować siebie?
Wyszło na to, że idę sama, do Proximy. Przykro mi, że sama, ale dłużej już nie mogę tylko jeść, myć się, spać, chodzić do pracy itp itd...