zawsze-w-drodze
21.11.14, 00:59
Zmęczona, zniechęcona, nie mam siły. Od kilku miesięcy mam wrażenie, że brodzę w głębokim, kopnym śniegu. Idę i idę, niby nic dramatycznego się nie dzieje ale końca nie widać. Moi rodzice - dotychczas w miarę zdrowi, choć już dawno nie młodzi, podupadli znacząco na zdrowiu. Obydwoje dopadł nowotwór, wymagają pomocy, opieki i wsparcia - także ogromnego wsparcia psychicznego, nie radzą sobie z chorobą, cierpieniem i perspektywą odejścia. Teraz czekają ich kolejne okaleczające operacje i chemia. Nie wiem (a może raczej wiem) jak to się skończy. Brat uwikłany jest w brzydki rozwód i walkę o dzieci. Było już wszystko - wzajemne wzywanie policji, zabieranie dzieci ze szkoły i utrudnianie kontaktu (żona się wyprowadziła, brat związany mocno z dziećmi, dzieci wczesnoszkolne), wizyty kuratora (co dodatkowo obciąża rodziców - w ich słowniku policja i kurator są zarezerwowani dla patologii, a nie dobrze usytuowanych mieszkańców wielkomiejskich przedmieść). Brat desperacko potrzebuje wsparcia, pociechy, wypłakuje się, godzinami opowiada o krzywdach, jakie go spotykają. Nie umiem powiedzieć z czyjego powodu rozstali się bardziej. Drugi brat okazał się wysoko funkcjonującym alkoholikiem - problem narastał latami, wszyscy widzieli, że przesadza z alkoholem na rodzinnych imprezach, ale nikt się nie wtrącał. Brat pracował na odpowiedzialnym stanowisku, świetnie zarabiał, utrzymywał rodzinę. Parę miesięcy temu wysiadła mu trzustka, wylądował w szpitalu. Potem już poszło - ciąg, strata pracy, odwyk w zakładzie zamkniętym. Teraz szuka niby pracy, ale nie jest łatwo, dalej chyba popija. Jego żona dla odmiany kocha, płacze, jest bezradna. My też. Ten brat i jego żona też szuka wsparcia, pociechy i rozwiązania. Daję mu zlecenia, które tak naprawdę wymyślam - mam firmę, dobrze zarabiam, stać mnie na razie żeby mu dać nadzieję tak naprawdę. W pracy mam od diabła zajęć i dużą odpowiedzialność. Mąż też, jak na złość (a może w dobie kryzysu na szczęście) prowadzi od kilku miesięcy gigantyczny projekt i do domu wraca ledwo żywy ze zmęczenia po kilkunastu godzinach, tak będzie jeszcze kilka miesięcy. I zgadnijcie czego potrzebuje - psychicznego wsparcia, pociechy, pogłaskania po głowie. Zdaję sobie sprawę jak ciężka i odpowiedzialna jest jego praca. Dzieci w okresie buntu (starsze) i wymagające codziennej, czułej opieki (najmłodszy), wszystkie oczekują teraz uwagi i wsparcia - to w końcu moje dzieci i mój obowiązek - i tak ostatnio mam wrażenie, że je zaniedbuję. A ja powoli się wyczerpuję. Praca, dom, rodzina, rodzice, rodzeństwo - wszystko wymaga odpowiedzialności i pomocy. Wszystkim się to należy, nikt nie przesadza, po prostu za dużo na raz dla mnie. Ale wyjścia nie widzę - kogo mam zaniedbać, komu odmówić? Ja przecież nie mam dramatycznych problemów, firma się rozwija, dzieci rosną w miarę mądre, w miarę zdrowe, w miarę dobrze wychowane. Na brak pieniędzy nie narzekamy, kredyt nas żaden nie dusi, kochamy się. A ja juz nie mogę - a perspektywa najbliższych miesięcy wcale nie łatwiejsza. Już nawet starałam sie sama rozpieszczać - a to kupię sobie coś ladnego, a to pójdę do fryzjera ale to jakoś nie chce pomóc. No nie mam siły. Co mogę zrobić?