lavenda13
22.12.14, 01:27
Od zawsze mam ze swoja tesciowa bardzo kiepskie relacje./ Kiedy wyszlam za mojego meza, przyjeto mnie do rodziny z otwartymi ramionami, jednak szybko okazalo sie, ze oczekuje sie ode mnie przede wszystkim posluszenstwa. I tu zaczely sie konflkty, bo wraz z mezem chcielismy zyc po swojemu. Tesciom do tej pory jednak nie udalo sie w pelni zaakceptowac, tego ze ich syn jest dorosly I ma wlasna rodzine. Ingerowali we wszystko, komentowali kazda sfere naszego zycia i chcieli w nim w pelni uczestniczyc. Poczatkowo bralismy to za milosc i troske z ich strony, jednak szybko zaczelismy sie dusic w tej relacji. Ponadto tesciowa deprecjonowala mnie, jako matke i zone, wciaz pouczala i krytykowala. Z czasem zaczelam bardzo zle czuc sie w jej towarzystwie i staralam sie, jak najbardziej zwiekszyc dystans miedzy nami. To tez obrocono przeciwko mnie, zarzucajac, ze sie wywyzszam i izoluje od ich rodziny. Generalnie tesciowie pozwalai sobie na bardzo duzo w stosunku do mnie, traktowali jak kozla ofiarnego, obwiniajac o wszystko i ani ja, ani maz nie potrafilismy wtedy sobie z tym poradzic. Wciaz probowalismy 'zasluzyc' na ich milosc i wciaz nie rozumielismy, ze ta relacja jest toksyczna. Maz wciaz byl miedzy mlotem a kowadlem, a ja czulam sie w tej rodznie, jak ostatnie popychadlo. Uratowalo nas to, ze ze wzgledow zawodowych musielismy wyprowadzic sie na drugi koniec kraju. Zaczelismy na nowo budowac nasze malzenstwo...
Jakis czas temu maz zachorowal na nerwice lekowa (a w zasadzie pogorszylo sie mu, bo jak sie okazalo choruje juz odkad byl nastolatkiem) i bylo z nim naprawde zle. Mial powazne napady paniki, nie mogl pracowac- generalnie zycie nam sie wtedy rozsypalo. Tesciowie przez dlugi czas udawali, ze problemu nie ma, omijali ten temat, a kiedy sie nie dalo albo sie obrazali albo obwiniali mnie, ze go w te chorobe wpedzilam. Bylam z tym wszyskim zupelnie sama (a mamy male dzieci), a tesciowie nigdy nie zapytali, jak sie czuje i jak sobie z tym radze. Wciaz dawli mi do zrozumienia, ze to moja wina, wiec nie zasluguje na wsparcie... To w sumie dosc zabawne, ale tesciowa tez na to chorowala i brat meza rowniez-ale on nie widza tu zadnego zwiazku. Na terapii, ktora maz wciaz kontynuuje maz uzmyslowil sobie, ze relacje w jego rodzinie byly powaznie zaburzone, ze rodzice wciaz go tlamsili psychicznie i ze w rozwoju emeocjonalnym zatrzymal sie na etapie wczesnego nastolatka. Terapia duzo mu dala i maz zaczal sobie lepiej radzic z choroba. Zmienil tez stosunek do rodzicow i nauczyl sie stawiac im wyrazne granice. Ja tez czulam sie lepiej w tych 'nowych' relacjach, bo nareszcie okazalo sie, ze mialam racje w bardzo wielu kwestiach. W naszym zyciu wszystko zaczelo sie ukladac i przez dluzszy czas bylo lepiej. Ale kilka tygodni temu z mezem znow zaczelo byc zle. Ja to wszystko bardzo przezywalam, mialam tez problem w pracy- bylam po prostu klebkiem nerwow. No i kilka dni temu przyjechali do nas tesciowie (mieli zostac na swieta). Zgodzilam sie na to, ze wzgledu na dzieci, bo bardzo rzadko widuja dziadkow, choc teraz wiem, ze to byl bardzo zly pomysl. Musze dodac, ze po tym wszystkim co przeszlam, stracilam do nich zaufanie i nie mam juz do nich serca. Maz troche zmeinil do nich stosunek, bo podobno tesciowie z nim rozmawiali i przyznali sie, ze zle postepwali wobec nas i ze lekcewazyli jego problem oraz obiecali, ze wszystko sie zmieni. Kiedy przyjechali, na sam ich widok, poczulam sie fatalnie i ledwo wydukalam 'dziendobry'. Maz normalnie z nimi rozmawial, tesciowie tez starali sie byc mili, a ja siedzialam jak kolek- bylam tak zestresowana i przerazona. Zazwyczaj nie mam problemow w kontaktach z ludzmi i potrafie sie zachowac, ale tu nie dalam rady. W koncu doszlo do wybuchu. Poszlo o drobiazg- poprosilam syna przy tesciach, zeby nie jadl slodyczy, bo zaraz bedzie obiad, po czym gdy wyszlam tesc dal mu czekoladki...Zwrocilam mu uwage, tesc powiedzial, ze nic takiego nie mowilam (sklamal), tesciowie sie obrazili, a maz postanowil, ze musimy to sobie od razu wyjasnic. Tamy we mnie puscily- wygarnelam im wszystko nie przebierajac w slowach i przyznam szczerze, ze nawet nie jest mi przykro. Wiem ,ze zachowalam sie fatalnie, ale z drugiej strony czuje ulge i nareszcie uzmyslowilam sobie, ze najchetniej nigdy wiecej nie ogladalabym ich na oczy. Tesciowie jednak nie zostaja na swieta, a maz ma do mnie wielki zal, ze tak ich potraktowalam i popsulam wszystkim swieta.... Mam poczucie, ze powinnam ich przeprosic za swoj wybuch, ale wcale nie jest mi przykro! Przez tyle lat znosilam zle traktowanie z ich strony i teraz czuje w sobie, jakas wewnetrzna blokde- nie potrafie normalnie z nimi rozmawiac i wcale nie chce naprawiac z nimi relacji... Zrobilam z siebie furiatke, sklocilam rodzine, ale wiem ,ze pojednanie bedzie oznaczalo powrot do starych relacji. Z drugie strony, sa tez dzieci, kochajace dziadkow i maz Nie bardzo wiem, jak mam to w sobie poukladac i co zrobic... Co myslicie?